26.02.2021, 15:59 Wersja do druku

Kraków. "Ci, co mnie niosą" w STU. Opalski o Mrożku dzisiaj

Teatr STU prowadzi obecnie sprzedaż biletów na wydarzenia do połowy marca. W repertuarze znajdziemy spektakle „Kiedy sobie znowu umierała”, „Boże mój!”, „Wariacje Tischnerowskie” oraz specjalny koncert „Kraków Street Band” na Dzień Kobiet. Szczegóły na www.scenastu.pl

Natomiast w ten weekend sceną przy Al. Krasińskiego rządzi Sławomir Mrożek i jego opowiadanie „Ci, co mnie niosą” w inscenizacji Artura „Barona” Więcka. Z tej okazji zachęcamy do lektury tekstu napisanego przed premierą spektaklu przez prof. Józefa Opalskiego, w którym autor wyraził swoje obawy i nadzieje co do przyszłości losów scenicznych adaptacji twórczości Mrożka. Czy podzielacie Państwo jego przemyślenia?

fot. mat. teatru

Inne aktualności

Józef Opalski

Otwarcie na Mrożka

(uwagi bardzo prywatne)

Sławomir Mrożek jest legendą. Sławomir Mrożek wielkim pisarzem jest. Sławomir Mrożek został pochowany w Panteonie Narodowym, utworzonym w podziemiach kościoła św. św. Piotra i Pawła w Krakowie. 

Stwierdzenia oczywiste. Ale co się za nimi kryje? Mrożka gra się rzadko, coraz rzadziej. Młode pokolenie reżyserów nie interesuje się nim zupełnie albo wyraża się o nim z pogardą. I na naszych oczach autor „Tanga” staje się postacią z brązu i kamienia. Niedobrze. Czas zająć się jego twórczością naprawdę. Odsłoni ona wtedy przed nami zdumiewające pokłady niezbadanych odkryć i objawień. Zwłaszcza w dzisiejszej rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. Jestem pewien, że da się w dziele Mrożka znaleźć coś niezwykle istotnego i żywego, co w zmurszałej legendzie i wyświechtanych frazesach zabrzmi wyjątkowo czysto i dotkliwie. Pisarz obdarzony był przez całe życie niezwykłą dozą autorefleksji. Niechaj za przykład posłuży list, który pochodzi sprzed prawie 45 lat ! Kiedy opisywałem mu kwaśne polskie przyjęcie „Garbusa”, znakomitej sztuki, której premiery zrealizowali Jerzy Jarocki i Kazimierz Dejmek, tak pisał do mnie z Paryża (19 lutego 1976 roku):

„Kłopot polega na tym, że żyję już za długo. Przynajmniej mój kłopot z publicznością polską. Kiedy autor jest świeży, wtedy odbiera się go z otwartą gębą, trochę tak, jak potrawę, której dotąd się nie jadło. Gdybym umiał pozostać przez całe życietą samą potrawą, też by nie było kłopotu. Ale - przypuśćmy- byłem kiedyś zrazikiem po węgiersku. Teraz jestem – na przykład – naleśnikiem. A więc tak, jakby ktoś zamówił zrazika, czekał na zrazik a tu kelner przynosi mu naleśnika. „To nie jest dobry zrazik” protestuje gość. Oczywiście ma rację, jeżeli spodziewał się zrazika. To w ogóle nie jest zrazik. To jest naleśnik.[…]

Co do „Garbusa” – ryzykuję twierdzenie, że należy do sztuk, których oduczono się i grać, i rozumieć. […] Ja nie wiem czy „Garbus” jest sztuką dobrą, niedobrą, bardzo dobrą, taką sobie […]Ale we wszystkich recenzjach jakie do mnie doszły, inteligentnych i głupich […] uderzyło mnie jedno: analfabetyzm w sprawie wrażliwości ludzi na ludzi, tego, co między ludźmi się dzieje.[..]

Nie sądzę, żebym do końca, do mojego końca, uchwycił i scalił coś „co jest w powietrzu”, czyli napisał sztukę okresu, tak jak mi się kiedyś udało z „Tangiem”. Na to jestem już za stary. Sądzę natomiast, że może mi się udać jeszcze napisanie tego czy owego z mojego rejestru, który jest znacznie szerszy niż mniema to moja polska publiczność. Jestem znacznie bardziej skomplikowany i wyposażony w więcej par przeciwieństw, niż to do tej pory ujawniłem. Ale właśnie dlatego będę miał kłopoty z publicznością i krytykami, która, którzy, oczekują rzeczy w zgodzie z duchem, konwencją okresu, sytuacji, aktualnego kierunku. […] Kiedyś zrobiłem karierę prawie dziennikarsko, na wyczuciu aktualności. Aby została przywrócona równowaga, aby się wyrównało, napotkam na opór aktualności. Wypowiadając do końca mój osobisty rejestr, który nie musi mieć z aktualnością wiele, lub cokolwiek, wspólnego. Niestety, w tym razie mijam się chyba z teatrem.”

Gorzkie? Bardzo gorzkie. A przecież po „Garbusie” obyły się premiery ”Krawca”, „Vatzlava”, „Pieszo”, „Ambasadora”, „Letniego dnia”, „Kontraktu”, „Portretu” , „Miłości na Krymie”…, powstawały „Małe listy”, „Donosy”, felietony, opowiadania, scenariusze filmowe… Coraz częściej Mrożek opatrywał swoje sztuki didaskaliami, które broniły tekstu przed zaborczymi działaniami reżyserów. Aż w 1993 roku wybuchła „bomba”. Sławomir Mrożek z okazji premiery „Miłości na Krymie” w Starym Teatrze w Krakowie, ogłosił sławną „Klauzulę” broniąc w 10 punktach swojego tekstu przed - teatrem. „Klauzula” powstała zresztą u mnie w domu, kiedy Mrożek z przerażeniem zobaczył kilka polskich inscenizacji swojego ukochanego Czechowa:

1. Nie nastąpią żadne skreślenia, zmiany ani dodatki w tekście sztuki.

2. Nie nastąpią żadne zmiany w porządku sztuki, to znaczy żadne przestawienia w porządku (kolejności) replik, scen i aktów.

3. Struktura scenografii, to znaczy podstawowa architektura sceny, jej zasadnicze elementy, zostanie zachowana.

4. Nie będzie żadnej ogólnej „ilustracji muzycznej”.

5. Pieśni i piosenki śpiewane przez aktorów będą te, które wybrał autor.

6. Wiek i płeć wykonawców będą się zgadzały (wiek mniej więcej a płeć absolutnie) z wiekiem i płcią przedstawianych przez nich postaci.

7. Upływ czasu między aktem pierwszym i drugim, drugim i trzecim, będzie tylko taki, jaki przewidział autor, [..]

8. Akcja sztuki będzie się rozgrywać tylko na scenie i w jej ramach […]

9. Będą przerwy między aktem pierwszym i drugim, drugim i trzecim. Przedstawienie i każdy akt rozpocznie się podniesieniem kurtyny. […]

10. Teatr zobowiązuje się do wydrukowania wszystkich wyżej wymienionych paragrafów w programie przedstawienia […]

Tytuł publikacji może być jakikolwiek, na przykład „Autor zwariował” albo „Ostatni Mohikanin” (wrzesień 1993)

Rozpętało się piekło. Może nawet mniej wśród ludzi teatru a bardziej wśród recenzenckiej braci. Że Mrożek zabiera wolność teatrowi, że Stary Teatr niepotrzebnie zamówił u niego „takie sztuczydło” itd., itd. Jedynie Paweł Głowacki w tekście „Dziesięć punktów, które wstrząsnęły teatrem” („Tygodnik Powszechny” z 17 kwietnia 1994) pisał przytomnie: „Sławomir Mrożek, zupełnie niechcący, wsadził kij w mrowisko. Swą najnowszą sztukę opatrzył dziesięciopunktową klau­zulą. Chcąc wystawić "Miłość na Krymie" teatr musi wypełnić zawarte w niej żąda­nia. Rozpętało się piekło Wielkiej Ploty i szemrania po kątach bufetu. Że jakżeż tak można! Żądać kurtyny, przerw, cało­ści tekstu, zgodności wieku i płci pomię­dzy aktorami a postaciami, takiej a nie innej scenografii, oraz całej reszty podob­nego autoramentu teatralnych oczywisto­ści?!! Tak, tak. W istocie swojej Mrożkowa klauzula niczym innym nie jest, jak żąda­niem od teatru, aby na czas "Miłości na Krymie" stał się zwyczajnym, normal­nym teatrem - bez pretensji do awangar­dy, inscenizacyjnych olśnień i tzw. nowa­torskich odczytań. Aż wierzyć się nie chce, że coś tak normalnego stało się poważnym intelektualnym problemem dla Starego Teatru - jakby jego jakość rzeczywiście wisiała na kurtynie.” 

Takie były zabawy, spory w one lata…

Teraz Sławomir Mrożek wraca na krakowską scenę. I to jednym z najbardziej tajemniczych swoich opowiadań „Ci, co mnie niosą” (nazywam je opowiadaniami metafizycznymi wśród nich są wspaniałe „We młynie, we młynie, mój dobry panie”, „Ten, który spada”, „Egzamin”….). Czy premiera na Scenie STU stanie się otwarciem na Mrożka a nie tylko przypomnieniem legendy? Oby tak się stało! Dixi.

Źródło:

Materiał nadesłany