„Kosmiczny dom” Birute Kapustinskaite w reż. Liny Lapelyte w TR Warszawa. Pisze Ewa Bąk na blogu Okiem widza.
KOSMICZNY DOM to poetycko-muzyczna opowieść o okruchach życia: namiastkach uczuć, kruchości więzi, nieistotnych zdarzeniach, rutynowych gestach, które komponują się w pochwałę powszedniości, zwyczajności i wynoszą brak istotnego znaczenia, brak głębokiego sensu jako znaczący sens istoty bytu. Obraz jest monochromatyczny, prosty, surowy i przez to szlachetny, czysty, ujmujący.
Scena i widownia stanowią dopełniającą się jednię. W centrum świat się kręci, razem z nim aktorzy zbici w grupkę osób sobie podobnych, które zaznaczają jednak swój indywidualizm wyglądem, ustawieniem względem siebie, głosem. Śpiewają razem i osobno w jednej tonacji, bez bombastycznych interpretacyjnych fajerwerków jakby stanowili monolit cielesny natchniony tym samym duchem pokory, skromności, zwyczajności. Wokół obrotówki zastygli w bezruchu widzowie stanowią nieruchome obiekty wpatrzone w mrok kosmicznego bezkresu rozświetlanego wirującymi okrągłymi lampami - gwiazdami. Przestrzeń, nastrój i wypowiedziane melodyjnie treści sprowadza całą istotę egzystencji do nieubłaganej konieczności, którą trzeba zauważyć, której trzeba się przyjrzeć i w którą trzeba się wsłuchać, by móc zaakceptować i docenić jej wagę nieistotności, która zazwyczaj jest ignorowana, wypierana, ośmieszana przez cele wyższe, wartości ważniejsze, idee szczytne. Tymczasem w życiu zdarzają się zajęcia nudne, zdarzenia błahe, skutki przypadkowe, stany nieciekawe. Tu nie są postrzegane jako niepotrzebne, ulotne, bez znaczenia. Wręcz przeciwnie. Spektakl wynosi ekstremalnie zredukowane życie, jego chwile, momenty, mgnienia, bo pozwalają one godnie przetrwać w spokoju, w przewidywalności rutyny, w ulotności czasu, niepewności losu, mimo przemijania wszystkiego w warunkach kosmicznego domu. Bo perspektywa wszechświata zmniejsza wszelki ludzki wymiar do minimum. A o tym się nie pamięta. Ze wstydu, z pychy, arogancji. Przez codzienną galopadę. Tak po prostu.
W TR Warszawa powstał spektakl krótki, powściągliwy i wyjątkowo spójny artystycznie. Perfekcyjnie zagrany. Wzruszający naturalną prostotą, ujmujący żelazną konsekwencją. Precyzyjnie skomponowany. Proponujący powrót do czerpania siły z życia jakie jest, bo to często niezauważalnie buduje w człowieku radość istnienia, uruchamia poczucie szczęścia, wolności. Cicha, normalna, skromna egzystencja czasem wystarczy, by móc poczuć się spełnionym. Linie Lapelytė, autorce konceptu, reżyserce i kompozytorce oraz Birutė Kapustinskaitė, autorce tekstu i dramaturżce, znakomicie się udało uchwycić piękno chwili, znaczenie przypadku, wagę drobiazgów, konieczność rezygnacji i ulegania rutynie oraz akceptowania monotonii i porażek. Bo czas się nie zatrzyma, zawsze jest jakieś dalej. O czym przypomina też Wim Wenders w swoim filmie PERFECT DAYS. Wymowa obrazu filmowego z tym teatralnym jest zbieżna, choć są to różne estetyki, światy, języki. Wypracowują innymi środkami wyrazu podobne rozpoznanie, prowadzą do tych samych wniosków.
A więc trzeba wyjść na zewnątrz osoby, jaką ukształtował świat na swój obraz i podobieństwo, jaką się samemu stworzyło, by móc wsłuchać się w śpiew ptaków, szum liści, w siebie. Poczuć powiew wiatru, ciepło słońca. Spojrzeć w niebo. Wziąć głęboki oddech. Pójść na spacer z psem, spontanicznie rzucić palenie. Cokolwiek zdarzy się, przeminie. Czegokolwiek się doświadczy, nie dotknie, nie skrzywdzi. Gdy człowiek jednoczy się z naturą, ta go ratuje, ocala, wyzwala. Daje wytchnienie. Dystans. Wtedy to pogoń za sukcesem, mamoną, hedonizmem okazuje się nieważna, nieistotna. Zbędna. Tak naprawdę do przetrwania niewiele nam potrzeba, bo poczucie bezpieczeństwa i proste zasady. Warto się więc zatrzymać, na przykład w teatrze. Poczuć atmosferę luzu, posłuchać koncertu codzienności, poddać się nastrojowi KOSMICZNEGO DOMU. Powodzenia.:)