„LAC” w choreogr. Jeana-Christophe’a Maillota z Les Ballets de Monte-Carlo na XXXII Bydgoskim Festiwalu Operowym. Pisze Anita Nowak.
Mimo że ona i cała jej świta porażają czernią, która ma uosabiać zło, jej ruchy i aktorstwo są tak zachwycające, iż w takiej czarownicy nie sposób się nie zakochać. Mimoza Koike jako Jej Wysokość Noc to najbardziej doskonała spośród wszystkich wspaniałych artystek, które piątego wieczoru zachwyciły publiczność XXXII BFO. Demoniczne piękno i groza połączone z iście piekielną siłą, porażały z jednej strony a nieprawdopodobna wręcz magia ruchów, obezwładniała zachwytem z drugiej. Najbardziej wstrząsająca jest scena na tle wyjątkowo pięknie skomponowanej w końcowym fragmencie przez Czajkowskiego muzyki, kiedy Czarny Łabędź opłakuje śmierć córki.
Ale ogromny zachwyt wywoływała też niebiańsko lekkim ruchem rąk a zwłaszcza nóg, czego nie spotyka się zbyt często na scenach innych teatrów w postaciach tych ptaków Lou Beyne jako Biały Łabędź.
Choreografię do muzyki Piotra Czajkowskiego dla spektaklu baletowego LAC stworzył Jean Christophe Maillot, dyrektor artystyczny Les Ballets de Monte Carlo. W zespole, który przywiózł na festiwal ten spektakl perfekcją i urodą wykonania zdecydowanie dominowały kobiety. Spośród mężczyzn wyróżniał się tylko znacząco Matej Urban jako Król, dorównując umiejętnościami i charyzmą wspaniałej Mariannie Barabas, jako Królowej.
Zwiewnością i cudowną miękkością ruchów zachwycały też Katrin Schrader jako Zarozumiała, Romina Contreras, Fałszywa Obojętność i Portia Adams jako Pożeraczka. Oryginalności spektaklowi przydaje tu łączenie tańca klasycznego ze współczesnym.
Libretto Jeana Rouauda i Jeana Christophe Maillota odbiega nieco od oryginału „Jeziora łabędziego”. Maillot tak ułożył choreografię, aby zasadniczy konflikt między dobrem i złem został przedstawiony poprzez dramat matczynych ambicji i miłości. Kiedy wznosi się kurtyna, na tylnej ścianie sceny oglądamy filmową projekcję prologu utrzymanego w klimacie stylu Cocteau, w którym młody Książę doznaje traumatycznego przeżycia, albowiem na terytorium bawiących się dzieci niespodziewanie pojawia się kobieta w czerni i porywa dziewczynkę, którą on jest zafascynowany.
Spektakl rozpoczyna scena balu, podczas którego dorosły już Książę nadal wspomina ukochaną przyjaciółkę z dzieciństwa. Tymczasem rodzice poszukują dla niego innej kandydatki na żonę. Znowu niespodziewanie, tym razem na dworze, pojawia się kobieta w czerni, która nadal więzi porwaną dziewczynkę, teraz wyrosłą już na ślicznego białego łabędzia, jednocześnie starając się podsunąć Księciu swoją córkę- Czarnego Łabędzia, w którego w spektaklu ciekawie wciela się Lydia Wellington. Cała inscenizacja to walka między czernią i bielą, czyli dobrem i złem. Mnóstwo przepięknych scen; dramatycznych, pełnych napięcia, ale i komicznych; bohaterowie zmagają się między sobą o ziszczenie własnych pragnień i marzeń. Historia kończy się tragicznie. Czarny Łabędź ginie.
Ernest Pignon- Ernest stworzył tu bardzo prostą, symboliczną scenografię, która, co nie zawsze spotyka się na scenach operowych, idealnie sprzyja tancerzom, pozwalając też na choreograficzny rozmach.
Przepięknie kostiumy zakomponował dla tancerzy Philippe Guillotel, oryginalne, dostosowane do charakteru każdej z postaci, a jednocześnie w większości tancerzy budzące bardzo subtelne tylko skojarzenia z upierzeniem łabędzi. Momentami sprawiają one wrażenie lekka targanych przez emocje, to znów przez wiatr.
Najbardziej wstrząsająca jest scena finałowa, kiedy przepięknie układająca się tiulowa płachta niczym śmiertelny całun opada na umarłego łabędzia. Tak malowniczego widowiska na pustej prawie scenie dawno nie oglądałam.