„Iwona, księżniczka Burgunda” Witolda Gombrowicza w reż. Adama Orzechowskiego z Teatru Wybrzeże w Gdańsku na 29. MFT Kontakt w Toruniu. Pisze Lidia Kępczyńska w „Gazecie Festiwalowej Złap Kontakt”.
Z Gombrowiczem ogólnie mam problem. Przyznaję się bez bicia. Realizacja Iwony, księżniczki Burgunda Adama Orzechowskiego nie zmieniła mojego odbioru. Liczyłam na nudną realizację nudnego dramatu. Dostałam atak na widzów, atak na kobiecość i atak na teatr. Kolejny raz się korzę. Moja wrażliwość nie pozwala mi na czerpanie przyjemności z interakcji z publicznością.
Szczególnie tej „obowiązkowej”, wręcz wymuszonej. To tyle tytułem wstępu. Umiem wyobrazić sobie, że część widzów została zauroczona wizją dworu. Barwną, głośną i karnawałową.
Umieszczenie Iwony wśród publiczności konsternuje. Czy jest to podstawiona aktorka? Czy jedna z widzek? Aktorzy ją poniżają. Raz po raz. Ktoś powie, że to tylko teatr, ale emocje, które czujemy, są prawdziwe. To nie jest subwersywny gest czy sprytnie zastawiona pułapka. Twórcy próbowali rozproszyć odpowiedzialność i wywołać w nas poczucie winy. My nie jesteśmy dziećmi. Wiemy, jakie są oczekiwania wobec nas, i nie odpowiadamy na wezwanie do reakcji. Linia oprawca i ofiara, winny i niewinny jest bardzo jasna. Przemoc słowna, której jesteśmy świadkami, wynika z decyzji reżyserskich. Jest wpisana w spektakl. Czemu to my mamy brać za nią odpowiedzialność?
Im dalej w las, tym ciemniej. Iza, która przez cały spektakl jest śmieszna (bo pijana), zostaje zgwałcona. Gwałt też jest śmieszny. Jest seksowny. Podnieca męskich bohaterów. A wszystkie trzy bohaterki kobiece zostają po kolei poniżone i sprowadzone do obiektów przemocy.
Orzechowski mierzy się z tekstem Gombrowicza i przegrywa. Deklaruje, że denerwuje go tekst „wielkiego klasyka”, ale tworzy spektakl pozbawiony krytycznego aspektu czy kontry wobec oryginału. Przez całe przedstawienie nie mogłam przestać myśleć o Poskromieniu złośnicy Krzysztofa Warlikowskiego. Premiery tych spektakli dzieli 26 lat, ale podczas wczorajszego pokazu czułam, jakbyśmy cofnęli się w czasie. Czy to jest ta „nostalgia za patriarchatem”? Na usta ciśnie się pytanie – czemu w 2025 roku ciągle musimy powielać reprezentacje przemocy na scenie podobne do tych powstających prawie trzy dekady temu.