Logo
Recenzje

Kamp na Amen!

26.10.2026, 11:22 Wersja do druku

„Betlejem Polskie” Lucjana Rydla w reż. Rafała Szumskiego z Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie na 64. Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych 5 Festiwalu Arcydzieł. Pisze Natalia Kamińska na blogu festiwalowym.

fot. Sebastian Stankiewicz

Gdyby szczeniak golden retrievera był spektaklem, to byłby z pewnością Betlejem polskim z Teatru im. Osterwy w Lublinie. Prawie półtorej godziny doskonałej zabawy otuliło moje serce ciepłym kocykiem i tchnęło w nie nadzieję, że jednak – gdzieś tam, kiedyś – będzie dobrze.

Od dyskretnych nawiązań estetycznych (choreografie znane z Eurowizji, cytaty muzyczne z Jesus Christ Superstar czy odniesienia do bajek Disneya), przez gagi, takie jak rzucanie w publiczność pluszakami, doskonale wygrany komizm postaci i sytuacyjny po absurdalne, horrorowe owce, których czerwone diodowe oczy przeszywały teatralne ciemności (tu zwracam się do działu marketingu lubelskiego teatru: jeśli zdecydujecie się uwzględnić takie owce w merchu, do czego gorąco namawiam, to macie już pierwszą klientkę) – lubelski zespół serwuje nam prawdziwe jasełka show, na których nie sposób się nudzić. 

Myliłby się jednak ten, kto wziąłby spektakl Rafała Szumskiego jedynie za komediowe wystawienie klasycznego tekstu. Betlejem polskie w lubelskiej interpretacji wytraca charakter narodowo-wyzwoleńczy i nabiera bardziej uniwersalnego, nadnarodowego sznytu. Decyzja słuszna, w końcu sytuacja polityczna Polski jest zupełnie inna niż w 1904 roku, kiedy we Lwowie miało miejsce pierwsze wystawienie sztuki Lucjana Rydla. 

Ciekawie prezentują się tu interwencje dramaturgiczne, które zachowują zasadniczą strukturę oryginału, adaptując go do współczesnych realiów, odhistoryczniają tekst i nadają mu jeszcze bardziej fantastyczny, wręcz bajkowy wydźwięk. Zaznaczę tu zresztą od razu, że choć pióro mnie świerzbi, by skomplementować poszczególne wykonania ról, to nie sposób to zrobić, nie ryzykując nadmiernych dłużyzn. Lubelski zespół stanowił po prostu wspaniały, doskonale zgrany ensamble, który – mimo drobnych kłopotów technicznych, kapryśnych mikroportów i problemów z niesforną garderobą – sprawił, że pozostałam w pełnej immersji od pierwszej minuty aż po oklaski.

Proste, białe schody, za nimi ściana z wycinanką w kształcie Gwiazdy Betlejemskiej. Spektakl otwiera pastuch Maciek, nawołujący swoje owieczki – Józię, Fruzię i Zuzię. To trio znane z Dam i huzarów Aleksandra Fredry; trzy służące stanowiące chór nieustannie komentujący, podważający i wyśmiewający porządek obowiązujący w świecie podziałów klasowych i płciowych. Owce – w przeciwieństwie do elokwentnych chłopek – wprawdzie pozostają nieme, ale jako jedyne „postaci dramatu” nigdy nie schodzą ze sceny, wpatrując się czerwonymi oczami w widownię. Prawdziwe owce rewolucji! 

Za chwilę w sielską egzystencję Maćka i jego kompanów wkroczy Dobra Nowina – nieco niezręczne anioły, nie do końca wiedzące, jak rozpocząć kolędę, osaczą przerażonych pastuchów (no, wyobraźcie sobie, że stajecie oko w oko z prawdziwym aniołem, to musi być ekstremalne doznanie). Obie grupy z początku będą miały problem, by odnaleźć wspólną melodię, jednak gdy w końcu im się uda razem zaśpiewać, muzyka będzie nieustannie prowadzić ich ku przeznaczeniu. Niekiedy z przestrachem, ale częściej z energią i entuzjazmem pokonywać będą kolejne krainy w pielgrzymce do Dzieciątka. Na swojej drodze spotkają roztańczonych, wielkomiejskich i pewnych siebie Krakowiaków, skonfundowanego Żyda, aroganckiego Pana Twardowskiego w kontuszu, a nawet Marylin Monroe. I tak wędrujący między wsią a miastem, Wschodem a Zachodem, tradycją a nowoczesnością, zachłystując się kolejnymi estetykami i sposobami życia, co i rusz będą musieli sobie przypominać za pomocą ludowej przyśpiewki, kim są i gdzie idą. I choć stracimy wesołą kompanię na pewien czas z oczu, gdy przysłoni ich bieg Wielkiej Historii, a na scenę wkroczy Herod, podjudzany przez samego Diabła (w tej interpretacji komiczna postać w dragu, stanowiąca zlepek odniesień do Diaboliny i Atomówek) – będą iść dalej, niepomni historycznych burz nad głowami, aż spotkamy ich ponownie w Betlejem. 

Przyznam, że podczas samego spektaklu nie skupiałam się na interpretacji, tylko w całości oddałam przeżyciu. Z perspektywy czasu zastanawiam się jednak, na ile ten spektakl można uznać za chrześcijański? Bajkowa oprawa, żart, zgrywa – poza zapewnieniem widzom wspaniałej zabawy – nastrajają też do odpowiedniego przyjęcia tych fragmentów spektaklu, które są bardziej serio. Ostatecznie dostajemy – jakkolwiek zaśniedziały może to być termin – spektakl z bardzo poważnym przesłaniem atrakcyjnie owiniętym w kampowy papierek. I właśnie dzięki temu zabiegi, które w innym anturażu mogłyby się wydawać kiczowate, w spektaklu Szumskiego były zwyczajnie poruszające. Jedynymi postaciami, które nie zostały nakreślone grubą kreską, są Maryja z Józefem – zwykła para umęczonych młodych rodziców, w dresach i z nie do końca uczesanymi włosami – oraz żona Heroda, elegancka pani z wyższych sfer, a jednocześnie uwikłana w system matka, która przez niego straciła dziecko. Podwaliną pokoju nie stanie się walka z Pana Twardowskiego z Diabłem, ale wybaczenie, które otrzyma żona Heroda, gdy zostanie przez świętych rodziców zaproszona do wspólnego przywitania Dzieciątka Jezus. Wtedy okalająca scenę rampa, biorąca w teatralny nawias dotychczasowe wydarzenia, złamie się i przybierze kształt domu, a z nieba zjedzie Gwiazda Betlejemska, tym razem prawdziwa, wskazująca odwrotny azymut niż ta poprzednia – końcem tej podróży jest powrót do domu. Szopka zmienia się w stół wigilijny, przy którym miejsce znajdzie nie tylko Żona Heroda, ale też Herod, a i sam Diabeł wkrótce zasiądzie do wspólnego kolędowania. 

Tradycją wystawień Betlejem Polskiego jest dopisywanie końcówki trzeciego aktu aktualizującej tekst o bieżące wydarzenia; w tym spektaklu autorem zmian jest Maciej Wojtyszko, który wzbogacił tekst o prostą modlitwę – o pokój, wybaczenie, wzajemną miłość i tolerancję – rozdzieloną między wszystkie postaci spektaklu. W końcu o tym jest Boże Narodzenie – o wybaczeniu, o dobrej nowinie i o nadziei, że kiedyś wszyscy razem zasiądziemy do jednego stołu. O świecie, w którym „wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem”. Co bardziej cyniczne osoby (w których liczbie byłam kiedyś i ja) mogłyby nazwać taką nadzieję tak płonną, jak niepotrzebną. Płonną – być może, ale im jestem starsza, tym cenniejsza wydaje mi się taka naiwna wiara w możliwość utopii. Lubelski zespół w pełen zręczności i uroku sposób pokazał, że – niezależnie od naszego pochodzenia, tożsamości czy religijnych afiliacji – nadzieja może być naszym wspólnym dziedzictwem kulturowym. Że możemy wybierać dostrzeganie dobra i piękna, nie odwracając jednocześnie wzroku od cudzego nieszczęścia. Ża warto być dobrą, czułą, empatyczną i wybaczającą, i zawsze, niezależnie od tego, co dzieje się wokół nas, odważnie kroczyć w kierunku lepszego jutra. Naiwne? Bardzo. Banalne? Wręcz koszmarnie. W dzieciństwie te wszystkie prawdy wydawały się oczywiste – w końcu z grubsza to przekazywały nam bajki. Rzadko jednak myślimy o nich w dorosłym życiu. Betlejem polskie pokazało, że naiwność może być świadomie (i efektywnie!) wykorzystanym tworzywem; lubelski zespół zaprosił nas do snucia wspólnego marzenia o lepszym świecie bez przemocy. Tylko tyle – i tyle wystarczy.

Tytuł oryginalny

Kamp na Amen!

Źródło:

Materiał nadesłany
https://fa.teatr-rzeszow.pl/2026/10/22/kamp-na-amen/

Autor:

Natalia Kamińska

Data publikacji oryginału:

22.10.2026

Sprawdź także