EN
31.03.2021, 10:34 Wersja do druku

„Kaligula” – transfer do Polskiego (teatr w czasach zarazy... ponownie)

„Kaligula” w reż.  Roberta Czechowskiego w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Pisze Karol Bijata z Nowej Siły Krytycznej.

fot. Jarosław Kuśmierski / mat. teatru

Jeszcze kilka dni temu podekscytowany czekałem na nową premierę Teatru Polskiego we Wrocławiu. Powodów było wiele. Miała to być moja pierwsza wizyta w teatrze od niemal roku i szansa na ponowne obejrzenie sztuki Alberta Camusa w reżyserii Roberta Czechowskiego. Poprzednią wersję, zrealizowaną w Die Theater Chemnitz w 2016 roku, miałem okazję zobaczyć na zielonogórskich Spotkaniach Teatralnych „Winobranie”. Usiąść w fotelu na widowni jednak nie było mi dane, tydzień temu teatry ponownie zamknięto na pstryk. Odwołane premiery, popłoch, panika, ratuj się kto może. Teatr Polski bardzo szybko zdecydował się na streaming. Zmobilizować się w kilka dni? Podziwiam!

Moja ekscytacja wynikała również z tego, że „Kaligula” dawał pierwszą od kilku lat szansę na zobaczenie dobrego przedstawieniu w napiętnowanym i opuszczonym przez widzów T[pl (o ironio, wcale nie z powodu pandemii). Niemiecki „Caligula” był dla mnie wyjątkowym spektaklem – do dziś zachwycam się tamtym surowym, brutalnym widowiskiem. Interpretacja sztuki Camus, którą przedstawił Czechowski była obłędna. To adekwatne słowo, trzygodzinny spektakl był prawie jak wizyta w psychiatryku.

Zasiadłszy na domowej kanapie, odpaliłem stream, chwyciłem za lampkę wina i założyłem słuchawki... „Teatr and chill?” – pisze sąsiad w esemesie, spoglądając w okno... „Ale dziwne!”. Tak... chociaż streaming nie jest już niczym nowym. Bardziej zastanawiające było to, że spektakl, na który byłem mentalnie gotowy, nabrał dziś innych znaczeń, głębszych i ciekawszych kontekstów. Polska wersja jest delikatniejsza, mniej przypomina krwiożerczy horror, ale i tak wcisnęła mnie w kanapę. A jednak zabrakło mi „niemieckiej” surowości. Przejdźmy do początku.

fot. Jarosław Kuśmierski / mat. teatru

Zanim ekran pokaże pierwsze kadry, uwagę przykuwa muzyka – i robi to do samego końca. Damian-neogenn-Linder nie raz kolaborował z Czechowskim. Utwory wkomponowane w inscenizację tworzą z nią genialną całość. Nie brak efektów stereo, jak wędrujący po pokoju głos Kaliguli. Świetny zabieg, zwłaszcza na możliwości, jakie daje streaming.
Scenografia Wojciecha Stefaniaka (z uwagi na gabaryty Dużej Sceny nieco większa niż ta skonstruowana pięć lat temu) to trudna do zinterpretowania przestrzeń. Metalowy labirynt, szpital psychiatryczny, a może nowa wizja antycznej agory? Świetnie współgra z wizualizacjami (to nowość w stosunku do wersji niemieckiej) Jakuba Psuja i kostiumami Adama Królikowskiego. Kreacja Caesonii to absolutny majstersztyk – ogromna peruka z kolorowymi warkoczami i obszerna kremowa suknia.

Wisienką na torcie wizualnie bogatego show są aktorzy. W roli Kaliguli gościnnie debiutują Hubert Kowalczys i Paweł Wydrzyński, grają dwa oblicza tej samej postaci. Dosłownie zobaczymy wewnętrzne dylematy Kaliguli: jaki jest w środku, a jaki na zewnątrz, jakie ma intencje, a jakich działań się podejmuje. Bardzo dobry zabieg! Mimo że tytułowy bohater to koło napędowe jatki na cesarskim dworze, często u Czechowskiego pełni funkcję… tła. Szczury? Robaki? Wijące się, paralityczne kreatury, aktorzy traktowani są niemal jako elementy scenografii. Choreografia Piotra Mateusza Wacha to transowe spazmy. Czasami chce się włączyć pauzę na komputerze, ale jednocześnie nie można się od ekranu oderwać!

Bezbłędni debiutanci to nie koniec miłych niespodzianek w obsadzie. Michał Opaliński (jeden z Patrycjuszy), którego absolutnie nie spodziewałbym się znów w Polskim! Ale... Czy niema postać nazwana Oddech (Piotr Mateusz Wach), która towarzyszyła cały czas cesarzowi, była potrzebna? Pełzające spersonifikowane szaleństwo było może zabiegiem zbyt przekombinowanym i po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że... niepotrzebnym. Wizualnie ciekawym, ale niewiele wniosło do interpretacji. Wśród „robaków”, kalekich patrycjuszy, całego tego „domu wariatów” uwagę zwraca Caesonia (Anna Haba). Pomimo dość krępującego ruchy kostiumu, świetnie zagrała spectrum emocji, od psychozy, do bycia ofiarą obydwu oblicz Kaliguli.

Cały czas czekałem na efekt absurdu i brutalności, z jakim zetknąłem się pięć lat temu (Caligula skaczący we krwi niczym monstrum, aktorzy grający szczury przerażająco piszczące za kulisami). Może niepotrzebnie. Wrocławski spektakl zagłębia się w psychikę bohaterów, mniej skupia się na przedstawianiu szaleńczych czynów. Wrażeń jednak nie zabrakło. Choćby chłosta matki Mucjusza (Krzesisława Dubielówna). Nie widzimy krwi, do rękoczynów dochodzi poza sceną. Słyszymy skowyt ofiary i głośne uderzenia. Powracająca na scenę postać o pustych oczach i twarzy tak zmęczonej, że aż niezdolnej do ukazania jakiegokolwiek uczucia, to przerażający widok.

Bałem się, że spektakl zostanie „przedobrzony”... Nie w tym przypadku! Od mrocznego powrotu Kaliguli na dwór po trzydniowej nieobecności w królestwie, do finału oglądamy transową opowieść o rzymskim cesarzu i jego czynach. Ale nie tylko, Robert Czechowski w sposób intrygujący przysposobił tekst do współczesnej, ociekającej polityką Polski. Jakie skutki generuje władza, gdy sprawuje się ją dla własnych interesów bądź wizji? Jak funkcjonuje państwo w konsekwencji kaprysów i jedynych słusznych (własnych) racji? Czy można rządzić, zapominając o społeczeństwie?

Do zobaczenia na scenie!


Albert Camus
„Kaligula”
przekład: Janusz Kasza
opracowanie tekstu, inscenizacja i reżyseria: Robert Czechowski
Teatr Polski we Wrocławiu, premiera online: 26 marca 2021 (spektakl oglądany 27 marca)
występuj: Klaudia Cygoń (gościnnie), Krzesisława Dubielówna, Anna Haba, Marika Klarman (gościnnie), Kamila Revlon (gościnnie), Dariusz Bereski, Krzysztof Brzazgoń (gościnnie), Piotr Chomik, Marian Czerski, Marek Feliksiak, Mariusz Kiljan, Hubert Kowalczys (gościnnie), Igor Kujawski, Krzysztof Kuliński, Tomasz Lulek, Stanisław Melski, Eloy Moreno Gallego (gościnnie), Michał Mrozek, Michał Opaliński, Jacek Skoczeń (gościnnie), Piotr Mateusz Wach (gościnnie), Paweł Wydrzyński (gościnnie)

Karol Bijata – absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskim, specjalizuje się w performatyce, mediach i telewizji. Aktor teatru In-Art. Performer. Inżynier dźwięku, muzyk. Twórca instalacji dźwiękowych i muzyki do spektakli. Członek i założyciel wrocławskiego kolektywu Wkurvv.

Źródło:

Materiał własny