„Zły. Warszawska jazz opera” w reż. Jerzego Jana Połońskiego w Teatrze Rampa w Warszawie. Pisze Anna Czajkowska w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena Recenzenta: 7/10
„W Warszawie łapie się życie na gorąco, a prężność tego miasta zdumiewa”.
Słowa Leopolda Tyrmanda wracają dziś w Teatrze Rampa w nowej odsłonie – w spektaklu „Zły. Warszawska jazz opera”, przygotowanym z okazji 50-lecia sceny. Reżyser Jerzy Jan Połoński i autor scenariusza Michał Walczak sięgają równocześnie po kultową powieść „Zły” i „Dziennik 1954”, tworząc projekt, który z równą odwagą flirtuje z kryminałem, satyrą, reportażem i musicalem.
Tyrmandowski portret Warszawy – tej odbudowującej się z ruin, pełnej sprzeczności, lęków, aspiracji i szemranych interesów – staje się głównym bohaterem spektaklu. Miasto, jednocześnie fantazmat i konkret, pulsuje na scenie rytmem wielowątkowej fabuły. Twórcy łączą wartką akcję, mnogość postaci i popkulturowe odniesienia z muzyką, tańcem i zabawą słowem. W rezultacie powstaje kalejdoskop – efektowny, choć chwilami nazbyt chaotyczny.
Połoński wyraźnie podkreśla rolę Tyrmanda jako jednego z protagonistów spektaklu. Pisarz, twórca i komentator, siedzący przy maszynie do pisania, wprowadza refleksyjny kontrapunkt do scenicznego rozgardiaszu. Sceny te są najspokojniejsze, najbardziej zdyscyplinowane dramaturgicznie – pozwalają widzowi zaczerpnąć tchu. Jednak mnogość wątków i szybkie zmiany miejsc akcji sprawiają, że momentami trudno nadążyć, kto jest kim i dlaczego (nawet jeśli książka Tyrmanda jest dobrze znana).
Siłą przedstawienia pozostają kostiumy i scenografia Mariki Wojciechowskiej, które porządkują przestrzeń i pomagają widzowi w orientacji. Surowość, gra światłem, projekcje – to wszystko buduje atmosferę powojennej Warszawy, miasta chuliganów, gangsterów, bikiniarzy i jazzowych klubów. Szkoda tylko, że sama muzyka, choć stylowo zaaranżowana, pozostaje zbyt gładka i za mało drapieżna, jakby pozbawiona tego niepokornego nerwu, który definiował polski jazz lat 50.
Aktorzy mierzą się z wielością ról, szybkim tempem i znaczną liczbą scenicznych obowiązków. Karol Drozd jako Tyrmand i Zły przyciąga uwagę charyzmą, a Krzysztof Godlewski buduje wiarygodną postać młodego dziennikarza Kuby Wirusa. Julia Piotrowska (Krystyna/Marta) i Dominika Łakomska (Michalina Dziarska/Milena de Vers-Tyrmand) łączą energię z naturalnością. Duet Agnieszka Makowska – Robert Tondera bezbłędnie odnajduje się w komediowej konwencji. Słabiej brzmi jednak warstwa wokalna – mikroporty, choć niezbędne, obnażają wszelkie niedoskonałości dykcji.
„Zły. Warszawska jazz opera” to przedsięwzięcie efektowne, z rozmachem, a przy tym świadomie zanurzone w atmosferze socrealistycznego miasta. Nie jest to spektakl doskonały – chwilami przytłacza kakofonią pomysłów, a jego jazzowy puls bywa zbyt równy. Ale ogląda się go z przyjemnością, bo wizualnie imponuje, a fabularnie bawi się literackim mitem Warszawy. Nie każdego uwiedzie, lecz z pewnością poruszy wyobraźnię widzów kochających Tyrmanda i jego barwną, niejednoznaczną stolicę.