„Nosferatu” na motywach filmu Friedricha Wilhelma Murnaua w reż. Mariusza Grzegorzka w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Pisze Łukasz Maciejewski w AICT Polska.
Rzadko zdarza mi się słyszeć i czytać po premierze spektaklu same peany: że takie to świetne, trzeba obejrzeć, że koniecznie.
To wywołuje przekorę. Ale naprawdę? Nie przesadzacie?
Takie komplementy słyszałem pod adresem „Nosferatu”, spektaklu w reżyserii Mariusza Grzegorzka, już obwołanym wydarzeniem roku na Wybrzeżu i hojnie nagradzanym.
Trzeba było w końcu zobaczyć i nareszcie się udało.
I, tak, wydarzenie. Tak, wspaniały spektakl. I nie ma potrzeby wstydzić się wykrzykników.
„Nosferatu”, rzecz oczywista, obwarowane jest przede wszystkim pajęczą siecią powiązań filmowych. Team Coppola, team Herzog, team Murnau, team Eggers, inni.
Do którego teamu należysz? (Brama Stokera nikt raczej już nie czyta).
Grzegorzek, nie mam wątpliwości, wybiera Murnaua. Ekspresjonistyczny klucz. To zresztą nic nowego w świecie tego reżysera. Niejeden raz czerpał z ponadczasowego, ekspresjonistycznego źródła.
Uwertura. Dom jak z Bergmana, jak z „Fanny i Aleksandra”. Rodzina, dzieciaki, choinka wielka, słodycze na lśniącej paterze. Znamy takie obrazki z teatru i z kina Mariusza Grzegorzka, z „Królowej aniołów” chociażby. Niby retro, ale poza czasem właściwie. To nie jest bowiem spektakl o przeszłości, ani o teraźniejszości. To jest teatralny film o czeluści, o szczelinie, w którą wpada każdy właściwie, i czasami mości się w niej na długo, czasami na krócej, ale ta szczelina jest, kusi.
Oto nasze mentalne Karpaty, pałac wampira, stan zawieszania pomiędzy życiem, a śmiercią, seksem a ascezą. Muchomory i grzyby halucynogenne. To jest nęcące, to jest podniecające, to jest groźne.
„Love song for the Vampire” – niczym z piosenki Annie Lennox.
Taki właśnie jest „Nosferatu” w „Wybrzeżu”.
Widownia, ociosana, kameralna – usytuowana na scenie. Oglądamy spektakl, historię, znakomitych aktorów, ale także wszystko, czym jest teatr, czym może być teatr.
Fajerwerki. Scena „Wybrzeża” po remoncie. Żadne tam obrotówki, to już widzieliśmy. Scena unosi się i opada. Chwieje i tańczy. Jonathan grany z oddaniem przez Roberta Ciszewskiego biegnie po rusztowaniach, spoglądając na świat z wysoka. Na wielkim ekranie „grzegorzkowe” fantazmaty – muchy, larwy, czekoladki – punktowo oświetlana pusta widownia „Wybrzeża” (reżyseria świateł to również dzieło reżysera), budzi niepokój i zachwyt.
Spektakl w ruchu, z niesamowitym soundtrackiem, w tańcu, w modlitwie.
***
Mrok. Słowo klucz dla mnie. To jest historia mroku.
Mrok w gęstym znaczeniu symbolicznym, ale i dosłownym.
Scena jest mrokiem, i teatr jest mrokiem. Wybitne kostiumy autorstwa Hanny Wójcikowskiej-Szymczak zawieszone między retro a futuro, dopisują znaczenia wizualnej i emocjonalnej przestrzeni. Empire, krynoliny, fulary, trzyczęściowe garnitury, surduty. Starannie uszyte, dopracowane, ale sprawiające wrażenie kostiumów z bardzo świadomym defektem. Z wybrakowaniem. To właśnie mrok, zagrażająca ciemność. Mrok zatruwający serca i rozum bohaterów. Mrok zatruwający serca i rozum obserwujących ich mękę i żądze widzów.
Sukces przedstawienia to także scenografia. Jagna Janicka, mistrzyni scenografii filmowej, teatralnej i operowej, pracująca niegdyś często z Mariuszem Grzegorzkiem przy jego filmach i Teatrach Telewizji (Królowa aniołów, Simaptico, Zadaniem Amy), przede wszystkim zaś w teatrze (Szklana menażeria, Tramwaj zwany pożądaniem, Simpatico, Rutherford i syn, Żałoba przystoi Elektrze, Zdaniem Amy), po latach wróciła do współpracy z reżyserem. Efekt jest zachwycający.
Scenografia, plastyczna wizja spektaklu, wzbogacona o filmowe projekcje i grę światła to równoległy aktor przedstawienia. Charakterystyczne artefakty teatru Grzegorzka – powiewające wielkie bele tiulowego materiału, posępne, ciężkie meble, urzekające elementy dekoracyjne, jak wielkie srebrne kule turlające się po scenie: wszystko to pracuje na wyraz, nazwijmy go duchowym, przedstawienia.
Zamek Orloka: znowu mrok, ponownie ciemność. Egzystencjalny strach, którego nie sposób pokonać. Którego nie ma się siły pokonywać. I jest to strach zaklęty w drewnianym stole, strach ukryty w barchanach, na łóżku, w którym na pewno nie zazna spokoju Jonathan. To strach odbijający się w gaszonych palcami przez Nosferatu świecach, albo w wynurzającej z nieba, czyli z górnej sceny teatralnej tracącej niewinność Ellen (Maria Wróbel). Mrok bez ulgi.
***
Aktorskim odkryciem spektaklu jest nieznany mi wcześniej młody aktor „Wybrzeża” Marek Puchowski – jako Hrabia Orlok wydaje się idealnym wykonawcą intencji reżyserskich.
Postać demoniczna i zarazem bardzo ludzka. Wampir, który chce umrzeć. Jest silny, jest słaby, wszystko w nim buzuje. Groza w jego przypadku jest konsekwencją demonicznej łagodności. Żadnych krzyków, kłów, pazurów do ziemi. Hrabia jest interesujący, tajemniczy, cichy. „Część tej siły, która wiecznie zła pragnąc wiecznie dobro czyni”.
Wspominam o Puchowskim, ale „Nosferatu” Mariusza Grzegorzka jest spektaklem zespołowym i niemal każdy z artystów zaproszonych do projektu zasłużył na wspomnienie. O zaangażowanym Robercie Ciszewskim wspominałem, na drugim planie ciekawe kreacje stworzyli Jerzy Gorzko (Abraham van Helsing) i Jacek Labijak, macierzyńską troskę i kobiece zagubienie wnosi postać Anny Harding grana przez Katarzynę Z. Michalską, mądrze uzupełniają centrum utalentowani Jakub Nosiadek i Grzegorz Otrębski w czterech rolach (Demiurg, Cygan, Urzędnik, Strażnik).
Aktorski spektakl, zespołowy, ale zespołowy spektakl indywidualistów działających we wspólnej sprawie.
„Nosferatu” z Teatru Wybrzeże, przypomniał mi, jak wspaniałym widowiskiem może być wciąż teatr i jak wiele może kryć się weń znaczeń.