Logo
Magazyn

Miesięczna kronika teatralna – #5. Maj 2026 [recenzje]

17.06.2026, 15:52 Wersja do druku

Finał majowej „Miesięcznej Kroniki Teatralnej” to garść recenzji spektakli Teatru Telewizji, sceny operowej i teatrów dramatycznych. Zapraszam do rekomendacji! Pisze Benjamin Paschalski na swojej stronie.

fot. Waldemar Kompała/ TVP

Na ekranie

Moralność Pani Dulskiej, Gabriela Zapolska, reżyseria: Agnieszka Glińska, Franciszek Przybylski, premiera: maj 2026

Każda nowa interpretacja klasyki polskiej spotyka się z moim wielkim uznaniem. Nie chodzi tylko o dramaty romantyków, ale także komedie Aleksandra Fredry, dzieła mniej znane, a także obyczajówki Gabrieli Zapolskiej. W obecnym sezonie mamy okazję do ciekawych porównań. Nową premierę Moralności Pani Dulskiej przygotował Teatr Telewizji obsadzając w tytułowej roli Kingę Preis, a już niedługo tytuł zagości na deskach narodowej sceny w inscenizacji Anny Augustynowicz z Małgorzatą Kożuchowską jako Anielą Dulską. Porównania będą nieuniknione. Ale nim do nich dojdzie słów kilka o wersji „największej sceny świata”. Realizację powierzono duetowi Agnieszka Glińska i Franciszek Przybylski, którzy mieli mieć własne, odmienne oko na dawny utwór komediowy. Tylko pytanie czy potrzebuje on retuszu i korekty? Wydaje się, że absolutnie nie. Treść jakby nadal aktualna, czasy przemijają, a kołtuństwo pozostaje. Zatem świat, który widzimy na ekranie jest czymś pomiędzy – dawnym, a dzisiejszym. Z zewnątrz pierwsze kadry ukazują współczesną ulicę, ale wnętrze przeciętnego mieszkania to już stylizacja. Wytapetowana przestrzeń, lekko ascetyczna przyciąga swoją oryginalnością autorstwa Jagny Janickiej i Katarzyny Polak. W owym zamkniętym świecie odbywa się rodzinna gra z wybrykami Zbyszka, które kończą się uwiedzeniem służącej i niechcianym potomkiem. Tym co wprowadzają głowni realizatorzy to piosenki własnego autorstwa do muzyki Mariusza Obijalskiego. Są one komentarzem w przypadku Dulskiej, jej stanu ducha, klimatu, nastroju, życia. Inne zniesmaczają jakby występ Hanki, który ogranicza się do kręcenia tylnią częścią ciała. Brakuje logiki w ich wyborze, choć raczej to duch wewnętrzny poszczególnych postaci. Jednak gdy zsumuje się ów obrazek rodzi się tani i słaby pop klip, który może kogoś ożywi, ale raczej rozczaruje. Dodatkowo reżyserzy wprowadzają początkowo bezsensowne stawki z podkreśleniem określonych cytatów. Z czasem ów zamysł zanika pozostawiając widza bezradnym – czemu ów zabieg miał służyć? Całość jest głęboko teatralizowana, gdzie utwory śpiewane stają się jak w operetce dodatkiem do głównej akcji. Ta nawet jest płynna, ale zawodzi Kinga Preis, która odgrywa postać na jednej nucie nieustannego jazgotu, krzyku, choć czasem nieźle wypadają, z jej udziałem, sekwencje komediowe. Ów podniesiony głos przeszkadza, drażni, odrzuca. A przecież nie na tym polega dialog i siła owej kobiety. Przed oczami mam Annę Polony z serialu, a wcześniej przedstawienia Z biegiem lat, z biegiem dni. Ale porównania zazwyczaj szkodzą, wszak należy oceniać konkretne wystawienie.  Królem przedstawienia okazuje się Zbyszko (Michał Balicki), który jest niczym mistrz ciętej riposty, lekko przesadzony, ale konkretny i ukazujący postać modelowego lekkoducha.  Zatem miało być inaczej, nowocześnie i przemyślanie. A wyszło nijak – trochę z przypadkowymi rozwiązaniami, które nie do końca sprawdzają się jako istotne elementy zawsze aktualnej komedii Gabrieli Zapolskiej.

Ocena: 3/6

fot. mat. Warszawskiej Opery Kameralnej

Kącik operowy

Cosi fan tutte, Wolfgang Amadeusz Mozart, reżyseria: Paweł Szkotak, kierownictwo muzyczne: Adam Banaszak, Warszawska Opera Kameralna, premiera: maj 2026

Z operami Mozarta zawsze jest problem, w jaki sposób je pokazać aby były atrakcyjne dla współczesnego widza. Czasem można przefolgować, gdy tworzy się swoisty montaż atrakcji, z którego nic nie wynika jak miało to miejsce z premierą Cosi fan tutte w reżyserii Wojciecha Farugi w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej. Ponownie w stolicy, tym razem odmienna inscenizacja, która wykorzystuje walory minimalistycznej sceny Warszawskiej Opery Kameralnej. Obecnie akcja, oczywiście uwspółcześniona, została osadzona w Nowym Jorku, a tłem stają się ulice Manhattanu z obrazem luksusowego apartamentu sióstr Fiordiligi i Dorabelli. Jest klasa wyższa, świat powodzenia i wielkich pieniędzy. Twórca pomysłu – Paweł Szkotak, odchodzi od krajobrazu Włoch na rzecz amerykańskiego pejzażu. Dla wszystkich co znają intrygę, która zmierza do uwiedzenia i udowodnienia niewierności wybranek serca, przez dwóch wybranków serca Ferrando i Guglielmo, to zmiana miejsca świetnie oddaje kontekst opowieści. Problemem jest, że przebrani kawalerowie nie są Albańczykami, a zostają wysłani na Grenlandię w ekspedycji militarnej i z niej powracają z orszakiem tubylczej społeczności. I tu rodzi się problem logiczny. Stany Zjednoczone mają zakusy na zajęcie największej wyspy świata, ale jak na razie prowadzą akcję zbrojną w Iranie. I aby być wiernym tego co niesie świat mediów sensownym byłoby dokonać przymusowego wyjazdu na Bliski Wschód, a powracającym mogliby być na przykład Persowie. Ta przewrotność ukazuje, że pod równanie inscenizacyjne Szkotaka można podstawić każdą możliwą lokalizację, a będzie ona zgodna z zamysłem reżyserskim. To największy mankament dramaturgiczny, pewna niespójność. Jednak najważniejszym jest, że akcja płynie niezwykle sprawnie, efektownie, przepełniona jest świetnymi pomysłami komediowymi. Jednym z nich jest pomysłowy prezent od nowych wybranków serca: polarny niedźwiedź, który przypomina Zakopane, ale jest najbardziej wiernym zwierzakiem. I może to także przewrotność, że lepiej ufać nie ludziom, bo miłość może ofiarować tylko czteronogi towarzysz. Dopełnienie stanowi okazała oprawa plastyczna autorstwa Mariusza Napierały oraz Sylwestra Krupińskiego, który stworzył interesującą rewię mód oraz stylizację folkloru grenlandzkiego. Kluczem owego dobrego spektaklu jest jego bezpretensjonalność wsparta konceptem zabawy, że „tak czynią wszyscy” – bo przecież tak bywało i jest, że serce nie sługa i ulega zalotom okazałych partnerów. Świetnie wokalnie wypadł cały sekstet solistów. Szczególne uznanie należy się dla Laury Topolanszky, węgierskiej sopranistce, która zachwyciła wokalnie i aktorsko w partii Fiordiligi. Równie dobrze zaprezentował się Hubert Zapiór (Guglielmo) ukazujący świetne prowadzenie roli i śpiewaczy kunszt. Dopełnieniem stała się oprawa muzyczna. Orkiestra Instrumentów Dawnych Warszawskiej Opery Kameralnej Musicae Antiquae Collegium Varsoviense pod kierunkiem Adama Banaszaka brzmiała niezwykle świeżo i nośnie. To widowisko spełnione, które zachwyci każdego laika sztuki operowej poprzez swoją przystępność i umiejętność ukazania, w ciekawy sposób, prostej, uniwersalnej historii.

Ocena: 5/6

fot. Radosław Drygas/mat. teatru

Łucja z Lammermooru, Gaetano Donizetti, reżyseria: Thaddeus Strassberger, kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk, Opera Nova w Bydgoszczy, premiera: maj 2026

Niezwykłą umiejętnością, w świecie reżyserii operowej, jest sztuka realizacji wielkich widowisk w otwartej przestrzeni. Każdy spragniony wielkich doznań winien odwiedzić Bregenz Festival ze zjawiskową sceną zlokalizowaną na tafli Jeziora Bodeńskiego, które wielokrotnie, w kolejnych realizacjach, staje się naturalną scenografią dla akcji przedstawień. Również w Austrii znajduje się kamieniołom z regularnymi prezentacjami operowymi – Oper im Steinbruch. To także plenerowa przestrzeń z niezwykle ciekawymi, wizyjnymi spektaklami, które oczarowują swoją fantazyjnością i kreatywnością twórców. Do stałych rezydentów, w ostatnich latach, należy amerykański artysta Thaddeus Strassberger. On również odpowiadał za przygotowanie ceremonii zamknięcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich Mediolan-Cortina (2026), która miała miejsce w werońskiej Arenie. I właśnie owe doświadczenie budowania wielkich, niezwykle wizualnych przedsięwzięć artystycznych stało się szczególnym wabikiem do zobaczenia ostatniej premiery w Operze Nova w Bydgoszczy. Maciej Figas – szef instytucji nad Brdą zaprosił wspomnianego reżysera do przygotowania Łucji z Lammermooru Gaetano Donizettiego. Utworu, który niezwykle rzadko gości na naszych scenach, a jest przesycony dramatyczną akcją, a także jednym z najlepszych przykładów włoskiego bel canto kładącego nacisk na wirtuozerię i kunszt wokalnego wykonania. Najważniejszym jest, że widz odwiedzający bydgoską scenę kompletnie nie zawiedzie się. Komponenty przedstawienia świetnie ze sobą współgrają, choć na pierwszy plan wysuwa się koncepcja inscenizacyjna. Z jednej strony jest niesłychanie statyczna, utrzymana w jednym obrazie przesyconym zielenią krainy miejsca akcji – Szkocji, a z drugiej charakteryzuje go odmienna, symboliczna i sugestywna malarskość. Właśnie owa umiejętność konstruowania obrazów, które mogą się wydawać statyczne posiadają niezwykłą moc uwodzenia, wciągania odbiorcy w ową krainę niesamowitości. Strassberger w owym świecie natury, widzi więcej, niż w salonowej rozgrywce o miłość i pojednanie dwóch zwaśnionych rodów. To rzecz o pewnej wspólnocie, gdzie wierzenia i obrzędowość codzienności budują klimat niesamowitości. Polowanie, opiekunka Łucji jako szamanka, a przede wszystkim obraz tytułowej bohaterki jako postaci o rudych włoskach i w białym stroju, multiplikowany tancerkami, które jak zwidy z Giselle wychodzą z krainy ciemności przepowiadając to co nieuniknione – śmierć. To jakby rozegranie widowiska pomiędzy dwoma stanami – jeszcze życia, a już witania się z dziką śmiercią, ludycznym wierzeniem. Owe pejzaże są zjawiskowe. Nawiązują do koncepcji prerafaelitów, stowarzyszenia artystycznego z połowy dziewiętnastego wieku, którzy odwoływali się do sztuki włoskiego renesansu. Owa tradycja mocno odbija się w wizualnym kontekście, symboli, ale przede wszystkim w figurze tytułowej bohaterki, która jakby wprost wychodziła z obrazu owej grupy twórczej. To co jest warte podkreślenia, to świetne trzymanie napięcia, które ukazuje narastające uczucie, zmyśloną zdradę i tragiczne zakończenie. Poszczególne sceny kontrastują między sobą prostymi efektami: świecami, dymem, dodatkowym obrazem. Ale horyzont i elementy głównej dekoracji pozostają niezmienne – owej szkockiej mieszanki dzikiej przyrody i równie nieokiełzanych ludzkich emocji. Całość jest niezwykle wciągająca, emocjonalna i przesiąknięta dramatyzmem. To realizacja najwyższej próby, w której ważni są również soliści. Niezwykłą postać stworzyła Yuliia Zasimova jako Łucja. Oczarowuje swoim głosem, ale także aktorstwem, które niezwykle ważne jest w owym przedstawieniu. Duży kunszt pokazał Piotr Kalina jako jej wybranek serca – Edgar. Uwagę zwrócił również brat dziewczyny – Bartłomiej Kłos oraz Rajmund, mnich – Janusz Żak. Na owym tle, które może zauroczyć i odurzyć nie najlepiej wypadła orkiestra pod kierunkiem Tomasza Tokarczyka. Grała nonszalancko i bez zniuansowania, melodyjności i plastyczności dźwięku. Mimo owej uwagi to jedno z najlepszych przedstawień sezonu operowego.

Ocena: 5,5/6

fot. mat. teatru

Wiedeńska krew, Johann Strauss II, reżyseria: Giorgio Madia, kierownictwo muzyczne: Jacek Boniecki, Opera Krakowska, premiera: maj 2026

Operetka w naszym kraju to ginący gatunek. A to wielka szkoda, gdyż istnieje rzesza widzów, która chętnie ogląda tego typu widowiska, a szlagiery z tychże nuci nie tylko podczas spektakli. W Austrii istnieje dedykowany festiwal owej sztuce muzycznej, gdy co roku w Bad Ischl pobrzmiewają muzyczne dźwięki dwóch premierowych inscenizacji. To nie tylko Franz Lehar czy Imre Kalman, ale także liczni zapomniani, odłożeni do lamusa, a budujący świat rozrywki jeszcze w nie tak dawnym czasie. Jednak pozostaje kilka miejsc w Polsce, gdzie operetkę można poznać i zobaczyć jakie obiera kierunki interpretacyjne. Jednym z nich jest Kraków. Tu dzieło Johanna Straussa II Wiedeńska krew, będące nieustanną wiązanką utworów Wiedeńczyka, zostało zaprezentowane w inscenizacji Giorgio Madii. Ten włoski artysta od wszystkiego (od opery do baletu, a może czas na musical?), praktycznie stały rezydent w naszym kraju, przygotował ową romansową opowieść w świecie Kongresu Wiedeńskiego. Wówczas właśnie walce stały się kluczową rozrywką, która dała przydomek owemu spotkaniu elity politycznej ówczesnego czasu jako „tańczącego wydarzenia”. Poseł wymyślonego księstwa, żona, kochanka, służący, zwierzchnik, krawcowa i intryga gotowa – komedia omyłek sześciu postaci poszukujących szczęścia i miłości. A to wszystko przy płynących dźwiękach przypominających wiedeński koncert noworoczny. Ale ów swoisty samograj posiada swoje mocne i słabe strony. Najciekawiej i najbardziej okazale prezentuje się scenografia autorstwa estońskiej artystki Maarji Meeru. Całą scenę otacza lawenda, ze sztankietów zwisają kwiaty, a lila barwa światła ukazuje pole gry. Ów kolor wprowadza lekkość i zwiewność. Również zachwycają kostiumy dograne w każdym szczególe. Początek to Marsz Radetzky’ego, który ma ukazać klimat militaryzacji i nowego porządku. Może to właściwy trop, ale dalej nie rozwinięty. Madia chce aby było wesoło, zabawnie, ale niestety akcja osiada jakby złapała zadyszki. Sceny są niestety dość mocno statyczne, co ukazuje bal w drugiej odsłonie. Chórzyści plączą się pod dekoracjami jakby zupełnie nie wiedzieli co ze sobą zrobić. Atrakcją jest sekwencja baletowa, która urozmaica owe skostniałe przyjęcie. Nie lepiej jest w ostatnim akcie, który przepełniony słowotokiem nuży, a muzyki w nim jak na lekarstwo. A szkoda. Dobranie kilku kompozycji ubarwiłoby ową stagnacyjną scenę, która ma śmieszyć, a niestety zniesmacza. Ciekawie prezentuje się Katarzyna Mackiewicz jako Gabrielle, choć jest zbyt poważna aktorsko i nie dopasowana do konwencji. Jakub Luboiński w partii Hrabiego Zedlau, też statyczny, ale nadrabia udanym śpiewem. Dobrze ogrywa swoją rolę Jarosław Bielecki będący służącym Josefem, a także Zuzanna Caban jako infantylna Franzi. Ciekawie zaprezentowała się Kateryna Rychkova jako Pepi. Ale niekwestionowanym mistrzem konwencji okazał się Michał Kutnik jako Premier. Dopasowany wizualnie i sceniczną charyzmą uwodzi i zastanawia jak polityka miesza się z uwodzeniem płci przeciwnej niczym w dawnych dziennikach Anastazji P. Madii brakuje inwencji i pomysłowości. Sceny są dość w ograniczony sposób zainscenizowane, a przecież można szeroko wykorzystać zespół baletowy jako tło służących, mieszkańców czy gości przyjęcia. Niezwykle dobrze brzmiało tłumaczenie tekstów śpiewanych autorstwa Janusza Minkiewicza. Walorem stała się orkiestra świetnie odnajdująca się w konwencji dawnego Wiednia, choć z marszowym zacięciem. To zasługa kapelmistrza Jacka Bonieckiego, który pierwsze szlify operetkowe zbierał w warszawskim Teatrze Muzycznym „Roma” czasów Bogusława Kaczyńskiego. Dziś co prawda szefuje zespołowi pieśni i tańca „Mazowsze”, ale nadal posiada dryg do prowadzenia operetek. To spektakl pięknej oprawy, luksusu, który ukazują dekoracje i kostiumy, ale kulawej inscenizacji choć w konwencji dobrego spektaklu muzycznego. Ale może nie można mieć wszystkiego.

Ocena: 4/6

fot. mat. teatru

Der Rosenkavalier, Richard Strauss, reżyseria: Wojciech Faruga, kierownictwo muzyczne: Yaroslav Shemet, Opera Bałtycka w Gdańsku, premiera: maj 2026

Kawaler srebrnej róży, niezbyt często wystawiana w naszym kraju, opera Richarda Straussa. Urzeka swoją muzyką, ale również opowieścią, gdzie swoista metafizyka o ulotności czasu i przemijaniu przetyka się z realizmem miłosnej opowieści. Do Gdańska zaproszono Wojciecha Farugę, obecnego dyrektora warszawskiego Teatru Dramatycznego, który dwukrotnie już przygotował operowe produkcje w warszawskim Teatrze Wielkim-Operze Narodowej. Obie prace mocno mnie zniesmaczyły, odrzuciły. Uważałem je za trywialne i nijakie, przekombinowane, a nawet puste w opakowaniu luksusu. Z realizacją na Wybrzeżu jest odmiennie. Posiada ona oryginalny koncept, który może zastanawiać i również zniechęcać, ale jest w niej coś niesamowitego, pulsującego, tajemniczego. Osadzenie akcji w czasach przemiany kina z niemego na dźwiękowe, złotej ery Hollywood, ma swoje uzasadnienie. To właśnie przejście – odchodzenia dawnych gwiazd, które świetnie radziły sobie w przepełnionym mimiką i pantomimą okresie filmu bez słów, ale nie umiały odnaleźć się gdy trzeba było nie tylko wyglądać, ale również mówić – stanowi klucz interpretacyjny. Reżyser nie tworzy filmu, ale wykorzystuje miejsce kinematograficznej stolicy świata z jej głównym bulwarem, który jest tłem początkowych sekwencji. Owa dekoracja opada ukazując, że świat to fasada, konwencja. A życie ma swoje odmienne barwy. Spektakl posiada swoistą klamrę od łóżka w którym baraszkuje Marszałkowa z Oktawianem do ostatniej sekwencji w muszli i miłosnego uniesienia już młodych: Zofii ze wspomnianym kawalerem. To także dorastanie, odmienianie się, dojrzewanie, ale przede wszystkim zrywanie więzów i budowanie nowego. Trzy akty posiadają własny klimat, ducha opowieści z wieloma cytatami filmowymi. Mamy Oktawiana niczym Tarzana, wielką łapę King-Konga, w której jako przerażona zdobycz gotowa do transakcji zasiada Zofia - wybranka odrzucającego Barona Ochsa, nieśmiertelny napis Hollywood, który w wersji mikroskopijnej góry ukazuje jasno miejsce owej opowieści, a także postaci kosmiczne niczym z pierwszych obrazów science fiction. To nie tylko świetna scenografia Katarzyny Borkowskiej, ale także inscenizacyjny koncept buduje ową dramaturgię. Początkowe sekwencje ukazują Marszałkową w nocnej toalecie, gotowej do miłosnego uniesienia. Ale gdy opuszcza swoją sypialnię zakłada barokową suknię. Staje się ikoną przeszłości, tego co odchodzi, a ona chciałaby trwać. W akcie drugim – plan filmowy ukazuje Oktawiana, który jako posłaniec ma wręczyć różę wybrance serca Ochsa, który potrzebuje pośrednika w owej osobliwej transakcji. Młodzieniec dosłownie zlatuje z nieba niczym Farinelli obdarowujący swoją miłość od pierwszego wejrzenia nie tylko dedykowanym kwiatem, ale własnym uczuciem. Owej sekwencji towarzyszą paparazzi, relacjonujący dla prasy owe kolejne ważne zamążpójście. Ale w tym tle rodzi się miłość, czysta, nowa, bez konwenansu i dziwnego, dawnego obyczaju. Finał, który odbywa się w oberży ukazuje przegraną dawnych bohaterów i zwycięstwo młodości – nowej konwencji ukrytej w miłości Oktawiana i Zofii. Odchodzą dawni bohaterowie żyjący światem zanikającym: Marszałkowa i Ochs. Nastaje nowe, ale czy lepsze, chwilowe, ulotne, a może tylko zatrzymane na kliszy filmowej jako obraz idealnego związku. To spektakl świetnej aktorskiej pracy z solistami, którzy odnajdują się niezwykle dobrze w zaproponowanej konwencji, która może do wszystkich nie przemawiać. Faruga posiada poczucie humoru, dobrze buduje sceny i świetnie wykorzystuje muzykę do budowania scenicznej opowieści gdy nie ma śpiewu. Ten spektakl należy również do orkiestry świetnie wykonującej trudną muzykę Richarda Straussa. Tu mistrzem niuansów, zbalansowania jest dyrygent Yaroslav Shemet. Owe przetworzone walce brzmią niezwykle, ale kontrastują między tanecznym krokiem a złowrogością uczuć, które jak Dunaj mogą stać się nieobliczalne. Jednak tym co pozostanie na zawsze w pamięci jest wykonanie poszczególnych partii. Można powiedzieć, że w Gdańsku zgromadzono najlepszy możliwy w naszym kraju zestaw solistów. Zachwyciła dojrzałością wokalną i sceniczną Iwona Sobotka (Marszałkowa), świetnie ukazał obrzydliwość Ochsa islandzki bas – Bjarni Thor Kristinsson, a także młodzieńczą niewinnością Aleksandra Kubas-Kruk w partii Zofii. Ale scena należy do Joanny Motulewicz. Jej Oktawian nie tylko przez kostium ukazujący sześćiopakowy tors, ale przede wszystkim świetne wokalne możliwości prezentuje, że ten spektakl jest właśnie o młodości i młodzieńcu, który przechodząc ścieżkę życia odnajduje miłość w czymś niewinnym, a nie w dojrzałości, która jak motyl umiera po krótkim, ale wielokrotnie intensywnym życiu.

Ocena: 5/6

fot. mat. teatru

Na scenie

Bożyszcze kobiet, Neil Simon, reżyseria: Cezary Morawski, Teatr Capitol w Warszawie, wznowienie: marzec 2026

Teatr to nie tylko sztuka poważna, ale także rozrywka i odprężenie. Nie będę ukrywał, że uwielbiam odwiedzać sceny bulwarowe i komediowe, gdzie lżejsze spotkanie z Melpomeną staje się odskocznią od czasem upiornej codzienności. Warszawa posiada kilka takowych adresów. Jednym z nich jest Teatr Capitol z przebogatym repertuarem, który gości na kilku scenach instytucji prowadzonej przez Annę Gornostaj. W tym sezonie instytucja powróciła do dawnego hitu, samograju, który przyciąga rzesze publiczności. To Bożyszcze kobiet Neila Simona, amerykańskiego dramatopisarza i scenarzysty filmowego, mistrza sztuk lekkich i przyjemnych, ale przesiąkniętych życiową prawdą oraz świetną obserwacją ludzkich zachowań. W owej powracającej opowieści bohaterem jest mężczyzna, ledwo po pięćdziesiątce, związany ze swoim miejscem pracy – restauracją, o ustabilizowanej sytuacji rodzinnej z kochającą żoną. Ale poszukuje nowego uczucia. To obrazek męskiego kryzysu wieku średniego, chęć chwilowego „skoku w bok”, ale jak się okaże to raczej forma flirtu, poszukiwania odmienności, a może głównie terapii i to nie dla niego, ale służąca potencjalnym partnerkom. Miejscem schadzek staje się mieszkanie mamusi, pod której nieobecność pojawiają się kolejne amatorki przygód z bohaterem owej komedii. Jest i nimfomanka, następnie nawiedzona aktorka, a wieńczy ową przygodę przyjaciółka rodziny. Dużo w tym gry, poznawania, trochę czarowania, ale przede wszystkim dialogu. Bo on jest najważniejszy. Ukrywane prawdy, pragnienia stają się możliwe do ujawnienia w owej intymnej sytuacji. Tu dowcip i gag miesza się z refleksją o człowieczeństwie. Ukazuje przywary i zalety właściwe dla określonego wieku. Konwencja przywołuje Korowód Arthura Schnitzlera, z tą różnicą, że mamy jednego mężczyznę i trzy kobiety, kandydatki do romansu. Ale wniosek jest jeden. Można poszukiwać, szaleć, poznawać, zapomnieć się na chwilę, ale najlepiej i tak obok drugiej połówki, którą się zna i rozumie – w tym przypadku żony. To przedstawienie w określonej konwencji farsy, które dobrze się ogląda, słowa płyną sprawnie, dialogi iskrzą, a relacje buzują. Niekwestionowanym bohaterem jest Michał Milowicz jako Barney, który dorasta do roli podrywacza, szukającego erotycznej przygody. Urzeka jego początkowa nieśmiałość, mająca przerodzić się w wytrawnego podrywacza. Ukazuje on różne zachowania, przemianę i odmianę człowieka żądnego przygód. Powstała rzecz o człowieku i walce z samotnością, ale z pytaniem czy lekarstwem jest nowy związek, a może zrozumienie tego co się posiada? Tak jak to ma miejsce w przypadku widowisk komediowych charakteryzuje je prosta realizacja, naśladowna scenografia i czasem przerysowane aktorstwo. Ale przecież to nie wielki monumentalny dramat, a prosta życiowa historia, którą niezwykle dobrze się ogląda. Jest dla wszystkich, którzy potrzebują odskoczni od szarej rzeczywistości i monotonii codzienności.

Ocena: 4/6

Blondynka ubrana w białą koszulę i czarne spodnie leży z podkulonymi nogami na niebieskiej kanapie, nad nią są brunetka w beżowym płaszczu i dwóch mężczyzn w okularach, jeden siedzi na oparciu kanapy;

fot. Barbara Ojrzeńska

Pacyfiści, Marek Modzelewski, reżyseria: Jacek Braciak, Teatr Współczesny w Warszawie, premiera: maj 2026

Nigdy nie wolno nastawiać się na spektakularne wydarzenie w teatrze, gdyż zazwyczaj on mocno zaskakuje swoją sceniczną ofertą. Wybierając się do Teatru Współczesnego na trzecią, nową sztukę Marka Modzelewskiego na tychże deskach, myślałem – kolejny dobry tekst, obserwacja, sukces. Niestety. Efekt odmienny od przypuszczeń. Sromotna klapa. Kto nie zna owego autora? Scenarzysta kultowego filmu Teściowie, ale przede wszystkim komedii, która stała się podstawą wersji kinowej – Wstyd, a także Kto chce być Żydem?, które właśnie gościły z sukcesami przy ulicy Mokotowskiej. Idąc za ciosem dramatopisarz ponownie przygotował kameralny tekst rozpisany na dwie pary z dziećmi, tworząc swoisty dialogowy turniej walki o racje, prawdy, a przede wszystkim poprawność społeczną i polityczną we współczesnym świecie. Problem w tm, że konstrukcja utworu uderzająco przypomina Boga mordu – sztukę Yasminy Reza sfilmowaną przez Romana Polańskiego pod tytułem Rzeź. W utworze Modzelewskiego wszystko jest jakby znane, przewidywalne, a co najgorsze przeraźliwie przekombinowane. Pacyfiści charakteryzują się wydumaną, przypominającą dzisiejszą dyskusję o lodziarni w Pszczynie, historię zorganizowania urodzin jednej z pociech na strzelnicy. Druga para nie chce udziału swojego dziecka ze względu na nietyczny pomysł, niespójny z ich wartościami. No pięknie. Tylko zatem dlaczego dzieci oglądają telewizję przepełnioną przemocą, albo grają w gry komputerowe ociekające krwią i zbrodnią. To zupełnie obraz sztucznego problemu. Ów czteroosobowy dialog przeradza się w ukazanie dawnych krzywd, bolączek, zatargów, seksualności dzieci, którego finałem staje się, że chłopcy, potomkowie dwóch małżeństw mają się ku sobie definiując swoją odmienną orientację. Modzelewski ukazał w swoim dramacie kompilację tysiąca faktów, zdarzeń sytuacji zasłyszanych w programach publicystycznych i informacyjnych okraszonych historiami z mediów społecznościowych, aby skonstruować naprawdę niestrawny pasztet złożony z niedobrej jakości mięsa na dodatek już zleżałego. To historia, która jest ważna tu i teraz, a za jakiś czas absolutnie nie będzie do pokazania, gdyż się zdeaktualizuje. To opowieść jak esej pisany na bieżąco, w którym parabola niesamowitości uderza swoją trywialnością i na siłę poszukiwaniem udziwnienia, które ma ukazać zwrot akcji, a w rzeczywistości już nie jest niczym w stanie zaszokować. Te dwa małżeństwa, które mienią się jako przyjaciele, to raczej wrogowie, gdzie licytacja na dobra, życie, czas jest najważniejszą formą dialogu. Tu riposty mają boleć, a nie wspierać, tylko z czasem nużą a nie śmieszą. To satyra naszej klasy średniej, ale mało atrakcyjna i oklepana medialnym przekazem. Banał goni banał, wydumane problemy zadziwiają. Gdzie pazur Modzelewskiego? Gdzie kontry? Gdzie krwisty dialog? Jakby autor pisał tekst na kolanie bez jakiejkolwiek werwy i szerszego spojrzenia koncentrując się na dzisiejszym dniu i lokalności problemów. W owej konwersacji scenicznej nie pomaga realizacja Jacka Braciaka. Jest przeraźliwie statyczna, pozbawiona emocji, rozwleczona, bez tempa. Klimat czegokolwiek gdzieś wyparował, rytm zaginął, a aktorstwo skupione jest na jednej nucie powagi, która nie ukazuje zmian, ewolucji, napięć. To strasznie dziwny spektakl, gdzie nawet dobrzy aktorzy nie są w stanie go uratować, gdyż ziejąca nuda usypia jak najlepsze lekarstwo. Nieudany wieczór teatralny.

Ocena: 2/6

fot. Marek Zimakiewicz

Ich czworo, Gabriela Zapolska, reżyseria: Marek Kalita, Teatr Komedia w Warszawie, premiera: maj 2026

I znów spotkanie z Gabrielą Zapolską. Nad wyraz aktualną komediopisarką, której utwory korespondują z naszą rzeczywistością i bieżącym czasem. Tym razem, realizując linię programową włączania do repertuaru klasyki, premierę przygotował Teatr Komedia w Warszawie. I jest to ciekawe spotkanie, które nie tylko należy traktować jako rzecz lekką, ale także przestrogę o nie bawieniu się uczuciami. Reżyser – Marek Kalita, przygotował rzetelną i uczciwą, nie silącą się na wielki eksperyment formalny, opowieść o trójkącie miłosnym (małżeństwie i tym trzecim) z dzieckiem w tle. Właśnie. Punktem wyjścia jest owa latorośl, która może być traktowana jako zabawka, dodatek do życia, a to przecież to osoba czująca i świadoma. Nie bez powodu scenografia autorstwa Marcina Chlandy to półkoliste tło i przypominający okrąg areny cyrkowej. Można ową wizję interpretować jako nieustanny popis, występ, a także cyniczne podejście do samego zjawiska rodziny. Dopełnieniem jest postać Mandragory (Maksymilian Termin), który jak konferansjer z miejsca rozrywki wyposażony w atrybuty iluzjonisty tworzy wyidealizowany świat szczęścia, a rzeczywistość jest zupełnie odmienna. Przypomina ona głęboki realizm, rywalizację rodziców, zdradę i nieunikniony finał będący tragedią ludzi głupich. Powracając do roli Mandragory brakuje mu luzu, przełamania, które kontrastowałoby ze światem owej codzienności, która jest główną osią opowieści. Związek Żony (Aleksandra Popławska) i Męża (Mariusz Zaniewski) to pasmo porażek i niepowodzeń. Ona pożąda życia i wrażeń, on stabilności i stałości. Owe kontrasty poprawnie wygrywają artyści, którzy odmiennie postrzegają świat i rzeczywistość. W roli Kochanka obsadzono Kamila Szeptyckiego, który stara się być uwodzicielski, zalotny dla każdej niewiasty, którą może wykorzystać dla swojego szczęścia i powodzenia. W epizodzie Wdowy wystąpiła Renata Dancewicz, wystylizowana na japońską gejszę, z nieodłącznym kieliszkiem w ręku walczy o ostatnie tchnienie uczuć. Uwłaczające, ale i prawdziwe. Kalita zatem tworzy interesujące, zróżnicowane studium charakterów ukazując jakże powtarzalne zachowania zauważalne w naszym współczesnym  świecie. Ich czworo powstało w roku 1907, a problematyka wydaje się niezwykle aktualna. Czasy przemijają, a namiętności pozostają. Zatem to ciekawe studium życia, które posiada swoje blaski i cienie, a może jest tylko cyrkową areną pokrytą magią niesamowitości. W Komedii powstał sprawny spektakl, którego celem jest komunikatywność i przewrotna aktualność, dobrze rozegrany, który niezwykle dobrze się ogląda. To przykład teatru mieszczańskiego, chwili zadumy, ale także rozrywki. Dla każdego.

Ocena: 4/6

fot. HaWa

Mam coś w głębi nie do przedstawienia. Hamlet, Paweł Demirski, reżyseria: Remigiusz Brzyk, Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, premiera: maj 2026

Przeglądam Parafrazy, antologię dramatów Pawła Demirskiego. Specyficzny język literacki, aktualna problematyka, dosadność i bezkompromisowość stanowi siłę owych „Demidramatów”. W myślach przywołuję dawne spektakle widziane na deskach Teatrów Wybrzeże, Starego, Polskiego we Wrocławiu, Szaniawskiego w Wałbrzychu czy Dramatycznego w Warszawie. Dochodzę do wniosku, że pierwsze przedstawienie tegoż autora widziałem w Gdańsku dwadzieścia lat temu. Kiedy przyjdą podpalić dom, to się nie zdziw w reżyserii Romualda Wicza-Pokojskiego. Stanowił on preludium do kolejnych diagnoz społecznych, w których problematyka ludzka, wykluczenia, nonszalancji elit stanowiła główny motyw narracyjny. Realizacyjnie to dwa okresy – z Michałem Zadarą, a potem pasmo sukcesów z Moniką Strzępką. Jednak wszystko ma swój kres. Dziś Demirski, dla teatru, pracuje na własną rękę, nawet posiada wprawki reżyserskie w Teatrze Polskim w Poznaniu, ale niestety nieudane. Choć pokusił się o reżyserię dramatu Sarah Kane, chyba niezwykle istotnej dla niego autorki-brutalistki, której fragmenty z Łaknąć cytuje w najnowszym swoim spektaklu, to nie dokonał przełomu myślenia o sztukach owego nurtu. I właśnie tworząc nowy tekst dla Starego Teatru w Krakowie, Demirski błądzi po zgliszczach przeszłości własnej twórczości, a diagnozy nie korespondują z naszym czasem. Jakby autor zatrzymał się w swoim oglądzie rzeczywistości, nacisnął pauzę w dawnym magnetowidzie i zapomniał, że czas płynie, zmienia się, żyje. Sięgając po oś Hamleta Williama Shakespeare’a tworzy własną sceniczną autobiografię, dopasowuje ją do życiorysu, przeżyć i nieprzepracowanych traum. To wątek śmierci własnego ojca, który staje się doskwierającą, nieustanną boleścią, niedopasowaniem do tego co zewnętrzne, gdy wybawieniem może być jedynie wieczne rozstanie. To także relacje z rówieśnikami, kumplami, a także z matką. Swoim własnym życiem rozciągniętym pomiędzy końcówkę lat siedemdziesiątych do dnia dzisiejszego ukazuje wzloty i upadki, a przede wszystkim wygrywa sekwencje z własnego biogramu. Cały tekst jest nieznośnie nudny, powtarzalny i rozwlekły. Brakuje mu tego co było znakiem rozpoznawczym dramatopisarza – ikry, riposty, skrótu. W zamian mamy niekończące się monologi, które reżyser Remigiusz Brzyk ubiera w formą stand upu z piosenkami. Odtwarzający główną rolę tytułowego Hamleta, a jednak Demirskiego, to chłopak z osiedla, w czarnym dresie, który co chwila bierze mikrofon aby wygłosić tyradę życiowej mądrości, gdzie styka się rozgoryczenie rodzinne z doświadczeniem transformacji. Ale to już wszystko było, znamy, znamy. W pauzach pogra muzyka wykonywana na żywo i trochę podialogujemy o ciężkich czasach. Jako, że autor człowiekiem teatru jest to kilka ciekawych, hermetycznych, środowiskowych spostrzeżeń się pojawi – ciekawe porównanie „ojcobójców” reżyserii z Klaudiuszem i także burzycielu Demirskim. Tylko nic absolutnie z tego nie wynika. Nie ma diagnoz, a jest życiowa porażka, która staje się powtarzalną śpiewką zanudzającą swoją przebrzmiałą balladą. Rodzi się pytanie jaki sens było budować olbrzymie widowisko z potężną, efekciarską, a nie funkcjonalną scenografią Mariki Wojciechowskiej jakby wystarczył chłopak z mikrofonem do ukazania w monodramie owego człowieczego losu? Zastanawia czy krakowska narodowa scena stanie się miejscem analizy biogramów i grupowej terapii nad losem jednostki. Olbrzymi problem jest w tym, że to mało komunikatywne przedstawienie pełne indywidualnych przeżyć nie trafia do widowni, która duma o czym to wszystko jest? Dla mnie osobiście to pożegnanie Demirskiego, który utracił iskrę i żar społecznej oraz politycznej drapieżności, a ta przecież napędzała jego styl i jakość twórczości. To smutny obrazek odwoływania się do innych produkcji Hamletów oraz cytatów z owych inscenizacji. Ważną jest oczywiście spektakl Jana Klaty z Wybrzeża, a zrealizowany w Stoczni Gdańskiej. Obaj twórcy pracowali w instytucji prowadzonej przez Macieja Nowaka, dojrzewali w podobnym klimacie i na swój sposób wadzą się z mitem „Solidarności”. Tylko jakby Demirski zapomniał, że ten czas już dano odszedł i niektórzy nawet nie wiedzą co znaczy palcami ukazany znak „V”. To istny teatr smutku i rozpaczy, trwającego jakiegoś ludzkiego letargu trzydziestu lat dorosłego życia przeplatającego się pomiędzy tym co polityczne, a sceniczne. Demirski zatrzymał się na problematyce zmiany, wyzysku, elicie, tylko to brzmiało aktualnie dwadzieścia lat temu, dziś jest obojętne, martwe, nijakie. Nie pomaga również statyczna reżyseria z chybionymi pomysłami, które wydają się niedopracowane i nieprzemyślane. Jeżeli już chcemy z kogoś robić rapera (Przemysław Przestrzelski) to naprawdę należy nad tym popracować bo efekt jest dramatyczny i infantylny. Tych chybionych pomysłów jest więcej, a całość i tak ginie w nieustannej nudzie i powtarzalnym marazmie. Demirskiemu z Brzykiem nie udało się odkryć nowego świata, wskazać przemyśleń, które pozostaną z widzami na dłużej. Zbiorowa terapia nad jednostką nie powiodła się, a konteksty przegranych i wygranych transformacji chyba mamy już przerobione na wszystkich polach aktywności.

Ocena: 2/6

fot. Karolina Jóźwiak

Horacjusz, Pierre Corneille, reżyseria: Andrzej Seweryn, Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie, premiera: kwiecień 2026

W warszawskiej przestrzeni teatralnej odnalezienie repertuarowej odmienności staje się coraz bardziej trudne. Teatry programowo zaczynają zlewać się w jedną magmę, a szyldy można by zmienić przypadkowo, a repertuar wpisałby się w prawie każdej sceny narrację. Na owym tle odmiennie, i dobrze, kształtuje się oferta Teatru Polskiego. Nie będę ukrywał, że pałam do owego miejsca niezwykłym sentymentem, gdyż tu pierwszy raz w życiu zawitałem do teatru dramatycznego. Były to, w okresie dyrekcji Kazimierza Dejmka, Śluby panieńskie Aleksandra Fredry w reżyserii Andrzeja Łapickiego w brawurowej obsadzie z Anną Seniuk, Janem Matyjaszkiewiczem, Janem Englertem i Joanną Szczepkowską na czele. Było to czterdzieści lat temu. Czas minął, a scena przy Karasia posiada swoją niezmienną rangę, styl, który dla mnie buduje kurtyna w kolorze bordo z frędzlami. I właśnie ów szacunek dla klasyki, pietyzm i logika scenicznego wywodu stanowią dzisiejszy znak rozpoznawczy instytucji. Ostatnia premiera dużej sceny utwierdza w tym przekonaniu. To Horacjusz Pierre’a Corneille’a dramat z siedemnastego wieku, którego nadrzędną wartością jest tekst, istota racji słowa. Reżyser spektaklu Andrzej Seweryn podąża za ową wskazówką konstruując przedstawienie, gdzie właśnie umiejętność gry wypowiedzią, dialogiem odgrywa kluczową rolę. Zastanawiałem się, w trakcie spektaklu, czy tak mogły wyglądać przedstawienia Teatru Rapsodycznego Mieczysława Kotlarczyka? Jeżeli odpowiedź byłaby twierdząca to należy uznać, że to niezwykle interesująca koncepcja myślenia teatralnego w świecie przesilenia bodźcami, informacjami i szybkimi komunikatami. Kontrapunktem dla wypowiadanych racji jest scenografia i kostium. Justyna Łagowska stworzyła monumentalną przestrzeń sali pałacowej, którą wraz z upływem akcji zaczyna pokrywać piasek. To złowieszcza siła pokrywająca ów idealny świat będąca jak tafla żywiołu niszcząca pole egzystencji. Ale to także możliwe oczyszczenie, pokrycie tego co już zostało w przeszłości, zatarte, ukryte. Różnice, pomiędzy stronami sporu, oddaje również kolor kostiumów: czarne i białe. Dodatkowo ów klimat złowieszczości, konfliktu i koniecznego sądu podkreśla muzyka Wacława Zimpla. Utwór francuskiego dramatopisarza okresu baroku jest niczym dawna tragedia, w której pobrzmiewa wątek sporu, walki, miłości, poświęcenia, więzów rodzinnych, ale i możliwego przebaczenia, zbrodni, kary i odkupienia. Jeżeli widz poniesie się słowu odszyfruje świetny dramat racji rozdarty pomiędzy uczuciem, a konieczną walką w imię sprawy wyższej – ojczyzny. To krwiste dialogi, które jak na wadze zostawiają niczym szale prawdy będące plusami i minusami działania. Jedną rodzinę tworzą mieszkańcy Rzymu i Alby, które stanęły naprzeciw siebie. Czworo bohaterów reprezentujących dwie strony barykady, ale także połączonych więzami familii i miłości. Owa potyczka doprowadza do tragedii, choć zwycięża Horacjusz – bohater rzymski, to ginie Kuriacjusz, ukochany Kamili, siostry tytułowego bohatera. Umiera ona z jego ręki. A konsekwencją staje się sąd nad zbrodniarzem. Owa nieco skomplikowana akcja, gdy łatwo pogubić tropy rodzinnych zawiłości, wybrzmiewa w Polskim niezwykle jaskrawo i wyraziście. Siłą jest aktorstwo. Tu prym wiedzie Modest Ruciński (Horacjusz) oraz Irmina Liszkowska (Kamila) oraz Hanna Skarga (Sabina). To świadomi bohaterowie, których umiejętność interpretacji tekstu, barwa głosu niesamowicie wciąga w owe nieco statyczne przedstawienie. I tu może pojawić się zarzut wtórności scen, koturnowości, schematyzmu, ale to raczej walor konsekwentnej realizacji. To także lekcja politycznej taktyki widziana w dawnym tekście, który żyje i pulsuje, choć może nie mieczem, ale racjami widzenia świata i relacji międzyludzkich. Doświadczenie z Teatru Polskiego jest czymś na kształt dawnego teatru, który umiera, a powinien żyć swoim blaskiem tradycji i wielkiego szacunku dla słowa – aktorskiego narzędzia pracy.

Ocena: 4,5/6

fot. Magda Hueckel/ mat. teatru

Spektakl miesiąca

Hamlet, William Shakespeare, reżyseria: Kamil Białaszek, Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera w Warszawie, premiera: maj 2026

Nie będę odkrywał Ameryki, ale powtórzę to co już pisało wielu. Mamy sezon Hamletów z najróżniejszymi interpretacjami z językiem śląskim włącznie. I nawet przypadek mógł zdecydować, że w maju najlepszym będzie jedna z inscenizacji owego tytułu. Realizacja w warszawskim Powszechnym mnie zauroczyła, wciągnęła od pierwszej chwili, a przecież – o czym już pisałem – do aktywności scenicznej Kamila Białaszka podchodziłem sceptycznie. Jednak wydaje się, że swój trafił na swego – czyli Stratfordczyk na polskiego reżysera, który wycisnął z niego wszystko co aktualne dodając swoje trzy gorsze. W owej realizacji pobłyskuje młody Krzysztof Garbaczewski, miałem nieodparte wrażenie, że nonszalancja dla utworu stawia ich w jednym rzędzie. To także pewna symbioza. Scenografię – urzekającą i kompozycyjnie zgodną z zamierzeniami reżysera – przygotowała Aleksandra Wasilkowska. Cała scena pokryta jest wyimaginowaną walutą, a pośrodku ustawione są obrotowe cztery pisuary, które mają stać się analogią dla teorii ekonomicznej – jeżeli komuś skapnie to i nam się dostanie. Jednak dla mnie to nawiązanie do instalacji z 1917 Marcela Duchampa Fontanna. Każdy ma swoje skojarzenia, faktem jest, że oprawa plastyczna intryguje. Analogicznie jak kostiumy w kampowym stylu – nieestetyczne, niechlujne tak jak nasza współczesność. Ale nie tylko obraz, a przede wszystkim treść wciąga widza od pierwszej sekwencji. Dawny dramat przepisują, niczym w korporacyjnej agencji małpy, które bezmyślnie stukają w swoje komputery. Nikt do końca nie wie czemu to ma służyć i jaki jest cel. Fikcja owej pracy ukazuje model naszego biznesu – praca koncepcyjna dla jej samej. Nagle powstaje utwór, który wpisuje się w schemat naszej teraźniejszości. Naprzeciw sobie sobie stają dojrzali – myślący o własnym powodzeniu i dobrobycie, a także wkraczające młode pokolenie. Kim jest Hamlet? To ciekawe spojrzenie na współczesnych młodych żyjących wydumanymi ideałami na pokaz, a tak naprawdę dla własnego powodzenia w mediach społecznościowych. W tytułowej roli świetnie odnajduje się Antek Sztaba. Wizualnie przypomina Łatwoganga instagramera, który zasłynął zbiórką na rzecz leczenia dzieci. Przewrotność spektaklu polega na tym, że bohaterowi ufamy, wierzymy w słuszność intencji, ale czy naprawdę są one szczere, a może wszystko jest na pokaz? Każda dekada ma swojego Hamleta. Tak jak u Krzysztofa Warlikowskiego był Jacek Poniedziałek, a u Jana Klaty Marcin Czarnik, to każdy eksponował określone ideały, wartości, kosmosy. Ten dzisiejszy wydaje się rozpieszczonym bachorem, lekkoduchem żyjącym na koszt rodziców i chyba dobrze mu z tym, a jednocześnie jest mamisynkiem. Chce być odważny, drapieżny, kąśliwy, narcystyczny i przede wszystkim jest wygadany i naszpikowany populistycznymi frazesami. Sceny płyną niesłychanie sprawnie, są wyraziste, klarowne, mocne i dowcipne. Zaproponowana konwencja charakteryzuje się przerysowaniem i nadekspresyjnością, które wciąga i zastanawia. Ów spór pomiędzy teraźniejszością a przeszłością – młodymi rozpieszczonymi nastolatkami, a dorobkiewiczami świetnie wybrzmiewa. Kluczowy dla ukazania odmiennego myślenia jest monolog Gertrudy (Anna Ilczuk) wskazująca jak wygląda życie, że to nie zabawa i pisana lukrowana historia. Przedstawienie przesycone jest aktualnością – Fortynbras zamierza uderzyć na Iran, szeroko przywoływane są kwestie społeczne, ale nienachalnie lecz dyskretnie, podskórnie i z dystansem. Dla środowiska kilka smaczków hermetycznych – kpina z repertuaru teatrów warszawskich z rozszyfrowaniem skrótu TR – Towarzystwo Rozrywkowe, ale również z repertuarowych propozycji Powszechnego – Juliusza Cezara. To Hamlet, który śmieszy, ale przede wszystkim daje do myślenia. Nie jest napompowanym balonem. To sprawnie skonstruowana rzecz do oglądania dla szerokiego grona odbiorców, którzy poszukują na scenach groteskowo-realistycznych zjawisk, które pozostają na długo w pamięci.

Ocena: 6/6

Jak dotychczas to najdłuższa „Kronika”, która została podzielona na trzy części. Już za miesiąc kolejna garść scenicznych refleksji przed wakacyjną przerwą.

Tytuł oryginalny

MIESIĘCZNA KRONIKA TEATRALNA – #5 MAJ 2026 [RECENZJE]

Źródło:

benjaminpaschalski.pl

Link do źródła

Autor:

Benjamin Paschalski

Data publikacji oryginału:

17.06.2026

Sprawdź także