Rozmawiałem z nim krótko, kilka razy, a jednak czułem, jakbym go znał. W końcu, od kiedy pamiętam, mój teatr to był również Jan Frycz. Jego barwa, siła, delikatność – nie do podrobienia – pisze Jacek Wakar, krytyk teatralny, szef działu kultury PAP.
Niby wiedziało się, że choruje. Niby... Bo przecież był cały czas, grał, w Teatrze Narodowym wciąż można było oglądać jego znakomite role. Tylko tych nowych scenicznych wcieleń ostatnio było jakby mniej, więcej ról ekranowych. Dlatego z taką radością oglądaliśmy go na premierze „Termopil polskich” Tadeusz Micińskiego, którą Jan Klata inaugurował swoją dyrekcję w Teatrze Narodowym. Był 22 listopada ubiegłego roku, na widowni w Sali Bogusławskiego tout le monde, za chwilę wraz z muzyką zespołu Gruzja teatr miał zadrżeć w posadach. Frycz jako Stanisław August Poniatowski wchodził po jakimś czasie, kiedy machina spektaklu zdążyła się rozkręcić. I sprawiał, że przez długie minuty patrzyło się właśnie na niego – króla w upadłym państwie, ale u schyłku życia, monarchę bezradnego, co żegna się z ostatnimi insygniami swej władzy, symbolicznie abdykuje, by pogodzić się z samym sobą. Porzucić w sobie króla, a ocalić człowieka.
Wielki aktor nie potrzebował do tego gigantycznej skali. Zostawał sam ze sobą - i z nami - jakby z ostateczną delikatnością chciał pokazać, że w jednym kruchym człowieku może skończyć się cały świat. A jednocześnie w owym scenicznym gaśnięciu Stanisława Augusta była jakaś trudna do nazwania siła. Taka, która nie potrzebuje mocnego głosu ani szerokiego gestu, sprawia za to, że od aktora nie sposób oderwać wzroku.
Jakiś czas później pojechałem do Wrocławia, gdzie po raz pierwszy od dekady grano legendarną „Wycinkę” Thomasa Bernharda w reżyserii Krystiana Lupy. Była jednym z największych dokonań tamtejszego Teatru Polskiego, wraz z jego faktyczną anihilacją po objęciu dyrekcji przez Cezarego Morawskiego, zdawało się, że już nie wróci. Odrodziła się jednak najpierw w Teatrze Telewizji, potem w Teatrze Polskim w Podziemiu, w tej samej obsadzie. Jan Frycz zagrał Aktora Teatru Narodowego (którym był przecież już w chwili premiery), wygłaszającego wściekłą przemowę o wielkości i nędzy swego zawodu, z wściekłością, a jednocześnie z nieobecną wcześniej w wewnętrznym rysunku bohatera rysem łagodności, stłumienia, pogodzenia się ze światem. Jak połączył te barwy – nie wiem. Wtedy, w lutym, oglądałem „Wycinkę” ze zdławionym gardłem. Na filmach towarzyszących scenicznej akcji aktorzy są o dwanaście lat młodsi, tacy, jacy byli w owym czasie. Teraz czas wyrył na ich twarzach swe znaki. Na twarzy Jana Frycza też. I właśnie w tym było wielkie zwycięstwo zespołu „Wycinki”, że był w nich ten sam żar, ta sama żarliwość. We Fryczu może nawet bardziej. Bo nosił w sobie gorycz i pasję, wiarę i zwątpienie. Życie stapiało się z teatrem w niełatwym zwarciu. To nie był człowiek, który by mydlił komukolwiek oczy. Nie zawsze było łatwo, ale tak miało być. Do ukłonów po przedstawieniu wyszedł – mam pewność – spełniony. Dla niego powrót do dawnego spektaklu był czymś więcej niż rolą.
W liceum jeszcze, a potem na studiach jeździliśmy do Krakowa, do Starego Teatru. Oglądaliśmy przedstawienia Andrzeja Wajdy, Jerzego Jarockiego, Jerzego Grzegorzewskiego. W nich konstelację największych – Trelę, Radziwiłowicza, Polony, Dymną, Stuhra, Globisza i wielu innych. Jan Frycz był jednym z nich, a jednak miałem wrażenie, że trzyma się z boku, jakby nie zależało mu, aby być wymienianym w jakichkolwiek panteonach. Nie opowiadał o misji i tradycji, wolał przywdziewać twarz zimnego zawodowca. To on jednak znalazł szczególne porozumienie z Krystianem Lupą, jakby urodził się po to, by w „Braciach Karamazow” oraz „Lunatykach” dać w swoim aktorstwie wątpienie, twardość, złamaną rozczarowaniem męskość i najczystsze człowieczeństwo. Była w adaptacji powieści Dostojewskiego scena, gdy jako Iwan wraz z Aloszą (Paweł Miśkiewicz) rozmawiali o istnieniu Boga. Rozmawiali, jedząc zupę parującą z talerzy. Półgłosem, jakby wokół nikogo nie było. Cała sekwencja trwała chyba ze czterdzieści minut. Tyle że nie miało to znaczenia, bo obiektywny czas przestawał istnieć. Był tylko czas „Braci Karamazow”.
W „Lunatykach” miał w sobie niezwykłą siłę witalną, a za chwilę dojmujące zwątpienie. Wyrzucony poza społeczny nawias, usiłował przetrwać i pozostać niezmienionym. Ale bywał wobec swego Escha bezlitosny, kiedy punktował z upodobaniem jego niskie, bardzo niskie instynkty.
Niby wiedziało się, ale nie dopuszczało się tej świadomości. Bo przecież ciągle był teatr, wspaniałe role u największych, od klasyki do awangardy. Bo to był przecież wyjątkowy aktor do Czechowa, aby wymienić tylko tytułowego Iwanowa, a potem Wierszynina z „Trzech sióstr” Jana Englerta. Bo przecież role szekspirowskie – z dawnym łódzkim Learem (najmłodszym w historii?) u Mikołaja Grabowskiego, a potem Gloucesterem bodaj trzy lata temu w Narodowym u Grzegorza Wiśniewskiego, obok Englerta – Leara. Bo Narodowy właśnie przez ostatnie dekady. Obecność stała, może nieprzesadnie częsta, gdy idzie o nowe role, ale zawsze szalenie intensywna.
Bo kino przecież, ze wspaniałymi rolami u Mariusza Trelińskiego, przede wszystkim Atanazym Bazakbalem z ich witkacowskiego „Pożegnania jesieni”, rozpiętym między goryczą cynicznego dandysa a smutkiem błazna zagadującego nieuchronną katastrofę. Bo mniejsze role, które w ujęciu Frycza przyćmiewały te pozornie bardziej efektowne. Bo tak miał, nade wszystko w swoim zawodzie cenił skuteczność.
Rozmawiałem z nim krótko kilka razy. Uśmiechał się albo wybuchał lekko ironicznym śmiechem. A jednak czułem, jakbym go znał. W końcu, od kiedy pamiętam, mój teatr to był również Jan Frycz, wśród tych, których wymieniałem najpierw, jednym tchem. Barwa, siła, delikatność. Nie do podrobienia. Nie do zapomnienia.