To, co się działo w ostatnim roku, było dla mnie dziwne, szkodliwe dla mnie i innych osób. Prawo, na podstawie którego funkcjonują instytucje kultury, nie jest doskonałe, skoro mogą się dziać takie rzeczy. Coś nie gra w systemie – mówi Jacek Jabrzyk, dyrektor Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach w rozmowie z Jackiem Cieślakiem w „Rzeczpospolitej”.
Jacek Cieślak: Brałeś już udział w konkursie o Złotego Yoricka z „Poskromieniem złośnicy” i „Wieczorem Trzech Króli”. Teraz zwyciężyłeś „Hamletem”. Do trzech razy sztuka? Analizowałeś, co wcześniej nie wyszło, choć przecież też proponowałeś współczesne odczytania?
Jacek Jabrzyk: Pracując nad przedstawieniem nie myślę o udziale w konkursach, unikam tego typu kalkulacji. Skupiam się na pracy z zespołem, na podążaniu za intuicją. Zatem nie przyświecało mi pytanie, dlaczego nie dostałem kiedyś tej nagrody – to w sumie może zależeć od bardzo wielu czynników. Zawsze proponowałem współczesne odczytania klasyki, bo to, co mi sprawia największą frajdę w pracy, to zderzanie klasycznego tekstu z tym, co się dzieje dzisiaj. Wydaje mi się, że z takiego tarcia może wyniknąć coś ciekawego. Stary tekst w nieoczywisty sposób może dużo powiedzieć o nas, naszej kondycji oraz czasach, w których żyjemy.
Umieściłeś duńską tragedię we współczesnej rzeczywistości – a może przyszłości – z bootami, AI, deep fake. Od początku tak czytałeś „Hamleta”?
Moje myślenie o „Hamlecie” się zmienia. Tak się chyba dzieje z tekstami, do których wracamy po latach. Ta sama książka czytana w młodości i w wieku dojrzałym jest inną lekturą, bo filtrujemy ją przez swoje doświadczenia i emocje, a także przez to, co dzieje się na świecie. Kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu AI to była science fiction, a teraz to jest otaczająca nas rzeczywistość. Kiedy czyta się jakiś tekst, konteksty pojawiają się same, wyobraźnia podsuwa tropy i pomysły.
Pamiętam różne realizacje „Hamleta” i – co ciekawe – nawet jeśli dramat Shakespeare’a był wystawiany w historycznym kostiumie, zawsze wpisywał się we współczesność, zahaczał o nią. Fascynowało mnie to, że tekst sprzed setek lat może trafnie komentować teraźniejszość, nie tracąc nic ze swojej historyczności. Na tym polega jego uniwersalność. Warto też zauważyć, że tekst, o którym mówimy, to nie jest publicystyka, tylko zapis ludzkich emocji, które są powodowane jakimiś wydarzeniami osadzonymi w jakimś świecie. Zawsze więc chodzi o dotarcie do emocji, które w nich drzemią. Od tego zaczyna się praca reżysera. Dużo o tym rozmawialiśmy z Tomkiem Śpiewakiem, który był dramaturgiem przy tej realizacji.
Tomek na początku naszych rozmów o Hamlecie był bardzo ostrożny. Panuje obiegowe przekonanie, że o „Hamlecie”, którym zajmuje się bardzo wiele osób (artystów, badaczy itp.), wszystko lub prawie wszystko zostało już powiedziane. Kiedy jednak zaczęliśmy zanurzać się w ten temat, pomysły i konteksty same zaczęły przychodzić do głowy – technologia, przestrzeń wirtualna, gdzie ludzie spędzają mnóstwo czasu i spotykają się z nieznajomymi, to sprawy, których nie można pominąć lub zlekceważyć. Serfując po sieci, nie do końca wiadomo , kogo spotykamy, kto siedzi po drugiej stronie, każdy może się tam ukryć i wykreować się. To z jednej strony bardzo ułatwia komunikację, ale też ją komplikuje. To nam podsunęło pomysł, że tak może wyglądać spotkanie z duchem ojca. Jak zaczęliśmy się przyglądać czatbotom, zaczęliśmy rozumieć, na czym polega rozmowa z czatem. To jest rozmowa z maszyną, choć w gruncie rzeczy to jest rozmowa z samym sobą. Czat jest rodzajem lustra. Co więcej, czat, w przeciwieństwie do nas, wie, z kim rozmawia. Wie więcej o nas niż my o nim. To jest fascynujące, ale bywa też niebezpieczne. Tak rodziła się koncepcja tego przedstawienia, nad którym praca okazała się niezwykłą przygodą.
Poprzedni sezon był zdominowany przez „Hamleta”. W konkursie były trzy inscenizacje. Zastanawiałeś się, skąd ten wysyp? Chcemy się buntować jak książę, ale nie wierzymy w obecny świat i wiemy, że czeka nas katastrofa?
Myślę, że ten wysyp nie bierze się z kalkulacji. Są takie teksty, gdzie kalkulowanie się nie opłaca. „Hamlet” jest jednym z nich. To dramat bezwzględny, który stawia dużo konkretnych pytań wymagających odpowiedzi, bo zajmuje się człowiekiem w skali makro i mikro. Pojawia się też na scenach w szczególnych momentach dla świata (kilka lat temu nie był tak popularny) – to jest czas przejścia, zmiany, której jeszcze nie rozpoznajemy czy nie potrafimy nazwać. Są napięcia, wojny, niedawno była pandemia. Nie wiemy, jak się to wszystko skończy, czy czerwony guzik zostanie wciśnięty, czy nie. I nawet jeśli te pytania nie są zadane expressis verbis, to i tak krążą w powietrzu. To odpowiada kondycji Hamleta, on też stoi przed nieznanym, jedyne, co ma, to przeczucia, intuicje. To jest powód, dla którego, moim zdaniem, artyści sięgają po „Hamleta”. Odbywa się na naszych oczach zmiana, która nie została jeszcze opisana, a sztuka, ponieważ jest intuicyjna, jako pierwsza reaguje na to, co się dzieje.
Masz dobry rok. Wiosną po rocznych politycznych przepychankach doszło do kompromisu w sprawie wygranego ponad rok temu przez ciebie konkursu na dyrektora Teatru im. Żeromskiego w Kielcach, a teraz jeszcze Złoty Yorick. Po roku chudym przyszedł rok tłusty?
Ja na to patrzę nieco inaczej. To, co się wydarzyło, jest wynikiem ciężkiej pracy i konsekwencji. Oczywiście było trudno pod oboma względami. „Hamleta” nie zrobiłem w lipcu – premiera była w kwietniu, a pracę zaczęliśmy na przełomie stycznia i lutego. Trudny rok był w moim przypadku impulsem, żeby sięgnąć po ten tekst i zanurzyć się w pracy.
Czy marszałek Województwa Świętokrzyskiego ze Zjednoczonej Prawicy, która blokowała Twoją nominację – już ci pogratulowała zwycięstwa w Gdańsku? Jest dumna z tego, jakiego będzie miała dyrektora?
Nie wiem, czy pani marszałkini wie o tej wygranej i czy to jest dla niej ważne. Jest sezon urlopowy, mój kontakt z urzędem jest ograniczony.
Jak odbierasz tę roczną aferę polityczną z trwającą obecnie sprawą karną w sprawie nacisków władz Świętokrzyskiego na członkinię jury? Po tym, jak wygrałeś konkurs, popierał cię cały zespół, a jednak nie mogłeś objąć stanowiska. Dlaczego?
Nie mam pełnej wiedzy, ale z tego, co wiem, są prowadzone śledztwa prokuratorskie. To, co się działo w ostatnim roku, było dla mnie dziwne i nie do końca zrozumiałe, szkodliwe dla mnie i innych osób. Prawo, na podstawie którego funkcjonują instytucje kultury, nie jest doskonałe, skoro mogą się dziać takie rzeczy. Coś nie gra w systemie.
Czy wiesz, jak doszło do kompromisu w sprawie nominacji? Decydujące było przejęcie sceny przez MKiDN i dofinansowanie przez nie świętokrzyskich muzeów?
Nie znam szczegółów. Wiem, że ministrowi kultury bardzo zależało na zakończeniu tego sporu i to się udało. Proces negocjacji trwał jakiś czas. To, co wiem i co jest dla mnie najważniejsze, to że ten kryzys zakończył się dla mnie i dla teatru pozytywnie.
A słyszałeś o tym, że częścią porozumienia w sprawie teatru w Kielcach było wsparcie przez MKiDN nominacji Mateusza Matyszkowicza, byłego prezesa TVP z czasów PiS, na dyrektora Teatru im. Osterwy w Lublinie?
Nie, o tym nie słyszałem.
Przypomnij, na czym opierał się twój program w rywalizacji o dyrekcję w Teatrze im. Żeromskiego?
Na otwartości, dostępności i różnorodności propozycji, które odpowiadałyby na potrzeby szerokiego i zróżnicowanego grona odbiorców. Nadrzędna jest jednak jakość artystyczna – bo bez względu na to, czy robimy spektakl dla młodego odbiorcy, widza bardziej wyrobionego i w związku z tym wymagającego, czy realizujemy coś z nurtu teatru popularnego, chcę, żeby to było na najwyższym poziomie. Bardzo zależy mi na zapraszaniu do Kielc ciekawych twórców, dzięki którym zespół artystyczny teatru i publiczność będą się rozwijać. Chcę z nimi eksplorować ten region, poznawać go, próbować zrozumieć i opowiadać o nim.
Objąłeś wyremontowany i przebudowany teatr. Jakich reżyserów zaprosisz, jakie tytuły zaproponujesz?
Teatr faktycznie jest technologicznie bardzo dobrze wyposażony, warunki pracy są bardzo dobre. Ale budynek to nie wszystko. Nie wolno zapominać, że pracuje w nim bardzo dobry zespół, również artystyczny. Chcę zapraszać twórców, którzy są wyraziści, mają ciekawy język artystyczny i będą dla tego zespołu wyzwaniem – proponują ciekawe tematy, pomagają w rozwoju artystycznym. W zbliżającym się sezonie odbędzie się sześć premier, trzy na dużej i trzy na małej scenie. Te premiery układają się w pary, bo chcę, żeby propozycje artystyczne ze sobą rozmawiały i wciągały w ten dialog widzów. W pierwszej parze będzie Paweł Miśkiewicz i Grzegorz Jaremko, a więc doświadczony twórca i artysta na początku zawodowej drogi. Obaj myślą nietuzinkowo i mają bardzo ciekawe spojrzenie na teatr. Na otwarcie sezonu Paweł Miśkiewicz zrobi „Powrót Odysa” Stanisława Wyspiańskiego. Paweł jest wybitnym reżyserem, cenionym, z dużymi osiągnięciami. Pomysł na ten spektakl budzi moją nadzieję na piękne i poruszające przedstawienie. Z Grzegorzem dopracowujemy jeszcze tytuł. Prawdopodobnie będzie to adaptacja współczesnej powieści.
Co dalej z festiwalem?
Powoli zbliża się 10. edycja festiwalu, który jest rozpoznawalną marką i ma swoją widownię. Chciałbym jednak dopracować jego nazwę i formułę, bo te nie są w moim odczuciu wystarczająco wyraziste. W październiku zapraszam do Kielc, bo nadchodząca edycja zapowiada się bardzo interesująco. Proszę śledzić stronę internetową i media społecznościowe teatru, gdzie będą pojawiały się informacje na ten temat.