„Hamlet” Williama Szekspira w reż. Jacka Jabrzyka z Teatru Zagłębia w Sosnowcu na 30. Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku. Pisze Wiesław Kowalski.
W sosnowieckim „Hamlecie” Jacka Jabrzyka najważniejsze nie jest samo przeniesienie księcia duńskiego do świata ekranów, sztucznej inteligencji i cyfrowych komunikatów. Ten zabieg można rozpoznać niemal natychmiast, już w pierwszych minutach przedstawienia. Ciekawsza okazuje się strategia stojąca za tym uwspółcześnieniem: reżyser nie tyle opowiada tragedię Szekspira językiem nowych technologii, ile sprawdza, co dzieje się z człowiekiem, kiedy niemal każde doświadczenie natychmiast zostaje zamienione w obraz, komentarz albo przedstawienie.
Elsynor nie jest tutaj wyłącznie miejscem rodzinnej intrygi ani metaforą państwa pogrążonego w kryzysie. Staje się przestrzenią, w której rzeczywistość rzadko pojawia się bez pośrednika. Bohaterowie oglądają samych siebie na ekranach, w przekazach i cudzych reakcjach. Nie chodzi więc jedynie o kontrolę czy podglądanie, lecz o bardziej fundamentalną potrzebę: pragnienie potwierdzenia własnego istnienia dopiero wtedy, gdy ktoś inny może je zobaczyć.
Takie przesunięcie zmienia również postać Hamleta. W interpretacji Pawła Charytona nie jest on przede wszystkim filozofem, który zatrzymuje świat, aby poddać go analizie. Bardziej przypomina człowieka próbującego odnaleźć własne miejsce w rzeczywistości, w której wiele zachowań wygląda tak, jakby zostało już wcześniej odegranych. Jego bunt nie wynika wyłącznie z odkrycia zbrodni Klaudiusza, lecz z poczucia, że nie ma dostępu do żadnego pewnego punktu odniesienia. Nawet prawda o śmierci ojca dociera do niego jako jeden z wielu konkurujących ze sobą przekazów.
W tym sensie spektakl ciekawie przesuwa akcenty dramatu. Nie pyta jedynie, czy można poznać prawdę, ale czy współczesny człowiek potrafi jeszcze rozpoznać moment, w którym rzeczywiście jej poszukuje. Bohaterowie mówią do siebie, przekazują informacje, reagują na kolejne wydarzenia, lecz ich komunikacja często pozostaje ruchem po powierzchni. Słowa są obecne, ale nie zawsze prowadzą do spotkania.
Dlatego szczególnie interesujące są te fragmenty przedstawienia, w których technologia przestaje być atrakcyjnym znakiem współczesności, a staje się mechanizmem wytwarzającym kolejne warstwy przedstawienia. Kamera, ekrany i cyfrowe obrazy nie pełnią jedynie funkcji scenograficznego komentarza. Zmieniają sposób istnienia bohaterów. Każde wydarzenie może zostać powtórzone, zinterpretowane i przekształcone. W takim świecie nawet tragedia może stać się materiałem do dalszego obiegu.
Jabrzyk prowadzi „Hamleta” w stronę teatru o teatrze, ale nie w klasycznym znaczeniu tego pojęcia. Nie chodzi o samą zabawę konwencją ani o proste ujawnienie teatralnej iluzji. Bardziej o pokazanie, że współczesna rzeczywistość sama działa jak scena, na której wszyscy uczestnicy muszą nieustannie występować. Król, królowa, Hamlet i Ofelia pozostają uwikłani w role, których nie potrafią ani w pełni przyjąć, ani całkowicie odrzucić.
Ta perspektywa sprawia, że szczególnego znaczenia nabiera scena z aktorem przybyłym z trupą teatralną. Wojciech Leśniak jako Stary Aktor wypowiada monolog „Być albo nie być” inaczej, niż można by oczekiwać po jednym z najbardziej osłuchanych fragmentów światowej literatury. Nie traktuje go jako obowiązkowego punktu kanonicznego repertuaru, lecz jako chwilę rzeczywistego namysłu. Mówi, jakby nie odtwarzał słynnego tekstu, ale próbował coś sobie i innym wyjaśnić.
To jeden z nielicznych momentów spektaklu, w którym znika potrzeba dodatkowego efektu. Nie ma cyfrowej warstwy, medialnego zapośredniczenia ani rywalizacji o uwagę. Jest człowiek i słowa. Paradoksalnie właśnie wtedy scena odzyskuje największą siłę. W świecie, w którym wszystko domaga się natychmiastowej reakcji, monolog staje się doświadczeniem zatrzymania. Hamlet po raz pierwszy spotyka coś, czego nie można łatwo przeliczyć na obraz, komentarz czy natychmiastową odpowiedź.
Jeszcze inaczej działa scena Grabarza, również oparta na znakomitej kreacji Wojciecha Leśniaka. Tutaj spektakl pozwala sobie na groteskę i absurd. Rozmowa o śmierci nie prowadzi do patosu, lecz zawiesza się między żartem a niepokojem. Grabarz nie daje odpowiedzi, ale pokazuje, że wobec spraw ostatecznych wszystkie ludzkie systemy wyjaśniania mogą okazać się kruche.
Te dwie sceny są jak szczeliny w konstrukcji przedstawienia. Pokazują możliwość innego kontaktu – nie opartego na natychmiastowym przekazie ani autoprezentacji, lecz na obecności. Dzięki nim wyraźniej widać, że problemem nie jest sama technologia. Nie jest ona przeciwnikiem bohaterów. Trudność polega na tym, że coraz trudniej odróżnić przeżycie od jego reprezentacji.
Spektakl Jabrzyka świadomie pozostaje w napięciu między fascynacją współczesnymi narzędziami a zmęczeniem ich wszechobecnością. Bywa przeładowany i momentami sam poddaje widza temu przeciążeniu, które opisuje. Jednak ta nadmiarowość wydaje się częścią jego konstrukcji. Widz nie tylko obserwuje świat bohaterów – przez pewien czas zaczyna funkcjonować według jego zasad: wśród wielu sygnałów, obrazów i znaczeń konkurujących o uwagę.
W sosnowieckim „Hamlecie” najbardziej przejmujące nie jest więc pytanie, czy człowiek może odnaleźć odpowiedź na słynne „być albo nie być”. Ważniejsze staje się pytanie wcześniejsze: czy potrafi jeszcze rozpoznać własne istnienie poza obrazami, które tworzy i którym sam zaczyna podlegać.
Szekspirowski książę pozostaje figurą człowieka zagubionego, ale jego zagubienie nie wynika już wyłącznie z konfliktu sumienia. Wynika z nadmiaru możliwych wersji samego siebie. I być może właśnie dlatego ten Hamlet nie musi mieszkać w Danii. Wystarczy, że żyje w świecie, w którym każdy gest może zostać zapisany, odtworzony i oceniony, zanim jeszcze stanie się doświadczeniem własnego życia.