02.06.2021, 16:35 Wersja do druku

Groteskowe rządy groteskowej baby

fot. Katarzyna Chmura

„Baba-Dziwo” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej w reżyserii Ewy Domańskiej w Teatrze Polskim w Warszawie. Pisze Anna Czajkowska w Teatrze Dla Wszystkich.

Poezja Marii Janiny Teresy Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, mimo upływu lat, zdaje się wciąż materiałem świeżym i bliskim nam, współczesnym. Czytelnicy chętnie sięgają po wiersze córy Kossaków, dostrzegając w nich elementy ponadczasowe – metafizyczne, egzystencjalne, wplecione w melancholię, kobiecy seksualizm i wrażliwość. Liryka niezwykle nowoczesna, ukazująca piękno mikroświata przemijających zdarzeń, nadająca wartość błahym, często wzgardzanym rzeczom i podrzędnym zjawiskom bywa skandalizująca acz intrygująca i znakomicie wpisuje się w tzw. „ekofeminizm”. Oprócz utworów poetyckich Maria Pawlikowska-Jasnorzewska tworzyła również dramaty (do wy­bu­chu woj­ny napisała pięt­na­ście sztuk teatralnych, głównie komedii). W okresie międzywojnia zostały wysoko ocenione przez ówczesną krytykę, choć niektórych mocno oburzała społeczno-polityczna odwaga i bezkompromisowość autorki. Obecnie rzadziej pojawiają się na scenicznych deskach, stąd pytanie – czy one również, podobnie jak poezja, przetrwały próbę czasu?

Premiera „Baby-Dziwo”, tragifarsy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, z wyraźnymi, dziś wciąż czytelnymi aluzjami do totalitarnych rządów Hitlera, miała miejsce w roku 1938 w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie. Ważne wydarzenie zarówno artystyczne, jak i polityczne wywołało poruszenie w niemieckiej ambasadzie oraz ostry sprzeciw ze strony Niemców. Co ciekawe (i znamienne), warszawska premiera sztuki odbyła się w pierwszych dniach wojny, we wrześniu 1939 roku. Dziś, po ponad 80 latach, polityczna farsa wybrzmiewa wciąż aktualnymi akcentami i pozostaje równie przewrotna jak dawniej, jednak wymaga odpowiedniego spojrzenia i wprawnej ręki reżysera. Ewa Domańska pozostaje wierna tekstowi Jasnorzewskiej, ale czyta tragifarsę przez pryzmat naszych czasów i warunków, pozwalając dostrzec nieoczywiste niuanse i aluzje (niektóre wydają się wręcz ostrzejsze i dobitniejsze). Reżyserka podkreśla skojarzenia, uwypukla bystre spostrzeżenia autorki na temat ludzkiej natury – wciąż świeże i uniwersalne oraz niestety – pesymistyczne. Warto dobrze się przyjrzeć „Jej Macierzyńskiej Wysokości” oraz jej poddanym – w większości zastraszonym konformistom, a przy okazji zadumać nad absurdami ideologii oraz wolności, które wciąż nas dotyczą!

Valida Vrana, dyktatorka niepodzielnie rządząca w Prawii, tworzy państwo oparte na donosach, kontrolując każdy ruch swych „mrówek – robotnic” (także męskiego rodzaju). Podsłuchy, opresyjny aparat wykonawczy budzą strach, a obywatele, najczęściej bierni i podporządkowani, chronią się uciekając w konformizm. Ich bezwolność i uleganie presji zdaje się jeszcze pobudzać „pomysłowość” i „troskliwość” totalitarnej władczyni. Jej ustawy umacniają patriarchalny porządek, a sprawa dzietności małżeństw przesądza o dochodach i przywilejach. Według dyktatorki kobiety winny zajmować się jedynie obowiązkami domowymi i posłusznie spełniać narodową misję – rodzić dzieci oraz nie wychylać się spod męskiego pantofla. W Prawii praca i realizacja zawodowa przysługuje tylko mężczyznom, inaczej uznana jest za skrzywienie. A Valida tak strofuje główną bohaterkę, wybitną chemiczkę, która nie ma dzieci: „To musisz się leczyć, kochanie! Chcesz mnie okraść z kilku poddanych? Dziękuję ci! Wstydź się, pszczoło, która masz wypełniać żywym miodem komórkę państwową! Żebyś mi się poprawiła, i mnie, królową ula, niedługo zaprosiła na chrzciny trojaczków”.

Nie należy patrzeć na spektakl Ewy Domańskiej jedynie przez pryzmat naszej obecnej sytuacji politycznej. „Baba – Dziwo” pokazuje szerszy mechanizm manipulacji i sterowania słabszymi przez tych, którzy są u władzy. Stosowanie manipulacji wymaga pewnego sprytu i inteligencji, a tego „Jej Macierzyńskiej Wysokości” nie brakuje. Znakomicie wciela się w jej postać Ewa Makomaska, powoli odsłaniając charakter opętanej nienawiścią Validy. Zadziwiająco niechlujna i brzydka, swe niezaspokojone popędy realizowała pokonując kolejne szczeble drabiny społecznej. Pięła się ku władzy niemal „po trupach”. Niekochana przez ludzi od dzieciństwa, zionie nienawiścią – nienawidzi ładnych kobiet, nienawidzi brzydkich. Mężczyzn też. W zasadzie całego świata nienawidzi. I właśnie to straszliwe uczucie kieruje jej całym zachowaniem. Z wielką aktorską wprawą Ewa Makomaska kreśli na scenie tragikomiczne, psychologiczne studium człowieka-dyktatora (płeć nie ma tu znaczenia), żyjącego w świecie własnych kompleksów i niespełnionych pragnień. Jest pozornie niezniszczalna i … fascynująca w swej przejaskrawionej brzydocie, podkreślanej prostym, szarym, wojskowym strojem. Fanatyczna, niewyżyta seksualnie psychopatka, w głębi duszy śmieje się z tchórzostwa i uległości swych poddanych, którzy bez protestu przyjmują najbardziej absurdalne obsesje, zamienione w idee społeczne. Końcowy monolog Validy w wykonaniu Makomaskiej przywodzi na myśl grę dawnych mistrzyń i mistrzów teatru. I jeszcze jedna, wyróżniająca się kreacja – Anna Cieślak jako Baronowa Lelika Skwaczek. Karłowata, skurczona stara panna stanowi jakby drugą, nieodłączną połowę Validy. Równie przesiąknięta nienawiścią, jak dyktatorka, piszczy beznamiętnym głosikiem bezpłciowej pokraki, potakując swej władczyni. Anna Cieślak i Ewa Makomaska stanowią znakomity, celowo przejaskrawiony duet rodem z teatru absurdu. I właśnie one – potworna Valida i szkieletowata, chuda degeneratka Skwaczek królują na scenie Teatru Polskiego. A ich groteskowy pląs w końcowej części spektaklu to prawdziwy majstersztyk.

Infantylizm poddanych – gładko wmuszany w cały naród przez matkę monstrum sprawia, że Prawia (uniwersalne państwo poza czasem i miejscem) jawi się niczym ochronka dla dzieci albo przedszkolny oddział. Dlaczego mieszkańcy się na to godzą? Ponieważ stracili umiejętność samodzielnego myślenia, oddali prawo do własnych wyborów, wolności i intymności w zamian za przywileje. Czyż nie brzmi to zadziwiająco znajomo? „Repopulatorzy” w Prawii są przecież sowicie wynagradzani (w dodatku otrzymują medal z napisem – „mnóż się i pracuj”). Główny bohater sztuki, Norman Gondor, to były szef propagandy estetyki i wiceminister komunikacji, dawniej głośny mąż stanu, a obecnie komisarz rządowy w kartelu stalowni. Nic w nim nie zostało z dawnego dostojeństwa. Dominik Łoś pokazuje tragizm postaci bezsilnego, utrąconego karierowicza. Poprzez wiernopoddańcze gesty wobec Jej Macierzyńskiej Wysokości próbuje chronić swoją żonę Petronikę, niepokorną opozycjonistkę. Czasem czyni to aż nadto gorliwie. Dominik Łoś wiarygodnie odmalował postać Normana, niejednoznaczną, rozdartą między sprzecznymi pragnieniami – poparciem dla żony i chęcią odzyskania dawnej pozycji. Tylko czy wolny wewnętrznie człowiek powinien mieć takie dylematy? Nela Maciejewska w roli Petroniki Selen Gondor bez cienia przesady oddaje charakter prawdziwej feministki – odważnej, a przy tym spokojnej i konsekwentnej. Dziś określenie to budzi różne skojarzenia. Kreując postać Petroniki, Maciejewska podąża za intencją autorki sztuki, dla której bohaterka jest ucieleśnieniem pozytywnych cech kobiety kontestatorki, która w zgodzie z własnym sumieniem odważnie walczy o swoje prawa i prawa słabszych. Aktorzy obsadzeni w rolach drugoplanowych równie dobrze wyczuwają całościowy klimat spektaklu, kreśląc sylwetki bohaterów drobnym gestem, celnym słowem – Katarzyna Skarżanka (Agatika Kormor), Tomasz Drabek (Muk Kormor), Marta Alaborska (Mariata), Hanna Skarga (Halima), Krystian Modzelewski (Kołopuk Genor), Paweł Krucz (Adiutant) i inni. Zespołowa gra podkreśla spójność dramaturgii, nadaje rytm i ton dwugodzinnemu przedstawieniu. Wydarzenia sceniczne mają swe dopełnienie w minimalistycznej scenografii, której zmienne elementy przemawiają czasem mocniej niż słowa. Kostiumy wyraźnie dzielą bohaterów na dwie grupy – mundury w szarym i burym kolorze noszą urzędnicy oraz poplecznicy Validy Vrady (znakomicie współgrają one z wibrująco ostrą, poszarpaną muzyką death metalowego zespołu Blasphemous Creation, którą słyszymy w momentach pojawiania się Validy). Pozostałe osoby ubierają się różnorodnie, a wyróżnia się wśród nich Petronika w swych zwiewnych, eleganckich, barwnych sukienkach (dodatkowe podkreślenie jej wyjątkowego charakteru). Jednak ich zewnętrzny strój to tylko namiastka wolności, złudne wrażenie, które nie wyrwie ich ze zniewolenia (na które sami się godzą), nie zmieni oportunisty w człowieka kierującego się stałymi zasadami moralnymi.

W spektaklu Ewy Domańskiej groteskowość postaci i wydarzeń nie przysłania rzeczywistego sensu i myśli przewodniej utworu Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Przemyślana adaptacja „Baby – Dziwo” wręcz uwypukla straszność społeczno-politycznych stosunków. Pod płaszczykiem tragifarsy, scenicznej makabreski i ironii łatwo dostrzec porażające zachowania ludzi – konformistów, tchórzy, zmanipulowanych, zastraszonych obywateli – oportunistów. Choć ubrana w teatralną, fikcyjną rzeczywistość, opresyjność totalitarnej władzy zawsze winna budzić niepokój.

Źródło:

Teatr dla Wszystkich online

Link do źródła