Logo
Recenzje

Frankenstein nadal jest wśród nas?

17.03.2026, 14:28 Wersja do druku

„Frankenstein – reportaż” wg scenar. i w reż. Zbigniewa Lisowskiego w Teatrze Baj Pomorski w Toruniu. Pisze Anita Nowak.

fot. fot. Maciej Matowski/mat. teatru

Spowodowana na wyspie Sumbawa wybuchem indonezyjskiego wulkanu Tambora katastrofa klimatyczna z roku 1815  w dużym stopniu odbiła się także na kontynencie europejskim; bardzo nietypowym z  obniżoną o kilka stopni temperaturą, mglistym, pozbawionym słońca, deszczowym latem roku następnego. Ale ponura, w co wrażliwszych osobach budząca dziwny lęk, a na pewno już twórczy niepokój, nastrojowa pogoda  przyczyniła się do powstania kilku ciekawych dzieł literackich,  stworzonych przez grupę paru młodych Anglików, w której znaleźli się m.in. Georg Byron i Mary Shelley, spędzających wspólnie wakacje nad jednym z szwajcarskich jezior. Posępne wieczory sprzyjały powstawaniu bardzo ciekawych, utrzymanych w klimacie grozy opowieści. Tam właśnie narodził się, dzięki niezwykłej fantazji,  a i ogromnej wiedzy z zakresu fizyki i medycyny dziewiętnastoletniej Mary, słynny „Frankenstein”. 

Złożony przez Wiktora Frankensteina w laboratorium, poskładany z fragmentów ludzkich organów  i ożywiony prądem, bardzo wrażliwy i dobry, garnący się do innych, człowiek, miał wygląd potwora. Zaakceptował go tylko niewidomy dziadek, w roli którego w spektaklu  występuje Andrzej Korkuz. W reszcie napotykanych ludzi budził strach i odrazę. Bity i przeganiany pałkami uciekł do lasu, a potem na lody Grenlandii, gdzie podpalił swoje odrzucone przez społeczeństwo ciało. To historia o samotności, zawiedzionej nadziei, nieodpowiedzialności naukowców, wykluczaniu wszelkich inności. A także o tym, do czego może doprowadzić świat igranie z klimatem. 
U Mary Shelley przedstawiona jest naturalna katastrofa wywołana  przez przyrodę, ale  już w spektaklu Zbigniewa Lisowskiego jest to ostrzeżenie przed zagrożeniem, jakie może, spowodować ludzka pycha i lekkomyślność. Powołanie do życia sztucznego człowieka można też kojarzyć ze stworzeniem AI, której poczynań nie jesteśmy w stanie przewidzieć, a które mogą nas zniszczyć...

Mimo to ową straszliwą, mrożącą krew w żyłach historię Zbigniew Lisowski opowiedział zahaczając o groteskę, z ogromną dozą poczucia humoru, włączając do wspólnej zabawy publiczność. Już  zajmując miejsca na Dużej Sali Baja potykamy się o rozmaitych kształtów pudła opisane nazwami poszczególnych części ludzkiego ciała. Chwilę potem dowiadujemy się, że Wiktor Frankenstein będzie z fragmentów martwych ciał składał sobie syna, którego po zszyciu, ożywi prądem. W czasach narodzin książki Mary Shelley pseudonaukowe teorie elektrycznego reanimowania nieżywych tkanek ludzkiego ciała, były bardzo popularne.  Zwłaszcza opowiadane gwoli wywołania klimatu grozy na spotkaniach towarzyskich. Ale Zbigniew Lisowski nie zamierza widzów straszyć, a pokazać jak dobro zranione przez zło, zostaje nim zakażone. Nawet spacerując wśród widzów jego ustylizowany przez scenografa i autora kostiumów, Dariusza Panasa na potwora Franki, postawny, ale o miłej twarzy Jakub Durniat, nie budzi w widzach lęku, raczej współczucie dla dobrego z natury człowieka, okaleczonego nienawiścią otoczenia. 

fot. Maciej Matowski/mat. teatru

Przepiękna, po części obejmująca także salę widowiskową scenografia, bo nawet loże  dla publiczności wmontowane są w dekoracje, a usadowieni w nich widzowie za pomocą różnych urządzeń biorą czynny udział w montowaniu obrazów spektaklu. Widzowie nie tylko zostają wcieleni do świata Frankensteina, ale też oskarżeni o współudział w wywoływaniu zła; o podziały klasowe i rasowe. Trochę jest tu aluzji politycznych. Jest na scenie wąska brama do Europy, są postaci w kostiumach ku klux klanu. Klimatu upiornej groteski przydają też zdobione czarną skórą, ćwiekami, stylizowane  na punk  rockowe stroje postaci, dookreślone muzyką Jana Gembali.

Zachwycają też rozmaitych rozmiarów lalki i sposób ich ogrywania, najzręczniej posługuje się jedną z najdrobniejszych rozmiarów marionetek Anna Chudek-Niczewska, snująca się po scenie pod postacią Anioła a ogromną uplecioną z sizalu lalką pretendującą do ręki Frankiego, sprawnie operuje Wiktor Frankenstein, w którego wciela się Jacek Pysiak.

Aktorsko w przedstawieniu dominują kobiety. Bardzo interesująco z ogromną dozą ekspresji, a zarazem intrygująco rozdwojoną postać opiekującej się emigrantami Baronowej grają Edyta Soboczyńska (Baronowa I)  i Edyta Łukaszewicz-Lisowska (Baronowa II). Edyta Łukaszewicz- Lisowska genialnie wręcz prezentuje się też w roli Wieśniaczki. Swoją nową, ciekawą twarz pokazała w tym spektaklu Iga Bancewicz- Chojęta w roli Elżbiety, żony Wiktora Frankensteina.
Pomimo bardzo szybkiego tempa akcji i przebogatej w symbole warstwy wizualnej przedstawienie jest bardzo czytelne. 

Źródło:

Materiał nadesłany

Autor:

Anita Nowak

Sprawdź także