28.07.2021, 13:52 Wersja do druku

Eugenia Herman. Pożegnanie (06.10.1929-19.07.2021)

W duszny, letni dzień, 28 lipca aktorzy warszawscy, przedstawiciele PWSFTViT oraz ZASP pożegnali najpierw w kościele Środowisk Twórczych przy placu Teatralnym, a potem na Cmentarzu Komunalnym Północnym na Wólce Węglowej w Warszawie Eugenię Herman. Znakomitą aktorkę, a także nauczycielkę całych pokoleń aktorów, których uczyła w łódzkiej PWSFTviT, w Policealnej Szkole Aktorskiej Haliny i Jana Machulskich oraz w Studiu Aktorskim przy Teatrze Żydowskim. Panią Żenię żegnali: prezes ZASP Krzysztof Szuster, prof. Anna Kuligowska-Korzeniewska, oraz Jerzy Antczak, którego słowa przeczytał ksiądz Andrzej Luter. Pisze Rafał Dajbor.

fot. Leszek Szymański/ PAP

Eugenia Herman urodziła się 6 października 1929 roku w Łodzi i w wywiadach przyznawała, że choć los złączył ją z Warszawą – to wciąż czuła się łodzianką. Bo przecież zaczęła aktorską karierę jeszcze jako studentka łódzkiej szkoły teatralnej w Teatrze Nowym w Łodzi w 1951 roku – a był to znakomity czas tego teatru, gdy swoje legendarne przedstawienia realizował w nim Kazimierz Dejmek. Potem, od 1960 do 1996 roku pracowała w Warszawie, w Teatrze Polskim. A na koniec, do roku 2000 współpracowała jeszcze gościnnie z Teatrem Narodowym. Grała wiele świetnych ról – m.in. Marynę i Radczynię w „Weselu” Wyspiańskiego, Panią Pernelle w molierowskim „Świętoszku”, Rollisonową w „Dziadach” Mickiewicza, Gwinonę w „Lilli Wenedzie” Słowackiego, Pallas Atenę w „Wyzwoleniu” Wyspiańskiego, Panią Dobrójską w „Ślubach panieńskich” Fredry, Siostrę Przełożoną w „Chłopcach” Grochowiaka oraz Demeter w „Nocy listopadowej” Wyspiańskiego w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego, w otwartym po wieloletnim remoncie Teatrze Narodowym w Warszawie, w 1997 roku. W tym przedstawieniu, na którym byłem razem z całą moją licealną klasą oglądałem ją na scenie nie przypuszczając, że już za trzy lata będzie moją Panią Profesor w Studiu Aktorskim przy Teatrze Żydowskim. A do zestawu ról zagranych na scenach teatrów – należałoby jeszcze dopisać szereg ról w Teatrze Telewizji i Teatrze Polskiego Radia.

Pierwsze moje z nią spotkanie było zaskakujące, bo gdy wszedłem do sali na drugim piętrze Teatru Żydowskiego, na kilka minut przed rozpoczęciem zajęć, pani Herman już tam była i przywitała mnie słowami „co się spóźniasz?”. Choć wcale nie byłem spóźniony. Potem przez trzy lata uczyła mnie scen klasycznych – wierszem i prozą. Wśród uczniów pani Żeni (bo tak nazywało ją całe środowisko – zarówno kolegów-aktorów, jak i uczniów. Nie była Gienią, ale właśnie Żenią) rozpowszechniło się nawet określenie „hermanizm klasyczny” na określenie sposobu, w który uczyła. Potrafiła być wymagająca, czasem nawet apodyktyczna. Ale uczyła tego, co konieczne, by móc na scenie mierzyć się z repertuarem klasycznym. Jej ulubionym określeniem, którym obdarzała studentów, którzy robili na zajęciach jakąś ewidentną głupotę była „barania głowa”, co brzmiało w jej ustach komicznie. Słyszałem, że w czasach, gdy paliła papierosy i gdy w sali można było jeszcze palić – używała zapalniczki tylko aby zapalić pierwszego papierosa. Potem, aż do końca zajęć, odpalała już jednego od drugiego. Ale to znam to tylko z opowiadań.

Ważnym polem artystycznej działalności Eugenii Herman był także film. Debiutowała u boku Adolfa Dymszy w „Nikodemie Dyzmie” z 1956 roku. Potem grała m.in. „Bilansie kwartalnym” Zanussiego, „Jarosławie Dąbrowskim” Poręby, „Cudzoziemce” Bera, „Śmierci Johna L.” Zygadły, „Ucieczce z kina Wolność” Marczewskiego. Oraz w licznych serialach, z których największą popularność przyniosło jej „W labiryncie”, w którym wcielała się w matkę Krystyny Duraj. Wydaje się jednak, że najznaczniejszym reżyserem filmowym w jej karierze był Marek Koterski. W jego „Życiu wewnętrznym” grała teściową Adasia Miauczyńskiego. W „Nic śmiesznego” – ważną panią na kolaudacji filmu Miauczyńskiego, która wraz z cenzorem (w tej roli Bronisław Pawlik) przekonuje Adasia do wycięcia „scen z penisami”. W „Ajlawiu” zagrała matkę Miauczyńskiego. Jak wielu aktorów i aktorek z jej pokolenia wyżej jednak ceniła swoje role teatralne niż filmowe. I o tych drugich nie mówiła zbyt chętnie. Choć raz powiedziała nam ze śmiechem na zajęciach, że Marek Koterski nazywa ją „swoją muzą”.

Gdy wiele lat po zakończeniu nauki w Studiu Aktorskim robiłem z nią wywiad i odwiedziłem ją w jej mieszkaniu, powiedziała mi, już po wywiadzie, w trakcie rozmowy, że bardzo się cieszy, że jest sprawna, bo najgorsze co by ją mogło spotkać – to Skolimów. Ale z tego, co wiem, gdy się już tam jednak znalazła – była zadowolona z opieki i warunków, w których przyszło jej spędzić ostatnie chwile. Zmarła w Domu Aktora Weterana 19 lipca 2021.

Do widzenia, Pani Profesor.

Źródło:

Materiał nadesłany

Autor:

Rafał Dajbor