Niegdyś krytyk teatralny był postacią budzącą respekt. Miał autorytet, miał wiedzę, miał – co dziś szczególnie cenne – niezależność. Był strażnikiem smaku, nieprzejednanym sędzią artystycznej prawdy. Jego recenzje mogły budować lub burzyć kariery, ale zawsze niosły ze sobą jeden podstawowy ładunek: uczciwe, subiektywne, lecz niewykalkulowane przekonanie. Dziś ten etos krytyka wydaje się raczej reliktem przeszłości niż obowiązującym standardem. Współczesna krytyka teatralna coraz częściej przypomina marketingowy folder, a nie poważną refleksję nad sztuką. Dlaczego? – pyta Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
Bo zatarła się granica między krytyką a promocją. I nie chodzi nawet o to, że krytycy mają swoje sympatie – to rzecz ludzka, a nawet nieunikniona. Problem leży gdzie indziej: w systemowym, coraz częściej instytucjonalnym sprzęgnięciu świata krytyki z mechanizmami produkcji teatralnej. Krytycy piszą recenzje o teatrach, które wcześniej zaprosiły ich do prowadzenia paneli, moderowania spotkań czy kuratorowania festiwali – i zapłaciły za to z własnego budżetu. Zależność? Z pozoru niegroźna. W praktyce – korodująca. Następnie ci sami krytycy piszą entuzjastyczne recenzje o tych samych instytucjach. Przypadek? Układ? Czy może po prostu nowy model funkcjonowania w branży? Dla wielu – warunek przetrwania.
To nie jest jednak opowieść o młodych, którzy dopiero wchodzą w środowisko i szukają punktów zaczepienia. Przeciwnie. Coraz częściej tę zależność widać wśród doświadczonych, obecnych od lat krytyków – ludzi z dorobkiem, z rozpoznawalnymi nazwiskami, którzy mogliby pozwolić sobie na luksus niezależności, ale świadomie z niego rezygnują. Trudno tu mówić o naiwności czy potrzebie „budowania pozycji”. To raczej kalkulacja, czasem wygoda, czasem strach przed byciem pominiętym w obiegu. Ale też, niestety, wyraz utraty ambicji krytycznej.
Nie chodzi o to, by krytyk był z założenia negatywny. Ale chodzi o to, by był wolny. Niezależność to warunek uczciwego sądu. A ten coraz częściej ulega erozji. I to nie dlatego, że ktoś kogoś cenzuruje. Krytyka nie upada pod naporem sił zewnętrznych – ona się sama rozpuszcza, rozmywa, rozleniwia w atmosferze wzajemnych przysług, dziękczynnych hołdów i promocyjnych zobowiązań. Trudno winić ludzi za to, że chcą pracować i zarabiać. Ale trzeba jasno powiedzieć: w tym układzie recenzja traci wartość, a słowo – swoją wiarygodność.
Możemy dziś cytować wielkich: Martę Fik, która wierzyła w krytykę jako akt odpowiedzialności społecznej. Juliusza Kydryńskiego, który nie bał się pisać na przekór panującej modzie. Bohdana Korzeniewskiego, który nazywał rzeczy po imieniu, nawet gdy kosztowało to nieprzyjemności. Jerzego Koeniga, który oddzielał krytykę od funkcji instytucjonalnych. Raszewskiego, dla którego najważniejsza była niezależność spojrzenia. Albo Boya-Żeleńskiego, który potrafił jednym tekstem wywołać burzę w całym inteligenckim świecie, bo sztuka była dla niego czymś więcej niż towarzyskim wydarzeniem.
Gdzie są ich następcy? Kto dzisiaj nie boi się być niepopularny w środowisku, byle tylko powiedzieć prawdę? Kto jeszcze traktuje pisanie o teatrze jako formę odpowiedzialności, a nie jako sposób na przedłużenie obecności na zaproszeniach i festiwalowych afiszach?
Upadek etosu krytyka teatralnego nie jest katastrofą nagłą – to cichy, systemowy zjazd w szarą strefę lojalności, wdzięczności i wzajemnych przysług. Ale w tej szarości gaśnie coś ważniejszego niż tylko recenzje – gaśnie nadzieja na poważną rozmowę o teatrze. A bez niej teatr przestaje być miejscem dialogu. Staje się autocelebracją.
I to jest najgroźniejsze.