„Dziewczyny do wzięcia” wg scenar. i w reż. Dariusza Lewandowskiego w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym im. Juliusza Słowackiego w Koszalinie. Pisze Daniel Źródlewski na blogu Teksty Źródłowe.
W 1973 roku podczas pierwszej edycji Międzynarodowych Spotkań Filmowych „Młodzież na ekranie” w Koszalinie (dziś to Festiwal Debiutów Filmowych „Młodzi i Film”) nagroda Jantara dla najlepszego filmu telewizyjnego trafiła w ręce Janusza Kondratiuka za „Dziewczyny do wzięcia”. Po 53 latach koszalińska publiczność znów może oglądać miłosne perypetie trzech dziewczyn z prowincji i ich niezbornych adoratorów, ale już nie na ekranie, lecz na scenie. Spektakl w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym na podstawie kultowego filmu wyreżyserował Dariusz Lewandowski.
Uwielbiam oglądać filmy powstałe w oparciu o literaturę bezpośrednio po przeczytaniu książki. Wielokrotnie udało mi się zrobić to dosłownie bezpośrednio, synchronizując przeczytanie ostatniego zdania z naciśnięciem „start” na ekranie. Znakomite jest uczucie, gdy postaci z kart powieści nagle otrzymują tożsamość i ożywają, albo gdy potoki (sic!) słów opisujących miejsca tworzą konkretny pejzaż. Konfrontacja mojej wyobraźni z wizją filmowców jest fascynująca. Spektakl Lewandowskiego jest teatralną wersją filmowego scenariusza, więc nie mogłem sobie odmówić ponownego spotkanie z filmem Kondratiuka. Seans zafundowałem sobie w wieczór poprzedzający premierę w Koszalinie.
Po raz pierwszy „Dziewczyny do wzięcia” oglądałem dobre trzy dekady temu, a później natrafiałem na fragmenty albo cytaty. Od kiedy pamiętam ten obraz, obok „Wniebowziętych” wyreżyserowanych wspólnie przez braci Kondratiuków – Janusza i Andrzeja, ma status kultowego. Niektóre z tekstów nie tylko przeszły do historii kina, ale weszły do obiegowego języka. „Jest wiele możliwości...” czy „Nie zawieram znajomości na ulicy! – Ale to jest peron!” albo „Ja bym chciała zapoznać doktora. Albo kogoś... ale w podobie” bawią do dziś. Tym razem jednak decyzja, by obejrzeć film ponownie (i jakby bardziej świadomie) zweryfikowała opinię na jego temat.
Kultowy nie zawsze musi oznaczać dobry. Obraz Kondratiuka bardzo źle się zestarzał. To nie jest nawet kampowe. Osoby z mojego pokolenia, czyli z końcówki lat 70. XX wieku, są na granicy pamięci i rozumienia czasów „słusznie minionego ustroju”, młodsi nie są już w stanie poprawnie odczytać pewnych sytuacji, kodów czy wartości, a tym samym intencji reżysera i jego bohaterów. Choć film jest krótki, bo trwa zaledwie 45 minut, nie mogłem się skupić ani wniknąć w jego przestrzeń, kilkukrotnie przerywając oglądanie. Zmęczyła mnie archaiczna forma, nie śmieszyły jak dawniej dialogi, nie zachwycił pomysł na aktorskie improwizacje. Osobną sprawą jest oczywiście współczesna percepcja i obyczajowa rewolucja związana z szacunkiem i równością płci, co czyni „Dziewczyny do wzięcia” filmem infantylnym, ocierającym się o seksizm i mizoginistyczne praktyki.
Fabuła filmu jest na tyle prosta, a przede wszystkim powszechnie znana, że nie widzę celu przywoływania jej w tym tekście. O filmie powiedziano i napisano już praktycznie wszystko i łatwo to odnaleźć w nieskończonych czeluściach internetu. Wyczerpująco o kulisach powstawania filmu, a przy okazji o przepysznych anegdotach, pisał Maciej Łuczak w książce „Wniebowzięci, czyli jak to się robi hydrozagadkę”. Zaskakujący za to jest fakt skromnej obecności „Dziewczyn do wzięcia” na deskach teatralnych. W 2013 roku scenariusz filmu stał się kanwą spektaklu dyplomowego aktorów Szkoły Aktorskiej Haliny i Jana Machulskich (reżyseria Maria Kwiecień). Rok później w stołecznym Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hübnera sięgnął po niego Piotr Ratajczak (reżyser) wraz Piotrem Rowickim (dramaturg). Jednak w tej realizacji oryginalny tekst został „przepisany” na współczesny język. Twórcy spektaklu zdecydowali się osadzić akcje w dzisiejszych czasach. Koszalińska produkcja jest zatem dopiero trzecią teatralną adaptacją filmowego skryptu.
Dariusz Lewandowski przywołuje filmowy tekst niemal jeden do jednego. Traktując każde słowo niczym świętość stara się nie naruszać osobliwej poetyki, sensów, rytmu ani archaicznej struktury. Wszelkie komentarze, dopowiedzenia, a nawet odważną polemikę z Kondratiukiem prowadzi przy pomocy innych środków – muzyki, słów piosenek oraz tańca. Wielkie brawa dla Piotra Hajduka za znakomite aranżacje mniej i bardziej znanych PRL-owskich szlagierów. Lewandowski wprowadza także taniec! Owszem, dokonuje pewnej dekonstrukcji finału, ale o tym napiszę w dalszej części – tu już uprzedzam o spoilerowaniu. Ach! Są jeszcze fragmenty „Kroniki Filmowej”. Cóż za adekwatny wybór fragmentów! Pyszne to! A przy okazji siermiężne materiały filmowe oglądane ze współczesnej perspektywy to eksplozja ironii, sarkazmu i… humoru. Nawet najpoważniejsze tematy prezentowane w tych krótkich felietonach wywołują salwy śmiechy. Tym samym fragmenty tych materiałów, tez należy potraktować jako jeden z tych środków służyć polemice z Kondratiukiem.
Być może chcąc uniknąć oskarżenia o seksizm, który aż wylewa się z oryginalnego scenariusza, reżyser zaczyna swoją opowieść o „Dziewczynach do wzięcia” od toastu „Za zdrowie Pań”. Projekcja wideoklipu niezapomnianej piosenki Edwarda Hulewicza to jednocześnie znakomity wehikuł czasu, przenoszący widzów 50 lat wstecz. Pełna ostalgia.
Za zdrowie Pań, za zdrowie
Szampana pijmy aż do dna, Panowie!
Za zdrowie Pań, za zdrowie
Jedyny toast, który niechaj wiecznie trwa
Już pierwsza scena zdradza strukturę przedstawienia. Zgodnie z fabularną linearnością oglądamy bohaterki w kolejowym przedziale pociągu zmierzającego do Warszawy. Słyszymy kultową rozmowę, którą Lewandowski przerywa autorskim klinem. Między niezborny dialog wkomponował piosenkę „Bo to się zwykle tak zaczyna” z repertuaru Bohdana Łazuki. Tekst utworu wydaje się idealnie ilustrować „Dziewczyny do wzięcia”, jako całość! Zastanawiam się czy nie powinien wybrzmieć także na koniec (sic!).
Bo to się zwykle tak zaczyna
Sam nawet nie wiesz, jak i gdzie
Po prostu wzięła cię dziewczyna
A to jest znak, że już jest źle
(…)
O całym świecie zapominasz
I kochasz, bo tak serce chce
(…)
Bo to się zwykle tak zaczyna
I jeszcze trwa przez kilka dni
W końcu ją rzucasz, zapominasz
I to jest życie - c'est la vie
Utwór śpiewa przypadkowa (jeszcze) pasażerka, która będzie równolegle opowiadać swoją historię. W tej roli oglądamy Bernadettę Bursztę-Czarnowicz. Aktorka zachwyca nie tylko wokalem, ale też wytworną kreacją, pełną imponującego opanowania i spokoju. Owa wyniosłość szybko okaże się jednak maską, pod którą kryje się tęsknota za czułością, szacunkiem i potrzebą miłości. To konsekwentna i misternie opracowana rola.
Panie dojeżdżają do docelowej Warszawy Głównej. Gdy okaże się, że umówieni absztyfikanci wystawili je, spotkają kolejnych chętnych „amantów”. Poznajemy Inżyniera i Magistra. Napalonych spryciarzy, ale podobnie jak w filmie, niewydarzonych i nieporadnych. Pierwsza próba poderwania prowincjonalnych pięknotek nie udaje się. Przecież dziewczyny uprzedzały: na ulicy nie zawieram znajomości. A co dopiero na dworcowej kładce… I nawet takie obietnice nie są skuteczne:
Dziewczyno z PRL-u
Wierz mi, proszę, jedyna
Bez ciebie, jak bez celu
Ty przy życiu mnie trzymasz
Nie ma takiej jak ty
Nie ma takiej pod słońcem
Dziewczyno z PRL-u
(…)
Wierz mi, proszę ja ciebie
Choć nie stać mnie na wiele
Będziesz żyła, jak w niebie
To „Dziewczyna z PRL-u”, o której śpiewał Jan Pietrzak, a w Koszalinie nastrojowo wykonała ją Bernadetta Burszta-Czarnowicz.
Marcin Tomaszewski wciela się w młodszego Magistra, którego w filmie Kondratiuka portretował Jan Mateusz Nowakowski, zaś postawniejszego nie tylko w figurze, ale i ważności (wyższości?) zawodowej „Inżyniera” kreuje Wojciech Rogowski, odmłodzony połyskującą peruką. No właśnie… odmłodzony. Choć Rogowski wywiązał się z powierzonego zadania znakomicie, bo to postać skrojona rzetelnie, z dużym dystansem i poczuciem humoru, to nie rozumiem tej decyzji obsadowej. Tomaszewski jest wiekiem zbliżony do swojego filmowego bohatera, Rogowski nie. Przy pauzujących młodszych kolegach z zespołu – Karol Czarnowicz, Jerzy Dowgiałło, Jacek Zdrojewski – jest to decyzja kontrowersyjna. Mimo to, ten zaskakująco rozpięty pokoleniowo duet szczerze zauroczył. Trzeba zobaczyć z jaką gracją Rogowski zarzuca głową, by pozbyć się z twarzy kosmyków włosów albo jak obaj z pokrętnie rozumianą finezją zrywają się do „pościgu” po miłość. Marcin Tomaszewski tworzy swojego Magistra jako zawstydzonego amanta, w którym owa niepewność gestu i słowa rozczula. Rogowski postawił na dowcip i przejaskrawioną karykaturę, ale ewidentnie takiego bohatera chciał widzieć reżyser. To właśnie Inżynierowi przypada wypowiadać zdanie „jest wiele możliwości…”, które w filmie wyszydzało gierkowskie obietnice bez pokrycia. W spektaklu pada znacznie częściej, stając się nienachalną mantrą, pozwalającą na intrygujące interpretacje, już pozapolityczne. Tu mowa choćby o współczesnych formach randkowych typu Tinder, Bumble, Badoo. To ciekawy przykład na subtelną zmianę znaczenia i wartości niektórych oryginalnych akcentów z filmu sprzed 50 lat. Być może w owych „możliwościach” trzeba widzieć od razu erotykę zamiast romansu, seksualność zamiast sensualności.
Na marginesie: filmowego Inżyniera kreuje Jan Stawarz, który jest związany z Pomorzem Zachodnim. Przez kilkadziesiąt lat pracował w szczecińskim Teatrze Współczesnym tworząc wiele niezapomnianych ról, obecnie nadal tu mieszka. W ślady ojca poszła córka Agata Stawarz.
Już w pierwszych momentach spektaklu dramatycznym sekwencjom towarzyszą choreografie duetu Kornelia Downarowicz & Krystian Hintzke. Tancerze pojawiają się jak oniryczne zjawy, by spuentować to co dzieje się na scenie. Jednak ich zadaniem nie jest komentarz sytuacji, a wejrzenie w emocje bohaterów. Ciałem można opowiedzieć znacznie więcej i pełniej. Niektóre figury przypomniały mi fleszowe sekwencje z filmu „Biegnij Lola, biegnij”. Tom Tykwer użył „migawek” z przyszłości, by powiedzieć o istocie przypadku, inspirowanego twórczością Krzysztofa Kieślowskiego. Dariusz Lewandowski używa tego ku przestrodze, choć także pokazuje możliwe losy bohaterów. Czy przelotny romans może skończyć się oświadczynami i ślubem? Czy niewinne bzykanko skończy się niechcianą ciążą? Downarowicz i Hintzke tańczą tu tęsknotę, czułość, miłość, namiętność, szczęście i piękno… Decyzja by opowiadać „Dziewczyny do wzięcia” także ruchem była błyskotliwa. Za choreografie odpowiada sam reżyser. Brawo!
Wracamy do „dziewczyn do wzięcia”, które nie chcąc zmarnować podróży do Warszawy decydują się znaleźć zastępczych adoratorów. Szybko trafiają do kawiarni, gdzie ponownie spotykają Inżyniera i Magistra. Ceną poznania się będzie sześć porcji kremu sułtańskiego, po dwie dla każdej z pań. Słodko? Mdliście? Rozpoczyna się poszukiwanie pomysłu na idealną randkę, ale niestety kolejne miejsca okazują się nie trafione…
Spacer przez mroźną Warszawę i wizyty w kawiarni, kinie, teatrze, symbolizują wysuwane elementy scenografii, ale także neony. Na początku świeci wielki szyld dworca Warszawy Głównej, potem pojawia się napis „Kino Relax” czy bajecznie kolorowy „TEATR”. Każda ze wspomnianych sekwencji rozgrywa się w innej części teatralnego uniwersum. Mimo kameralności koszalińskiej sceny Lewandowskiemu udało się kreatywnie wykorzystać dostępne możliwości technologiczne i wszelkie konfiguracje, tworząc iluzję dużego widowiska. Duża zasługa w tym scenografki Agnieszki Kaczyńskiej. Dekoracje nawiązują do lat 70. XX wieku, ale zamiast ówczesnej szarzyzny i bylejakości otrzymujemy zaskakująco kolorowy, może nawet przaśny, świat. Znakomita praca!
Cała piątka trafia do kina, lecz film już się zaczął. Decydują się na teatr, ale spektakl zbyt długi, a pociąg powrotny zbyt wcześnie. W foyer teatru znów pojawi się tajemnicza pasażerka z pociągu, która okaże się nosić podejrzanie prominentne nazwisko… W jej wykonaniu przez kilka scen przewijać się będą fragmenty przepięknego utworu „Tin Pan Alley”, który śpiewała Halina Frąckowiak. To kolejny ironiczny komentarz, tym razem do „jakości” proponowanych randek.
Zabiorę ciebie kiedyś właśnie tam
Samolot miękko zejdzie w dół
I miasto jak muzyczny super-sam
Zbudzi sześć
Śpiących strun
Taksówką żółtą tak jak China Town
Ruszymy tłumiąc pożar serc
W muzykę, która nie zna prawd i kłamstw
Ale jest
Ciągle jest
(…)
Nie wszyscy wielcy już przestali grać
Choć powiał wiatr pogodą dla bogaczy
Złe czarne fortepiany nie chcą spać
Żyje w nich stary blues
Na Tin Pan Alley w sklepach dobre dni
Ulicznym grajkom znów się tutaj płaci
Sceny w teatrze i kinie jako obcesowa kasjerka ubarwia Katarzyna Lenarcik-Stenzel. Udało jej się stworzyć niezwykle celną karykaturę karykatury! Brzmi dziwnie, ale przecież sama figura PRL-owskiej kasjerki, nie tylko z kina, znana z dziesiątek komedii jest ikoną absurdu tamtych czasów. Lenarcik-Stenzel zabawiła się swoją epizodyczną bohaterką wybornie, dzięki jej gagom i komicznie sile, każda z tych scen będzie zapamiętana na długo. Miała też możliwość spełnienia się bardziej szlachetnie. Aktorka wciela się w jeszcze w postać kelnerki i sprzątaczki. Po drugiej wizycie w Kawiarni i spożyciu kolejnych porcji Kremu Sułtańskiego zwieńczonej spektakularnym womitowaniem najmłodszej z bohaterek, zaśpiewa w toalecie „Kochać” Piotra Szczepanika. To także kontrapunkt do miałkości filmowego podrywu, a właściwie jego spodziewanego namiętnego celu. A namiętność wokalna Lenarcik-Stenzel wspaniała!
Kochać - jak to łatwo powiedzieć
Kochać - to nie pytać o nic
Bo miłość jest niepokojem
Nie zna dnia, który da się powtórzyć
(…)
Bo miłość jest niewiadomą
Lecz chcę wiedzieć czy wiary starczy mi
Czas mija, efekty randki znikome. Czas na przyspieszenie! Wraz z bohaterami trafiamy do mieszkania kolegi jednego z adoratorów „Dziewczyn do wzięcia”. To lokal należący właściwie do jego kochanki, która jest bratanicą Piotra Jaroszewicza, ówczesnego premiera (1970-80). Tak, tak, to tajemnicza podróżna nosząca owe prominentne nazwisko i nieustannie przecinająca drogę randkującej piątce. Teraz wszyscy się „spotykają” w jednym miejscu. Cudzysłów podkreśla oniryczny czy metaforyczny charakter tego spotkania.
Przeniesienie akcji do mieszkania i kolejne wydarzenia stanowią zasadniczo osobną część spektaklu, to obyczajowe sedno. To co działo się wcześniej można potraktować jako preludium albo rozgrzewkę, w której było miejsce na humor, dystans i igraszkę. Druga część będzie duszna, poruszająca, momentami wręcz paraliżująca. Nie ingerując w dialogi, a jedynie pomijając jedną z postaci (notabene milczącej), Dariusz Lewandowski z banalnej komedyjki uczynił przejmujący dramat. Zrezygnował z wprowadzenia do akcji kelnera, którego u Kondratiuka grał debiutujący Zbigniew Buczkowski. Jednak w absolutnie kreatywny sposób podkreślił jego obecność w filmowym pierwowzorze. Po teatralnym foyer u Kondratiuka przechadzają się wielkie sławy ówczesnego kina – Stanisław Mikulski oraz Iga Cembrzyńska, notabene szwagierka reżysera filmu. U Lewandowskiego pojawia się tylko jedna gwiazda – na ekranie wyświetlony jest oczywiście fotos Buczkowskiego.
Gdy randka zmierza już do fizycznej bliskości, najmłodsza z „dziewczyn do wzięcia” obcesowo potraktowana przez Pućkę wygłasza przejmujący monolog. Dominika Mrozowska-Grobelna podobnie jak Regina Regulska w filmie łamie konwencje i zwraca się prosto do widzów. Opowiada o tym jak wyobraża sobie miłość, czym jest według niej czułość i jaka powinna być jej przyszłość. To poruszające wyznanie Lewandowski postanowił jeszcze bardziej podkreślić. Do „dziewczyny, która nie lubi kremu” dosiada się bratanica Jaroszewicza, która otrzymuje list. Po jej reakcji domyślamy się, że nie ma tam przyjemnych treści. Boli i uwiera. Kolejne miejsce przy stole zajmuje Kornelia Downarowicz, tancerka. Jest ubrana dokładnie tak samo jak Dominika Mrozowska-Grobelna, ale jest w ciąży. Poruszające. Monolog przerywa piosenka – „Tylko mnie poproś do tańca” z repertuaru Anny Jantar. Tym razem to nie kontrapunkt, ale spotęgowanie marzeń o szlachetnej miłości. Wręcz rozpaczliwe wołanie o uczucie i szacunek!
Tylko mnie poproś do tańca
Ja na nic więcej nie liczę
Od krańca świata do krańca
Od piekła do nieba bram
Tylko mnie poproś do tańca
Jakbyś mnie kochał nad życie
Dominika Mrozowska-Grobelna po krótkiej przerwie wróciła na scenę Bałtyckiego Teatru Dramatycznego. Kreacja w „Dziewczynach do wzięcia” od razu pokazała, jak bardzo jej brakowało. To rola opracowana ze zrozumieniem postaci i z wielką wyrozumiałością dla delikatności jej charakteru. Czułość z jaką potraktowała swoją bohaterkę jest odwrotnie proporcjonalna do cierpienia przy spożywaniu kremu sułtańskiego. Nie bez znaczenia jest też uderzające podobieństwo urody koszalińskiej aktorki z młodą Regulską. Najmłodsza, najmniej doświadczona, najbardziej wstydliwa za kilka scen przeżyje… no właśnie. Czy to co się wydarzy, było z góry założonym celem i oczekiwaniem zgodnie z tytułowym „wzięciem”, czy wręcz przeciwnie? Do tego wrócę, ale mam wrażenie, bliskie pewności, że Dominika Mrozowska-Grobelna to wiedziała i w odpowiedni sposób poprowadziła swoją bohaterkę od pierwszych scen spektaklu, stosując osobliwą gradację w jej emocjach.
Tymczasem na kanapie trwają zaloty i niby niewinne podszczypywania. Pada też takie pytanie i taka odpowiedź:
- No to jak byście chciały?
- Inaczej
- No tak, inaczej…
Zrozumienie tego dialogu, kilkukrotnie zresztą powtórzone jest kluczem do zrozumienia intencji Lewandowskiego. Reżyser pokazuje te „inne” rozwiązania, które jak wspominałem przywołują flesze z kultowego filmu Toma Tykwera. I owszem, to ważne elementy. Jednak by „inaczej” wybrzmiało pełniej ucieka się do zabiegu dosłownego, brutalnego, kontrowersyjnego…
Teoretycznie „dziewczyny do wzięcia” niewinnie romansują. Marzą, by z Warszawy przywieść na swoją prowincje nie tylko wspomnienia zabawy, ale przede wszystkim obietnice lepszej przyszłości. Wierzą, że uda się poznać kogoś, kto odmieni ich los. Marzą o prawdziwej miłości, najlepiej od pierwszego wejrzenia. Byle szybko, byle skutecznie. Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska, najstarsza z całej trójki, jest także najbardziej ogarnięta i śmiała. „Dziewczynę pracującą na poczcie” w filmie Kondratiuka portretowała Ewa Szykulska, jedyna zawodowa aktorka z całej trójki. Dzięki oszlifowanemu talentowi jej postać miała nieco bardziej przewidywalny charakter, więcej finezji, a znacznie mniej urzekających wątpliwości albo infantylizmu. Zarówno Szykulska i Gruszczyńska-Ogonowska skorzystały z tego „bonusu” tworząc postacie wyraziste, pewniejsze siebie i opanowane. Pozostałe dwie dziewczyny kreowane w filmie przez amatorki, nie uzyskały już tak precyzyjnie określonego charakteru. Dla powtarzających te figury teatralnych aktorek, to duży problem, by nie rzec wyzwanie. Lewandowski nie pozwolił im na szarżowanie, dowolność, nadgrywanie czy pastisz. Zaproponował powściągliwość i oszczędność aktorskich środków, dzięki czemu dostaliśmy surowe, czyste charaktery. Jednak z uwagi na improwizacyjny charakter filmowych ról, okazało się to najlepszym rozwiązaniem, by pozostać wiernym oryginalnemu scenariuszowi, a jednocześnie nie stworzyć czegoś banalnego i po prostu śmiesznego. Adrianna Jendroszek obdarzyła Pućkę wręcz ascetycznym temperamentem, co pozwoliło jej przekonująco „powtórzyć” filmową bohaterkę. Przy czy nie naśladowała nieporadnego sposobu mówienia, niedokończonych zdań, niepewnych gestów czy spojrzeń Ewy Pielach. Postawiła na umiar i siłę tego co zapisane w scenariuszu. Słuszna decyzja.
Nie zabrzmiało słynne „Sibą sibą, kotki małe dwa”. Przynajmniej jako piosenka… Jeden po drugim, najpierw Inżynier, później Magister, biorą tę „co nie lubi kremu”. Pozostałe nie protestują. Dzieje się to co miało się dziać? A może to obraz znany z rozmaitych „dobrych domów”? Dariusz Lewandowski wbija solidnego klina w interpretację „Dziewczyn do wzięcia”. Co się wydarzyło w finale filmu i spektaklu?
Koszalińskie „Dziewczyny do wzięcia” rozpoczął toast. Kończy hymn albo modlitwa. Jak inaczej nazwać „Polską Madonnę” Agnieszki Osieckiej, którą od kilku dekad wyśpiewuje Maryla Rodowicz? Swoją drogą, kiedy świadomie wczytaliście czy wsłuchaliście się w słowa tej piosenki? Zapraszam:
Madonno Polska Madonno
Panno z dzieckiem mów
Jak ty sobie radzisz
Nocą wśród złych snów
Madonno Polska Madonno
Skąd masz pieniądze na czynsz
Czy cię nie przeraża
Pająk albo mysz
Damy ci kwiatek na Święto Kobiet
Czapkę na bakier i Polski obie
Damy ci wódki i bilet do kina
Kace i smutki i dwóje na szynach
Damy przyrzeczeń starych tysiące
I niedorzecznie małe pieniądze
Damy ci bełkot i stracha w polu
A dla małego miejsce w przedszkolu
Madonno Polska Madonno
Panno z dzieckiem mów
Jak ty sobie radzisz
Nocą wśród złych snów
Madonno Polska Madonno
Pusto w łóżku twym
Jaki w twojej głowie
Śpiewać musi rym
Damy ci kwiatek na Święto Kobiet
Czapkę na bakier i Polski obie
Damy ci wódki i bilet do kina
Kace i smutki i dwóje na szynach
Byle do nocy byle do jutra
Tłucze się w tobie litania smutna
Sen cię otuli jak łaska boska
Polska Madonno Madonno polska
Sen ci daruje szminkę francuską
Piersi okryje szkarłatną bluzką
Sen ci daruje nadzieję płonną
Polska Madonno Polska Madonno
Osiecka vs. Kondratiuk. I ten trzeci, Lewandowski, który próbuje zmierzyć się z kultowym filmem, ale próbuje opatrzyć go „tekstem krytycznym” niczym współczesne wydania niektórych kontrowersyjnych utworów literackich z „Mein Kampf” na czele.
Jego „Dziewczyny do wzięcia” to bardzo sprawny spektakl o rozmachu widowiska. Zachwyca interdyscyplinarna forma – obok elementów dramatycznych mamy tu musical, taniec, a nawet film. Po za tym rzecz jest wizualnym majstersztykiem – rewelacyjna scenografia i kostiumy. To także sentymentalna podróż do czasów słusznie minionego ustroju, ale skomponowana współczesnymi środkami i zwieńczona równie aktualnym przesłaniem.