07.06.2021, 11:08 Wersja do druku

Dziewczyny chcą wlec chłopców za włosy

fot. mat. teatru

„Dźwiękowy zapis doliny” wg Tymoteusza Karpowicza w reż. Andrzeja Ficowskiego. Teatr Niewizualny w Klubie Łącznik we Wrocławiu. Pisze Jarosław Klebaniuk w Teatrze dla Wszystkich.

Spotkanie z teatrem na żywo i na prawdziwej widowni po ponad rocznej przerwie musiało być ważne i znaczące. Czy jeszcze potrafimy przyjąć to, co będzie nam dane? Czy wobec pereł przed nas rzucanych nie okażemy się zwierzęciem, którym – pomimo całej doń sympatii – wolelibyśmy nie zostać? Czy jeszcze nas to żarłoczne pochłanianie teatru w ogóle zajmuje? Adaptacja do bezteatrza zajęła tyle czasu, że teraz powrót przed scenę może wymagać nowej adaptacji, kombinowaliśmy z Elą. Na szczęście „Dźwiękowy zapis doliny”, nie epatujący nadmiarem wizualności, odebraliśmy jako taki – nomen omen – łącznik z tym, co zapewne jeszcze w pełni synkretycznie po wielokroć na różnych scenach powróci.

Sięgnięcie po tekst nieco zapomnianego poety wymagało od reżysera miłości i aktem tejże było. Surrealna fabuła i językowo rozbuchane dialogi można było zainscenizować na wiele sposobów, a uczynienie z nich słuchowiska bynajmniej nie stanowiło najbardziej oczywistego z nich. Śledzenie akcji, w której dwóch naukowców, tyleż męskich obiektów ich eksperymentów i tyleż takowych żeńskich, wchodzą we wzajemne interakcje, dążą do odmiennych celów, a kończą w podobny sposób, wymagało sporo uważności. Gdy widzimy postacie, jak to zazwyczaj bywa teatrze, spora część informacji dostępna jest dzięki obserwacji ich zachowań i scenograficznego kontekstu. Tymczasem półtoragodzinne słuchowisko nie dawało tego komfortu. Nie wszyscy też jego odbiorcy wykazali odpowiednią umiejętność koncentracji i determinację. W ciemności, która pomimo zapowiedzi, nie była całkowita, dawały się dostrzec poświaty smartfonów, a także kontury postaci zmniejszające pandemiczny dystans, by szeptać sobie do ucha. Ponad tym wszystkim, a i na wskroś tego wszystkiego w przestrzeni audytorium panował jednak tekst Karpowicza.

Tekst, trzeba przyznać, rozbuchany, chwilami poetycki, chwilami sztubacki, często dosyć archaiczny, zaofiarował słuchaczom perełki w rodzaju: „Nam czas nie ucieka, bo my się mu nie przyglądamy”, „Trzeba zabezpieczyć wspomnienie najlepszego, nie zgnoić dobrym” czy „Mój bunt będzie lepszy od twojego” (to ostatnie raczej dopisane przez inscenizatora niż profetyczne). Nie można się przy tym było oprzeć wrażeniu, że zrobił to (on, ten tekst) – zacytujmy go raz jeszcze – „opychając się sobą jak kremem poziomkowym”. Znalazło się więc miejsce i na laboratorium psychoakustyczne, i na „sonospektrograf”, i na „sonarny detektor prawdy”, i na służące inwigilacji „wręgi akustyczne”, a wszystko to w czasie, gdy „sporządzenie sonomapy nie jest już problemem”, zaś akustyczne sondy dla złagodzenia przykrości oblewa się żelatyną (wersja dla chłopców) lub czekoladą (wersja dla dziewcząt).

Świat opanowany przez technologię służącą podsłuchiwaniu i totalnej kontroli nie jest pomysłem nowym, a po Tymoteuszu Karpowiczu sięgnęli po realizację podobnych idei między innymi kolejni prezydenci Stanów Zjednoczonych, o czym wiemy dzięki prześladowanym obecnie sygnalistom: Julianowi Assange’owi, Chelsea Maning i Edwardowi Snowdenowi. Oryginalność Karpowicza, a obecnie Andrzeja Ficowskiego polega na nadaniu tym wizjom nowego kontekstu. Pandemia uruchamia skojarzenia ze światem, w którym kwarantanna może być dyscyplinowana za sprawą nowoczesnej technologii, a przemieszczanie się wymagać będzie szczególnego uwiarygodnienia. Tekst i jego wystawienie nabrało więc nowego znaczenia.

Sam spektakl stanowił w zasadzie rozbudowane słuchowisko, podzielone na dziesięć części nazywanych „amplitudami”. W każdej, niczym w scenach dramatu, zmieniała się kombinacja postaci, zaś akcja toczyła się wprawdzie wielotorowo, jednak te dziania się przeplatały, by ostatecznie zbiec się w apokaliptycznej ostatniej „amplitudzie”. Sporo w całym przedstawieniu było dosadności i przemocy, a tym brak wizualnej reprezentacji raczej służył niż ujmował. Jedynym fragmentem, w którym zobaczyliśmy (niemy!) film była dopiero ósma amplituda. Wygłupiający się,  mocujący ze sobą i błocący radośnie mężczyźni (wśród nich grany przez jednego z naszych ulubionych aktorów – Arkadiusza Cyrana) szukali kogoś bezskutecznie. Czerwień ich ubrań i czerwonawa barwa zielonego przecież z natury otoczenia nadały tym scenom nadrealną aurę. Ponieważ wciąż równolegle toczyły się wydarzenia w kanale audio, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jedność czasu, miejsca i akcji celowo nie została tutaj zachowana, przy czym cel tego zabiegu wydaje się dalece nieoczywisty.

W słuchowiskowej aranżacji obok dialogów i efektów dźwiękowych mieliśmy także muzykę. Zaanonsowani zostali nawet Maryla Rodowicz i Sex Pistols, lecz w tle leciała i tak „Chemia…”, niestanowiąca utworu żadnego z nich. Najczęściej prezentowane były zaś pieśni socrealistyczne lub stylizowane na takie, zawracając skojarzenia odbiorców z przyszłości w przeszłość i nieco bałamutnie dając do zrozumienia, że inwigilacja i ograniczenie wolności najlepsze czasy mają już za sobą, a wraz z nadejściem kapitalizmu dawne zmory wyzionęły ducha. Cóż, może zapytajmy o to od lat bez wyroku przetrzymywanego w izolacji w brytyjskim więzieniu Assange’a.

„Dźwiękowy zapis doliny” to co najmniej trzecia w ostatnich latach inscenizacja tekstów Karpowicza. O ile jednak „Dziwny pasażer” i „Niewidzialny chłopiec” (obydwie we Wrocławskim Teatrze Współczesnym) miały sporo do zaoferowania w warstwie wizualnej (zwłaszcza spektakl w reżyserii Weroniki Szczawińskiej), o tyle najnowsza premiera Teatru Niewizualnego zredukowała, zgodnie z linią programową, wizualność do minimum. Zobaczyliśmy aktorów w zasadzie po spektaklu i udało nam się oklaskami wywabić ich na proscenium, jednak taki kontakt pozostawił niedosyt. Zgodziłem się później z Elą, że mogli odegrać słuchowisko przy odsłoniętej kurtynie. Z pewnością dodałoby to inscenizacji atrakcyjności. Zobaczylibyśmy w czasie rzeczywistym, jak powstają te wszystkie dźwięki. Może nie stanowiłoby to zaprzepaszczenia idei teatru, który stawia na audialność i wiarę w moc wyobraźni słuchacza. Dostarczyłoby natomiast nowych, niezwykłych przeżyć.

W obsadzie aktorskiej, obok wspomnianego już Arkadiusza Cyrana, znaleźli się: Dominika Skoczylas, Paulina Mikuśkiewicz, Kamil Dawid Gałuszka, Paweł Kutny. Pojawienie się tego ostatniego, niegdyś czołowego amanta Teatru Ad Spectatores, sprawiło nam (Eli i mnie) wielką radość. Ile to już lat minęło: dziesięć? jedenaście? Cieszymy się, że znów zobaczyliśmy Pana w świetnej formie, Panie Pawle. Pozdrawiamy serdecznie!

Jarosław Klebaniuk – Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski

Tytuł oryginalny

Dziewczyny chcą wlec chłopców za włosy

Źródło:

Teatr dla Wszystkich online

Link do źródła

Autor:

Jarosław Klebaniuk

Data:

07.06.2021