Logo
Recenzje

Dwoistość na jazzową nutę

16.10.2026, 14:50 Wersja do druku

„Osiecka. Dzikość serca” wg scen. Sandry Szwarc i w reż. Leny Frankiewicz w Teatrze Rampa w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.

fot. Marek Zimakiewicz

Osiecka, Osiecka, Osiecka... Dziewięćdziesiąta rocznica urodzin poetki z Saskiej Kępy skierowała na nią uwagę niejednej sceny teatralnej. I każda na swój sposób postarała się odbrązowić posągowy wizerunek Tej Osieckiej. Reżyserująca w Teatrze Rampa Lena Frankiewicz nie tyle zdjęła ją z artystycznego pomnika, ile grzmotnęła z całą siłą o bruk, by z czułością wydobyć spod spodu spalającego się w twórczych namiętnościach ułomnego człowieka. By pokazać odrapaną z politury sławy i wielkości, pogruchotaną niespełnionymi uczuciami kobietę, która doskonale zna swoje słabości, ale próbuje je ukryć, bagatelizować czy wykpić przed samą sobą. „Osiecka. Dzikość serca” w muzycznej odsłonie pokazuje cienie i blaski poszarpanego miłosnymi uniesieniami życia Agnieszki Osieckiej. Barwnego, kolorowego, cygańskiego, a przecież z dominującą przewagą cieni. Nieśmiertelna na scenie pozostaje tylko jej poezja.

Reżyserka wraz z autorką scenariusza Sandrą Szwarc przywołują Agnieszkę Osiecką zza grobu, by w swe 90. urodziny obejrzała koncert piosenek z własnymi tekstami. Właściwie trudno powiedzieć, czy była zaproszona, może wpadła nawet niezapowiedziana. Tak czy inaczej objawia się po kilku głębszych w teatralnej sali w osobie łudząco podobnej Magdaleny Kumorek, z jej charakterystycznym krokiem, gestem i błękitnymi oczami. Nie znaczy to jednak, że aktorka imituje swą bohaterkę, bawiąc się w „Twoja twarz brzmi znajomo”. Raczej kreśli jej prawdopodobny wizerunek po latach, wciąż nieuchwytną mozaikę zaprawionej alkoholem pewności siebie, poetyckiego geniuszu, rozbrajającego lęku i zdystansowanej do własnych przeżyć ironii. Wstawiona artystka, która, jak zapowiada Konrad Marszałek, „nauczyła nas kochać, tęsknić, odchodzić i wracać”, przejmuje scenę, by zainscenizować historię swojego życia – jego wzlotów i upadków, które zresztą przydarzają się jej na naszych oczach. Wbrew prośbom córki Agaty, czyli Magdaleny Pamuły, której punkt widzenia niejednokrotnie jeszcze przyjmiemy, Osiecka postanawia zrobić przedstawienie o sobie i z siebie. Potrzeba tylko dziewuszki, która zagra ją z czasów młodości. Równie trzpiotnej, bezkompromisowej, odważnej i z nieposkromionym apetytem na życie. Wraz z pojawieniem się wyluzowanej młodej Agnieszki, to jest Agaty Łabno (w roli głównej, rzecz jasna), następuje rozdwojenie naszej bohaterki, które towarzyszyć nam będzie już do końca spektaklu. Z jednej strony Osiecka Wspaniała – utalentowana artystka i oddychający pełnią życia wolny ptak o dzikim sercu. Z drugiej Osiecka Upadła – pogubiona, niedojrzała matka i rozbijająca się po barach alkoholiczka. Z zawsze obecną u boku córką.

Zaczynamy od rodzinnego domu w czasach głębokiego stalinizmu, wiecznie przestraszonej matki (Dominika Łakomska) i wymagającego ojca (Robert Tondera), którego idealizowany obraz roztrzaska się w drobny mak wraz z wyjściem na jaw romansu z Józefiną (Kamila Boruta-Marszałek). Agnieszka zgodnie z wytycznymi tworzy siebie, szukając coraz to nowych wyzwań. Korzysta z życia, balując, zakochując się i odkochując w mgnieniu oka. Podróżujemy wraz z nią przez kolejne związki – zwiedzamy zakamarki STS-u u boku Witka (Marek Zawadzki), za chwilę nurzamy się w dekadenckiej rozpaczy „proletariackiego księcia z bajki” Marka (Marcin Januszkiewicz), wpadamy na festiwal w Opolu, by zaszumiało w głowie, a za moment prosto z białego Porsche na krótkotrwały ślub z Wojtkiem (także Marek Zawadzki). Karuzela kręci się na całego. Aż przychodzi chwilowe opamiętanie. Komeda, Hłasko, Frykowski. Odchodzą. Pojawia się stateczny Daniel (Konrad Marszałek), a niedługo potem mała Agata, „dzidzio albo świnio”, w zależności od stopnia sprawianych problemów. Macierzyństwo przerasta jednak Agnieszkę, wtłacza ją w rolę, do której nie zamierza się dostosować. Jak zawsze. W końcu pakuje walizkę. Porywa ją Zbyszek. Na kilkanaście lat. A po rozstaniu, alkohol. Komitet Pocieszycielski w osobach Hanny, Elżbiety i Maryli wspiera, jak może, Agata stara się wyciągać matkę z barów. Ale Agnieszka nie chce być wyciągnięta. Woli towarzystwo Marzenki. Kim, u diaska, jest Marzenka? To już trzeba zobaczyć samemu.

Pamiętajmy jednak, że jesteśmy w Rampie, a to muzyczna opowieść o Osieckiej. Z ponad dwóch tysięcy jej piosenek twórczynie wybrały siedemnaście i mały bonus. Wszystkie utwory inteligentnie dialogują treścią z akcją spektaklu, budząc to szeroki uśmiech („Polska Madonna”), to tuptanie nóżką („Damą być” czy „Nie ma jak pompa”), to nostalgię (rewelacyjni „Okularnicy” Januszkiewicza, „Szukam wiatru w polu” Kumorek czy „Zielono mi”), to wreszcie prawdziwie przejmujący dreszcz. „Na całych jeziorach ty” w wykonaniu Magdaleny Pamuły jako odpowiedź na to, co chciałaby powiedzieć dziś matce Agata, wbija emocjami w fotel. Kosmiczna, ambientowo-klubowa „Wariatka tańczy” Marcina Januszkiewicza przy wtórze szalonych pląsów Magdaleny Kumorek to moim zdaniem najlepsza scena spektaklu, dodatkowo wspaniale osadzona dramaturgicznie. Brawa należą się Lenie Frankiewicz za dostosowanie repertuaru do możliwości wokalnych poszczególnych aktorów, dzięki czemu wszystkie piosenki brzmią znakomicie i zabłysnąć mogli nawet ci, którzy zwykle kryją się w cieniu. Spora w tym zasługa także niebotycznych, uwspółcześnionych, głównie jazzowych aranżów Mariusza Obijalskiego i wspaniałego wykonania zespołu Alka Łachacza. To, czego zabrakło mi w „Złym”, odnalazło się w „Osieckiej” – energia, rytm, synkopy, swing, tu jest wszystko na swoim miejscu. W drugiej części pojawiają się rytmy klubowe, nieco funku czy elektroniki oraz bliższe oryginałom melodie, ale to w końcu znak czasów – era Melomanów czy sekstetu Komedy odeszła już w zapomnienie. Ogarnięta jazzem i kolejnymi wybuchami uczuć, Rampa pulsuje także scenicznym ruchem – Agnieszka Kryst fantastycznie wplotła muzyczne rytmy i arytmię w choreografię, z Marka Zawadzkiego wydobyła tanecznego demona, zaś niemal pantomimiczna wizualizacja zamknięcia Osieckiej w macierzyńskim kołowrocie i próbach ucieczki od codzienności to prawdziwy majstersztyk. 

Agnieszka Stanula w pełni wykorzystuje scenograficznie także boczne przestrzenie sceny „na pożal się Boże Targówku”, gdzie odnajdziemy domowe zacisze pod jaskrawym neonem i barową ladę z dżinem bez toniku. W centrum pozostawia estradowy wybieg, za którym na podniesieniu widać grających muzyków, ale gdzie toczy się również niejednokrotnie akcja spektaklu. Scenografię uzupełniają pokazujące się co jakiś czas wizualizacje Mateusza Zielińskiego – te historyczne, nawiązujące do wydarzeń czy ludzi z życia Osieckiej, a także spektakularna finałowa projekcja ulatujących w kosmos ponadczasowych, gwiaździstych piosenek artystki. Kostiumy Stanuli wiernie oddają opisywaną epokę – nie zabraknie białego kożucha Hłaski, czerwonych szpilek, fancy okularów Elżbiety Czyżewskiej, ale to stroje scenicznej Maryli Rodowicz pozwoliły stylistce poszaleć. Szaleje w nich także Anna Mierzwa, która wyraźnie dobrze bawi się tym aktorskim wcieleniem, nie szczędząc głosu i dowcipu, gdy akcentuje tytaniczną pracę nóg przy choreografii. „Niech żyje bal” w jej wykonaniu przenosi nas pięknie i gorzko zarazem w inny wymiar. Kropkę nad „i” stawia Robert Mleczko, budując światłem nastrój i umiejętnie dopełniając jazzowo rozedrgany klimat wieczoru.

Lena Frankiewicz podkreślała, że ten spektakl powstał z jej miłości do jazzu i Osieckiej. I to widać. A że w teatrze Frankiewicz nie ma miejsca na półśrodki, to efekt jest imponujący. Misternie poskładany aktorsko, wokalnie, muzycznie, dramaturgicznie i wizualnie w perfekcyjny teatralny mechanizm, który nie pozwala oderwać od siebie wzroku i słuchu. „Osiecka. Dzikość serca” skrzy się migotliwie w takt niełatwego scenariusza życia tytułowej bohaterki. Czasem rozbraja humorem, skręca gdzieś w weselszą stronę, za chwilę bezczelnie gubi przyzwoitość, by zatrzymać się na porywie serca i znów nieposkromienie pędzić ku wolności. Czasem zanurza się w bardziej lirycznych, melancholijnych tonacjach, a często i w mrokach wewnętrznych demonów – trudnych relacji z ojcem, niespełnionego macierzyństwa czy kojącego ból alkoholu. Spektakl nie gloryfikuje ani nie usprawiedliwia Osieckiej. Prędzej odcina się od jej serialowego wizerunku „mdłej panienki z notesikiem”, pokazując kobietę z dzikim apetytem na życie, ciągle uciekającą w bok, działającą na własnych zasadach, nie dość kochającą i nie dość kochaną. Artystkę, której „pisało się łatwo, a żyło trudno”. Dwoistą i nieokreśloną. Pogubioną, a nie żałującą niczego. Po której zostały nam niezapomniane teksty piosenek.

Bez nich zaś nie byłoby Maryli. I Sylwestra. Strach pomyśleć.

Tytuł oryginalny

Dwoistość na jazzową nutę - "Osiecka. Dzikość serca" w Teatrze Rampa, recenzja

Źródło:

NaszTeatr

Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także