„Bal w operze” Juliana Tuwima w reż. Artura Barcisia w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Anna Czajkowska.
Z bezkompromisowym, prowokującym pamfletem „Bal w operze” Juliana Tuwima, zaliczanym do najbardziej intrygujących tekstów apokaliptycznych (między innymi przez Czesława Miłosza), postanowił się zmierzyć Artur Barciś i w ten sposób, jak sam przyznaje, spełnił swoje marzenie, zrealizował pomysł, który towarzyszył mu od lat. Powstały w 1936 roku poemat przez Miłosza określony jako „gwałtowna satyra polityczna napisana przez człowieka zrozpaczonego”, w której „odraza autora zwraca się nie tylko do danego ustroju, lecz do społeczeństwa ludzkiego w ogóle”. Dzisiaj, po dziewięćdziesięciu latach od powstania, owo dzieło wciąż zdaje się ważnym, aktualnym i wartym głębszej refleksji głosem w dyskusji na temat kondycji społeczeństwa i jednostki ludzkiej.
Brutalny obraz tego, co aktualnie dzieje się na świecie, karykatura działań polityków, rozpętywanych przez nich wojen i tych, którzy ślepo za nimi podążają, Artur Barciś przedstawił w formie monodramu. Aktor w eleganckim garniturze, w białych rękawiczkach, z twarzą pomalowaną na wzór mima, umiejętnie wprowadza widzów w labirynt między formami, pod groteską i pozornie błazeńskim tonem ukrywając poważne pytania dotyczące presji społecznej i wszechobecnej kontroli, zagrażającej wolności osobistej. Z ironią i cynizmem wyśmiewa powszechną grę pozorów i kult pieniądza. Barciś jest w tym spektaklu wszystkim – narratorem, komentatorem, zapewne mistrzem ceremonii, cyrkowym akrobatą, szalejącym aktorem rewii czy kabaretu. Od momentu pojawienia się na scenie nieskończone pokłady energii pozwalają mu wyczyniać zaskakujące żywiołowością ruchy, skakać, biegać, ześlizgiwać się po rurze. I choć bawi i cieszy, ani na chwilę nie popada w przesadę, nie staje się klaunem. Przeciwnie, budując własny, teatralny mikrokosmos znakomicie wciela się w bohatera – autora, absolutnego władcę w świecie poematu. Podziwiam klasę, z jaką aktor interpretuje tekst, zatrzymując uwagę widza poprzez pauzy, podkreślając tonem głosu - czasami szeptem, innym razem głośno i dobitnie - istotę monodramu. Jego występ to w zasadzie mini show, z elementami teatru fizycznego, makabreski, parodii, zabawy słowem. Reżyser bez odrobiny fałszu prowadzi wewnętrzny monolog z sobą, czasem rozmawia z niewidocznym otoczeniem, a ostrości spektaklowi dodają cytaty z „Apokalipsy św. Jana”, które zapowiadają totalne zniszczenie i nieuchronny koniec.
„Bal w operze” ma budowę nieregularną i nietypową formę, podzielony jest na jedenaście części, które składają się ze strof o różnej liczbie wersów, w tym złożonych z zaledwie jednego słowa. W kolejnych częściach monologu Barciś korzysta z bogactwa środków stylistycznych autora, swobodnie radzi sobie z zestawieniem różnych porządków językowych, charakterystycznych dla poezji Tuwima, na przemian wypowiada wyszukane słowa, potem wulgaryzmy i kolokwializmy, którymi poeta wypełnił tekst. Nadaje własny, ekspresyjny i dynamiczny charakter poematowi, uwypuklając liczne wykrzyknienia oraz neologizmy. Niegramatyczne zdania, pourywane słowa, liczne zbitki głosek przypominające niestaranną mowę potoczną dobrze wpisują się w katastroficzny i ironiczny charakter widowiska. Recytację ułatwiają aktorowi zdecydowany rytm i melodyjność utworu, autor wyraźnie naśladuje linię melodyczną kompozycji jazzowych („jazz w blask grzmiąc furioso”). I ten element doskonale wykorzystuje reżyser i zarazem wykonawca. W scenicznym monodramie oryginalna muzyka Jerzego Satanowskiego jest integralną częścią całości, pomaga w posuwaniu akcji i zatrzymywaniu jej, ilustruje językową warstwę tekstu, przez co wywołuje silne emocje u widza. Barwne światła Waldemara Zatorskiego kierują uwagę i wzrok na ciekawą scenografię Wojciecha Stefaniaka, tajniaków w postaci kukieł i niezwykłe, wymowne wizualizacje Franciszka Barcisia.
Adaptacja skandalizującego tekstu poety, niejednoznaczna, zagadkowo-symboliczna, pokazuje okrucieństwo, absurdalność poczynań polityków oraz obawę o stabilność naszego świata kultury. I nadal nie widać cienia nadziei na zmiany…