Logo
Recenzje

Dwa kolory mikrokosmosu

26.10.2026, 10:41 Wersja do druku

„Lalka” wg Bolesława Prusa w chor. Grzegorza Brożka w Operze na Zamku w Szczecinie. Pisze Benjamin Paschalski na swojej stronie.

fot. Walendi Photo

Jesień bieżącego roku należy do Bolesława Prusa. Za sprawą jego powieści Lalka rozgorzała narodowa (powiedzmy w mediach społecznościowych szczególnie) wymiana myśli o nowych produkcjach filmowych owego tytułu. Z jednej strony serial Pawła Maślony na podstawie współautorskiego scenariusza napisanego z Jagodą Dutkiewicz i Pawłem Demirskim. Jestem wielkim admiratorem owego przedsięwzięcia stawiającego opór utrwalonym schematom i wyobrażeniom. Owszem to raczej inspiracja dziełem literackim na rzecz skonstruowanej nowej narracji, która odarta z lukru i powabu obrazka Warszawy, z drugiej połowy dziewiętnastego wieku, przybiera obraz brudu i specyficznej rzeczywistości ówczesnego świata. Wielu oburza się brutalnością czy dosadnością słownictwa arystokracji - ale po co owe zdziwienia, jak to zapewne byli ludzie z krwi i kości, a nie powściągliwe marionetki dziecięcego pokoju. Na przeciwległym biegunie znajduje się kinowa wersja przygotowana przez Macieja Kawalskiego. Rozciągnięta do granic możliwości, przeraźliwie nudna, w ciemnych barwach i niedociągnięciach historycznych, ratuje się doborową obsadą. Trudno doszukać się motywacji owego przedsięwzięcia będącego raczej odrobieniem zadania lekturowego niż arcydziełem dużego ekranu. Nie do końca jasne są motywacje owej ekranizacji, która w żaden sposób nie wytrzymuje próby porównań z dziełem Wojciecha Hasa. Do owego katalogu należy dodać ostatnie przedsięwzięcie teatralne z warszawskiego Dramatycznego przygotowane przez Mikitę Iłynczyka. W dość zaskakującej interpretacji handel i Rosja stają się nadrzędnymi elementami w życiorysie Wokulskiego w rzeczywistości przyfrontowej współczesnej stolicy.

Owe przykłady można mnożyć z musicalową wersją Wojciecha Kościelniaka z gdyńskiego Teatru Muzycznego włącznie. I należy zauważyć, że każdemu twórcy przyświecał określony cel, idea, nawet banalna jak we współczesnej superprodukcji, będąca odmiennym spojrzeniem na literacki pierwowzór. To bardzo dobrze. Ukazuje bowiem, że jedno dzieło może stać się niezwykle inspirujące i nie tracące na atrakcyjności we współczesnym świecie. Do owego grona nowych przedsięwzięć inspirowanych Lalką dołączyła Opera na Zamku w Szczecinie. W tym przypadku to inicjatywa taneczna, dość zaskakująca i niejednoznaczna pod wieloma względami. Choreograficznie przygotował je szef baletu Grzegorz Brożek we współudziale dramaturga, niegdysiejszego kierownika tutejszej formacji tańca - Karola Urbańskiego. Z owego zawodowego mariażu wyszedł projekt mający duże aspiracje innowacyjności, ale niekonsekwentny i niespójny. To trochę jak wytyczony jasny szlak podróżniczy, ale ze skrętami w boczne, ślepe alejki.

Nie należy mieć zastrzeżeń, że główni twórcy poszukują oryginalności - skonstruowania odmiennej opowieści. Punktem wyjścia stało się stwierdzenie Wokulskiego o obrazie zamieszkujących miasto, że to robaki (mieszczaństwo i biedota) oraz motyle (arystokracja). I właśnie owe ujęcie stało się definiujące dla ukazania dwóch wspólnot, nie tyle rywalizujących co wykształconych w procesie historycznym. Zapewne nieświadomie owa narracja zaczyna układać się jak teoria marksistowska powstania państwa. W owym ujęciu mamy dwie rywalizujące grupy, skonstruowane w procesie dziejowym - posiadaczy i pozbawionych środków produkcji. Zaczyn rewolucyjny pobrzmiewa w wykonaniu, a pierwszym, który pragnie wydostać się z owego nie tyle opresyjnego co jednorodnego, plugawego świata jest Wokulski. Owa potencjalna zmiana społeczna ma odmienić rzeczywistość i skonstruować nowy świat jedności - powrotu do pierwotności. Ową interpretację nasuwa początkowa scena, którą tworzy wielka masa ludzka zunifikowana w kole pod płachtą jednorodności, a następnie rozbijająca a się na pojedyncze atomy egzystencji. Zatem mamy uprzywilejowanych (ubrane na różne odcienie czerwieni motyle) oraz masę (szara grupa robaków). Aspiracje jednostki - choć posiadającej majątek wyrwania się z owego jednolitego świata spełzną na niczym. Bowiem to urodzenie definiuje na wieki status społeczny, którego nie może zniwelować nawet największe bogactwo. Owa struktura jest zamknięta, a ruchliwość ograniczona. Niczym obrazek z Korei Północnej - utrwalonego podziału, choć w narracji otwartości i możliwości indywidualnego rozwoju. Brożek z Urbańskim tworzą obraz hamowania aspiracji, utraconych szans i ambicji, które nigdy nie zostaną urzeczywistnione.

Wydaje się, że pierwotny zamysł ukazania grupowego podziału był słuszny i ciekawy. I rozwija się on w sekwencjach zespołowych, dobrze poprowadzonych, choć schematycznych i powtarzalnych. Ale uniwersalizm świata owadów, wzorowany zapewne na dokumencie przyrodniczym Mikrokosmos, gdzie postaciami, niczym aktorami stały się mikroskopijne stworzenia łąki i wody, poczyna być przetykany realizmem postaci w ludzkim kostiumie. To poważny brak logiki, niespójność i niekonsekwencja. Nie do końca staje się jasnym po co twórcy przełamują ową metaforyczną grę natury na rzecz ukazania człowieczych postaci. Nie pomaga w tym układ, który jest dziki i drapieżny, siłowy i akrobatyczny, ukazujący właśnie świat zwierzęcy, a nie społecznej egzystencji. Owe pomieszanie światów gmatwa widzom w głowie, którzy są zagubieni, gdyż w jednej chwili znajdują się w kosmosie owadów, co wspierają projekcje autorstwa Mateusza Kokota, a już za chwilę kroczą ulicą miasta też ukazaną w wizualizacjach. Zresztą owe trącą trywialnością i niekiedy nie oddają ducha tego czego oczekiwałby choreograf. W jednej ze scen można odnieść wrażenie, ze znajdujemy się w rewolucyjnym Piotrogrodzie, a sklep Wokulskiego wygląda jak wyjęty z bajki Andersena. Niestety nie mają one siły oryginalności, są raczej zbliżone do wytworów sztucznej inteligencji.

Tym czym wygrywa przedstawienie to właśnie zespołowość i układy dla całej formacji. Choć wtórne względem siebie mają czar ukazania indywidualnej kreski Brożka. Jest ona mocna, trudna i nie pozostawiająca wytchnienia artystom. Jednak ów idealizm kolektywu zanika wraz z wkroczeniem i chęcią ukazania linearnej opowieści o Stanisławie Wokulskim (Paweł Wdówka) i jego drodze do potencjalnego szczęścia w innym świecie społecznego statusu u boku wybranej kobiety Izabeli Łęckiej (Aleksandra Januszak-Kacperska). I tu pojawiają się problemy. Jeżeli męski bohater iskrzy dobrą techniką, zrozumieniem postaci i poprawnym wykonaniem to tego już nie możemy powiedzieć o jego wybrance serca. Ubrana w czerwony kostium, cały czas uśmiechnięta, trywialna podlotka, wygląda raczej jak paryska kokota udająca się do Moulin Rouge na zdobycie kolejnego amanta. Nie ma w niej żadnej tajemnicy, dwuznaczności, nieokreśloności. Gdzieś wyparował czar sekretu i pewności siebie reprezentowania uprzywilejowanej klasy społecznej. Smutno patrzy się na ów obraz niemocy i pomylenia scenicznych postaci. Wielkie brawa należą się również Ignacemu Rzeckiemu (Patryk Kowalski) oraz Kazimierzowi Starskiemu (Giulio Refosco), którzy świadomi swoich wykonywanych ról są świetnymi przykładami przyjaciół oraz kochanków. Z grona pań należy wyróżnić Kazimierę Wąsowską (Boglarka Novak-Brożek) będącą opozycją wobec bezradności Łęckiej. Świadoma swojej pozycji, rangi, uprzywilejowania wręcz błyszczy w duecie z Wokulskim. Owa prezentacja ma klasę i jakość. Mankamentem pozostanie brak pogłębienia rysu postaci, pojawiają się one nagle i równie szybko znikają. Twórcy przedstawienia zbyt mocno wieżą w znajomość pozycji książkowej odbiorców, że będą w stanie dopasować poszczególne postaci do bieżącej, scenicznej akcji. To błędne założenie. Owszem skróty są konieczne, ale nie mogą one niweczyć logiki opowieści.

Tło dla owego świata stanowią wspomniane projekcje oraz dwubarwne kostiumy autorstwa Zuzanny Markiewicz. Brakuje jakichkolwiek rekwizytów ukazujących świat luksusu, powodzenia, bogactwa. Tancerze wykonują układ na boska w technice współczesnej. I tu kolejne znaki zapytania. Dla znawcy to oczywistość, a dla laika swego rodzaju komediowe ujęcie ukazujące biedne przedstawienie, w którym zabrakło środków dla pełnych kreacji. To szczególnie istotne gdy wprowadza się klasyczny strój, a nie dokonuje jego uniwersalizacji. Pomogłaby w tym jasna koncepcja ukazania tylko świata przyrody, a nie dążenie do społecznej penetracji dawnej obyczajowości. Powtarzając: ujęcie metaforyczne charakteryzowałoby się oryginalnością i odmiennością, gdzie nie należałoby głęboko wgryzać się w świat indywidualnych postaci, ich tła i kolorystyki. Dążenie do ukazania rzeczywistych bohaterów wywiedzionych z książki Prusa stało się pułapką, gdyż brakuje ich rysu psychologicznego i emocjonalnego. Brożek pragnie ukazać zespołowość, rywalizację grup, ale gdy pomysł zaczyna się rozwijać to go niweczy na rzecz romansidła, a nie realnych relacji. Świat owadów wydawał się bezpiecznym kluczem, ale pozostał jedynie muśnięciem. Ryzyko w sztuce jest konieczne. Tym razem go zabrakło. Wygrała sztampowa powierzchowność.

Satysfakcji nie przyniosła gra orkiestry pod kierunkiem Kuby Wnuka. Wybór utworów polskich kompozytorów: Mieczysława Karłowicza i Zygmunta Noskowskiego należy uznać za interesujący, choć nieoczywisty. Tradycja późnoromantyczna i młodopolska wymaga skontrastowania, interpretacji, uczuciowości, a przede wszystkim przemyślenia czym ma być dla wizji choreograficznej. Wydaje się, że jest ona oderwana od scenicznej prezentacji, stając się pustą grą dla samej siebie. W niektórych fragmentach brakuje delikatności, a zasada głośno i równo jest nadrzędna w interpretacji kompozycji. Orkiestry dęte są ciekawe, ale nie koniecznie w operze - raczej podczas defilad i marszowych uroczystości. To trochę jak potęga Mahlera i Straussa nieadekwatna dla polskich utworów pełnych delikatności i subtelności.

W Szczecinie powstało polemiczne widowisko, które miało szansę oryginalnego konceptu wywiedzionego z Lalki Bolesława Prusa. Zabiła je zachowawczość i nie do końca przemyślana koncepcja, w którym kierunku ma zmierzać: realizmu czy abstrakcji. Grzegorz Brożek posiada własny, indywidualny język wypowiedzi ruchowej, lubi pracę zespołową, ale przed nim droga do budowania klarownej narracji. A może lepiej pozostać w bezpiecznej nieokreśloności pozostawiającej więcej pola dla kreatywności i inwencji? Początek przedstawienia to chaos, narodziny różnorodności, świata kontrastów i różnic. I ten punkt widowiska stał się rozdrożem ścieżki artystycznej dla przedstawienia. Można było pójść na skróty - co jest korzystniejsze, ale wybrano krętą i zawiłą drogę, która okazała się pułapką i nie pełnym spełnieniem.

Tytuł oryginalny

Dwa kolory mikrokosmosu

Źródło:

benjaminpaschalski.pl

Link do źródła

Autor:

Benjamin Paschalski

Data publikacji oryginału:

26.10.2026

Sprawdź także