„Zaklinanie węży w gorące wieczory” Małgorzaty Żarów w reż. Jana Jelińskiego w Teatrze Dramatycznym im. Gustawa Holoubka w Warszawie. Pisze Szymon Białobrzeski w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena recenzenta/tki: (3/10) – słaby
Są spektakle, które oburzają ryzykownością, i takie, które nużą bezradnością. „Zaklinanie węży w gorące wieczory” należy do tej drugiej kategorii.
Jan Jeliński prezentuje historię znaną wielu czytelnikom z książki Małgorzaty Żarów. To opowieść o przeżyciach pracownicy seksualnej, która przechodzi od zarabiania pieniędzy na kamerkach do występu w filmie pornograficznym. Ten ma znacząco wpłynąć na jej życie. Akcja odbywa się w Warszawie – równie złowieszczej, co pociągającej – przynajmniej tak wynika z opisów autorki.
Wbrew deklaracjom Jelińskiego Warszawa nie jest pełnoprawną bohaterką spektaklu. Wręcz przeciwnie – zostaje sportretowana głównie za pomocą filmików puszczanych widzom w trakcie przedstawienia, zresztą nie tylko ona. Reżyser nie wykorzystuje ekranu jako urozmaicenia wizualnego, lecz jako alternatywę dla interesującej inscenizacji. W efekcie przemieszczanie się bohaterów, ich rozmowy czy bardziej agresywne konflikty często prezentowane są poza sceną.
Jedyny przypadek, kiedy ekran ma swoje praktyczne zastosowanie, to streamowanie pracy seksualnej. Bohaterka wygina głowę na wszystkie strony, zmienia mimikę, oddala się i zbliża na życzenie klienta. To zabieg prosty, ale skuteczny.
Poza ekranem niestety nie jest lepiej. Inscenizacja zawodzi. Aktorzy często zmuszeni są do statycznego deklamowania fragmentów książki, desperacko przerobionych na dialogi. Kiedy pozwala im się na ruch, wykonują gesty infantylne bądź niezdarnie symboliczne. Przemieszczają się, robiąc fikołki, wykonują ruchy frykcyjne podczas rozmowy czy pokazują sobie serduszka.
Wyjątek stanowi moment zbliżenia między główną bohaterką a nowo poznanym mężczyzną. Nie kipi ono może erotyką, ale w nietypowy sposób pokazuje ekspresję postaci, co wyróżnia się na tle pozostałych scen.
Nie trafia do mnie również warstwa estetyczna przedstawienia. Wielkie ręce budzą jeszcze minimalne zainteresowanie, a nawet bywają funkcjonalne. Zmultiplikowane zdjęcia węży, wypełniające niemal całą scenę, zawodzą. Przypominają projekt koszulki z taniego sklepu odzieżowego – w bardzo ostentacyjny sposób eksponują warstwę symboliczną, przez co szybko stają się groteskowe.
Najbardziej boli jednak powierzchowność omawianego tematu. Wydaje się, że reżysera nie interesuje intymność, moralność ani nawet seksualność bohaterki. Znacznie mocniej eksponuje wątek kręcenia filmu pornograficznego z nieznanym nikomu reżyserem czy seksualne fiksacje poszczególnych klientów. W połączeniu z problemami formalnymi spektakl staje się pusty – nie uwodzi nas, jak bohaterka swoich klientów, nie pokazuje jej rozterek, a zagrożenia prezentuje niezwykle powierzchownie.
Jeżeli byliście już na spektaklu, zadajcie sobie pytanie: czy jako widzowie poczuliście coś, co sprawiło, że ludzie z omawianej branży są wam bliżsi? Czy dowiedzieliście się nowych informacji o ich pracy, dylematach i trudach? A może poszerzyło się wasze spojrzenie na osoby korzystające z usług seksualnych? Wątpię.
Jeliński jest świadomy ciągłej performatywności współczesnego świata, ale rzadko zastanawia się nad tym, co znajduje się poza nią. Jeśli już to robi, ogranicza się do literackich monologów albo prymitywnych gestów. Zachęcam do wysłuchania losowego podcastu z pracownicą niebieskiej platformy – być może bez teatralnie wygładzonych znaków łatwiej będzie wyłuskać z niego chwile szczerości.