„Podróżnicy” Teatru Akt na Festiwalu Teatrów Ulicznych OFF ART w Radzyminie. Pisze Wiesław Kowalski.
Są spektakle, które zaczynają się w chwili zgaszenia świateł. Są też takie, które zaczynają się znacznie wcześniej — od pierwszego spojrzenia aktora na widza, od pojawienia się niezwykłej postaci w przestrzeni, od gestu, który mówi: „chodź za nami”. „Podróżnicy” Teatru Akt należą właśnie do tej drugiej kategorii. W Radzyminie, podczas Festiwalu OFF ART, nie tyle obejrzałem spektakl, ile dałem się wciągnąć w jego rytm. I chyba właśnie na tym polega największa siła tego przedstawienia: ono nie pozwala długo pozostać wyłącznie widzem.
Teatr Akt od ponad trzech dekad konsekwentnie udowadnia, że teatr nie musi mieć kurtyny, czerwonych foteli ani nawet wyraźnie wyznaczonej sceny. Założony przez artystów wywodzących się z tradycji polskiej szkoły pantomimy, przez lata nauczył się mówić ze sceny przede wszystkim obrazem, gestem i ruchem. W jego przedstawieniach spotykają się pantomima, taniec, elementy cyrku, muzyka i happening, ale żaden z tych elementów nie jest jedynie ozdobą. „Podróżnicy” są pod tym względem spektaklem bardzo charakterystycznym dla Aktu, ale zarazem pokazują, że ten język wcale się nie zestarzał. Przeciwnie — wciąż potrafi zaskoczyć.
Tym razem punktem wyjścia jest podróż. Nie jako opowieść o konkretnym miejscu, do którego należy dotrzeć, ale jako stan ducha. Kilku ekscentrycznych podróżników rusza przed siebie, a wraz z nimi rusza publiczność. Można w tym znaleźć echa Verne'a, Wellsa, steampunkowej fantazji o maszynach i podróżowaniu poza granice zwyczajnego świata, ale przedstawienie nie jest ilustracją żadnej książki. Bardziej interesuje je sama idea drogi: zmiany, spotkania, przypadkowości i przekraczania granic. I właśnie dlatego bardzo dobrze działa w przestrzeni Radzymina.
Domek Ogrodnika nie jest przecież klasyczną sceną, a otoczenie nie zostało przez teatr całkowicie „wyczyszczone” z codzienności. Akt wykorzystuje tę niedoskonałość przestrzeni jako atut. Widz nie ma poczucia, że został zamknięty w sztucznie skonstruowanym świecie. To świat przedstawienia przychodzi do niego i zaczyna przeobrażać jego najbliższe otoczenie.
Najbardziej efektownym elementem „Podróżników” są oczywiście obrazy. Teatr Akt ma szczególny talent do budowania scenicznych kompozycji, które można zapamiętać jak fotografie. Kostiumy są fantazyjne, ale nie są wyłącznie dekoracyjne. Steampunkowa stylistyka daje aktorom charakterystyczne sylwetki, trochę retro, trochę futurystyczne, chwilami groteskowe. Pojazdy, rekwizyty i rozbudowane elementy scenograficzne sprawiają natomiast, że spektakl ma skalę znacznie większą, niż można by się spodziewać po niezależnym teatrze.
A jednak najważniejszym „urządzeniem scenicznym” pozostaje aktor. To szczególnie dobrze widać w scenach, w których wykonawcy pozostają niemal całkowicie poza słowem. Aktorzy Aktu nie muszą objaśniać swoich postaci. Potrafią zrobić to ruchem, zatrzymaniem, spojrzeniem, rytmem ciała. W „Podróżnikach” pantomima nie jest muzealnym eksponatem z historii teatru, lecz żywym narzędziem komunikacji. Co więcej, jest komunikacją wyjątkowo demokratyczną: rozumie ją dziecko, przypadkowy przechodzień i widz, który o teatrze ulicznym wie niewiele.
Podoba mi się również to, że Akt nie traktuje publiczności jak dekoracji. Interakcja jest tutaj czymś więcej niż standardowym „wyjdźcie państwo z widowni”. Aktorzy potrafią obserwować ludzi, reagować na ich zachowania, prowokować odpowiedź, a następnie wykorzystać ją w budowaniu kolejnego momentu spektaklu. Dzięki temu pojawia się element ryzyka. Nigdy nie ma pełnej pewności, co wydarzy się za chwilę. Publiczność może zostać zaskoczona, ale równie dobrze sama może stać się źródłem zaskoczenia. To jedna z największych wartości teatru ulicznego i jedna z rzeczy, których najbardziej brakuje teatrowi instytucjonalnemu.
W „Podróżnikach” bardzo ważną rolę odgrywa muzyka. Nie jest jedynie ilustracją ruchu, lecz współtworzy atmosferę wyprawy i nadaje poszczególnym scenom odpowiedni puls. Muzyka pozwala też aktorom przechodzić od pantomimy do tańca, od sceny niemal filmowej do happeningu. Ruch sceniczny jest dzięki temu różnorodny: raz precyzyjny i choreograficzny, raz komiczny, innym razem niemal oniryczny.
Szczególnie zapada w pamięć sekwencja z fragmentami map i parasolkami. To jeden z tych momentów, w których Akt pokazuje, że nie potrzebuje rozbudowanej technologii, żeby stworzyć widowisko. Prosty przedmiot zostaje przekształcony w element choreografii i plastycznej kompozycji, a mapa — przedmiot kojarzący się przecież z orientacją, kierunkiem i planowaniem — zaczyna funkcjonować niemal jak sceniczny materiał. Parasole dopełniają obrazu, nadając mu lekkość, rytm i pewną surrealistyczną elegancję. Patrzyłem na tę scenę przede wszystkim jak na obraz, ale jednocześnie miałem świadomość, że ten obraz powstaje tu i teraz, w bezpośrednim kontakcie z nami. To właśnie w takich chwilach „Podróżnicy” są najbardziej przekonujący. Bo nie próbują opowiadać wszystkiego słowami. Zamiast tego proponują serię wizualnych impulsów, z których widz może zbudować własną opowieść. Raz jest w nich komizm, raz zachwyt, raz pewna melancholia. Pod powierzchnią steampunkowego kostiumu i efektownej ulicznej zabawy kryje się przecież całkiem poważna myśl: człowiek jest w drodze, a najważniejsze rzeczy wydarzyć się mogą nie u kresu podróży, lecz pomiędzy jednym punktem a drugim. W tym sensie „Podróżnicy” dobrze wpisują się w długoletnią działalność Teatru Akt.
Motyw drogi jest niemal organicznie wpisany w historię tego zespołu. Akt przez lata podróżował ze swoimi przedstawieniami po Polsce i świecie, występował na ulicach, placach, festiwalach i w miejscach, które nie zostały stworzone z myślą o teatrze. Powstawały widowiska o mitach, naturze, cywilizacji, przemijaniu, marzeniach i wolności. Zmieniały się tematy, partnerzy artystyczni i przestrzenie, ale pozostała wiara w aktora i w bezpośrednie spotkanie z widzem.
„Podróżnicy” nie są więc nagłym eksperymentem. Są raczej kolejnym etapem drogi, którą Teatr Akt rozpoczął jeszcze pod koniec lat osiemdziesiątych. I może właśnie dlatego przedstawienie ma w sobie coś szczególnie autentycznego. Akt nie udaje teatru ulicznego. To jest teatr ludzi, którzy przez dziesięciolecia nauczyli się, jak funkcjonować w otwartej przestrzeni, jak zdobyć uwagę widza bez pomocy tradycyjnej scenografii i jak utrzymać napięcie wtedy, gdy wokół dzieją się rzeczy całkowicie nieprzewidywalne.
W Radzyminie było to dobrze widoczne. „Podróżnicy” mają widowiskowość, ale nie są pustym widowiskiem. Mają efektowne kostiumy, pojazdy i rekwizyty, ale za tym wszystkim stoi bardzo konkretna technika aktorska. Mają humor, ale nie rezygnują z refleksji. Mają kontakt z publicznością, ale nie sprowadzają go do taniej zabawy.
Najbardziej cenię jednak coś jeszcze: lekkość. Po ponad trzydziestu latach działalności Teatr Akt wciąż potrafi bawić się formą. Nie sprawia wrażenia zespołu, który musi za wszelką cenę udowadniać swoją artystyczną powagę. Może założyć absurdalny kostium, wyjechać na niezwykłym pojeździe, otworzyć parasol, rozwinąć mapę i zaprosić widzów do wspólnej wędrówki — a chwilę później zostawić ich z myślą, że być może sami zbyt długo stoimy w miejscu. I dlatego „Podróżnicy” są spektaklem, który najlepiej oglądać nie z dystansu, lecz z gotowością na uczestnictwo.
Teatr Akt przypomina, że teatr może wydarzyć się wszędzie. W parku, na ulicy, przed budynkiem, na placu, w przestrzeni pozornie nieprzeznaczonej do sztuki. Wystarczy kilku dobrych aktorów, wyobraźnia, muzyka, kilka przedmiotów i publiczność, która zgodzi się na chwilę zmienić swoje przyzwyczajenia. Wyruszyć. Bo w „Podróżnikach” najważniejsze rzeczywiście nie jest to, dokąd dojdziemy. Najciekawsze jest to, co wydarzy się po drodze — między aktorem a widzem, między zwyczajną przestrzenią a teatralnym obrazem, między tym, co zaplanowane, a tym, co właśnie wydarza się po raz pierwszy.
Po takim spektaklu trudno wrócić do zwyczajnego chodzenia. Przynajmniej przez chwilę.