22.02.2021, 15:32 Wersja do druku

Dramat chrześcijański widzę ogromny

Czy jest dziś możliwy polski dramat chrześcijański (mnie szczególnie interesuje katolicki), to znaczy taki, który cały przejęty jest myślą wypływającą z nauki Chrystusa, a dodatkowo – nauką Kościoła katolickiego? Przy czym nie chodzi mi o dramat stricte religijny, tylko o „zwykły”, świecki utwór, jednakże napisany w ten sposób, aby odbiorca od razu mógł o nim powiedzieć: „tak, to jest dramat katolicki”. Pisze Jarosław Jakubowski w felietonie dla portalu Teatrologia.info.

Pamiętnik wiejskiego proboszcza Georgesa Bernanosa i jego filmowa adaptacja Roberta Bressona, a także Nazarin Luisa Buñuela to wybitne dzieła, których bohaterami są księża katoliccy, ale nie to czyni je „katolickimi”, tylko takie a nie inne widzenie świata i człowieka przez ich twórców. I u Bernanosa-Bressona, i u Buñuela tematem jest moc, która ćwiczy się w słabości. Bohaterowie, skromni księża rzuceni w trudne środowisko, muszą mierzyć się z oschłością serc oraz z własną słabością i zwątpieniem. Trudno z czysto ludzkiego punktu widzenia powiedzieć, czy wygrali, czy też ponieśli klęskę. Bo jeśli miarą sukcesu jest wzmocnienie potęgi Kościoła, to przecież i jeden, i drugi nie okazali się skutecznymi misjonarzami. A mimo to zasiali w swoim otoczeniu ziarno niepokoju, z którego być może wzrośnie nowe drzewo wiary.

Dobry chrześcijanin, a więc również dobry katolik powinien z całych sił starać się naśladować Chrystusa. Powinien kochać Jego Matkę – Maryję i Kościół powszechny, który jest mistycznym ciałem Chrystusa. Powinien jednocześnie mieć świadomość, że każdy człowiek powołany jest do świętości. Dodajmy do tego umiejętność współczesnego czytania opowieści biblijnych, a także przyjęcie za swoje prawd wiary, systemu nakazów i zakazów właściwych wspólnocie Kościoła, skonfrontujmy to ze światem rządzonym przez Księcia Ciemności, a otrzymamy wspaniały zaczyn dramatu katolickiego. Nie musi to być opis zmagań „biednego chrześcijanina” o ocalenie swojej duszy, choć oczywiście w ostatecznym rachunku o duszę idzie gra. Bohaterem może być dobry chrześcijanin albo ktoś zgoła niedobry, kto odkrywa że może być dobrym chrześcijaninem. Odkrywa to pod wpływem jakiegoś wydarzenia albo spotkania z kimś, kto odmienia jego życie. Odmienia, czyli nie daje nowego, ale pokazuje że życie może być inne, lepsze. Dramat katolicki to dramat z morałem, a najlepiej, kiedy cały jest moralitetem.

Chrześcijan to człowiek, który jest bardzo prosty, naturalny, prawdziwie ludzki. Taki też powinien być bohater dramatu chrześcijańskiego, dramatu katolickiego. Łatwo takiego człowieka i taki dramat ośmieszyć, ponieważ zanikła przestrzeń, w której taki dramat mógłby się w pełni objawić i wybrzmieć. Polski dramat w swej dużej części od lat nie jest zainteresowany tematyką duchową, metafizyczną, o religijnej nie wspominając. Jeśli już bierze się za taki temat, to tylko po to, żeby poddać go ideologicznej obróbce. Kościół katolicki słusznie jest obwiniany o wiele grzechów, ale dramat prawdziwie chrześcijański nigdy nie odrzuci Kościoła, ponieważ Kościół jest naturalnym środowiskiem chrześcijanina. Tymczasem współczesny dramat za wszelką cenę stara się udowodnić, że Kościół nie jest człowiekowi potrzebny do tego, aby być dobrym. Dramaturdzy posiłkują się przy tym poprawnością polityczną zamiast moralnością chrześcijańską, a więc nie Dekalogiem, nie Pięcioma Przykazaniami Kościelnymi, nie całą resztą zasad ewangelicznych, ale płynnym zbiorem publicystycznych haseł, naciąganym według bieżących potrzeb rewolucji obyczajowej. Chciałbym takiemu dramatowi powiedzieć wyraźnie: „w…ć”, ale oczywiście jako chrześcijanin zamiast używać wulgaryzmów pomodlę się o nawrócenie dramatu postchrześcijańskiego, który jest jawnie antychrześcijańskim, ponieważ boi się być innym. Boi się odrzucenia, niewystawiania, zapomnienia, to naturalne lęki, znane każdemu twórcy dramatu. Nie jestem od nich wolny i mam w tym względzie sobie samemu niejedno do zarzucenia. Chcę przez to powiedzieć, że powyższe wynurzenia nie znajdują zbyt dużego pokrycia w mojej twórczości dramaturgicznej. Chciałbym, żeby było inaczej, ale instynkt stadny często bierze górę. Pisząc dziś dramat chrześcijański i katolicki autor musi zdawać sobie sprawę, że szansa na to, iż trafi w próżnię wynosi niemal 100 procent. Ile takich dramatów dostało Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną? Z grona sześćdziesięciu sztuk finałowych tej nagrody nawet palców jednej ręki będzie za dużo, by zliczyć teksty w jakiś sposób zbliżone do optyki chrześcijańskiej. Podobne proporcje występują w całej współczesnej dramaturgii polskiej. Czytając współczesne sztuki teatralne pisane po polsku można odnieść wrażenie, że powstają w przestrzeni albo całkowicie wolnej od katolicyzmu, albo wręcz wrogo do katolicyzmu nastawionej. Pismo „Dialog” skupia się właściwie wyłącznie na „krytycznym” podejściu do tematyki religijnej, wywodząc tę postawę z zawartego w Manifeście komunistycznym komunału o religii jako opium dla mas.

Skutkuje to miałkością samopowielających się dramatów, z których próbę czasu pozytywnie przejdzie bardzo, bardzo niewiele. Dziwię się ich autorom, że skazują się na los jętki jednodniówki. Nie są przecież dziennikarzami, którzy muszą pisać, żeby zapełnić kolejne wydania dzienników. Jedyne, co musi dramaturg, to walczyć o to, by jego dzieło stało się ponadczasowe i uniwersalne. Podam przykładowy zarys takiego dramatu. Oto bohater, czterdziestoparoletni mężczyzna, podczas wędrówek z psem odkrywa w lesie tajemne przejście prowadzące do jeziora. Odtąd jest to jego jezioro, niemal każde letnie popołudnie spędza tu chłodząc się w aksamitnych wodach, z dala od świata. Tak bardzo zżywa się z jeziorem, że pragnie zostać w nim na zawsze, jak płód w matczynych wodach. Jednak nadchodzi jesień, a potem zima i mróz ścina jezioro w białą taflę. Któregoś dnia mężczyzna wraca w swoje miejsce, aby zobaczyć, jak się zmieniło. On sam też nieco się zmienił, czuje się uwikłany w zbyt wiele nieistotnych spraw, zniewolony, jakby uwięziony pod przeźroczystą skorupą. Wchodzi z psem na lód, słyszy jego ostrzegawcze stęknięcie, ale idzie dalej. Nagle lód załamuje się działając jak teatralna zapadnia, mężczyzna wpada do ciemnej wody i rozpaczliwie próbuje wydostać się z matni, ale tafla jest krucha i nie sposób znaleźć punktu oparcia. Mężczyzna opada z sił, słabym głosem woła „pomocy!”, choć nie słyszy go nikt poza psem, który bezradnie biega wkoło swego pana. I gdy wydaje się, że bohater pójdzie na dno, jakimś cudem udaje mu się oprzeć na krawędzi lodu i wydostać się na powierzchnię. Resztką sił doczołguje się na brzeg. Gdy wraca do domu, nikt go nie rozumie, wszyscy tylko psioczą że postąpił skrajnie nieodpowiedzialnie i że miał więcej szczęścia niż rozumu. Nikt nie rozumie, że to nie szczęście uratowało mężczyznę, tylko Bóg, który w ten sposób postanowił dać mu nowe życie. Czy bohater skorzysta z tej szansy? Tak mniej więcej rozumiem współczesny dramat chrześcijański, jako dramat samotności i niezrozumienia, ale jednocześnie wyzwolenia i szansy.

Mamy z czego czerpać, dramat chrześcijański nie pojawił się dzisiaj, a nawet nie wczoraj. Bez Boskiej komedii Dantego nie byłoby Nie-Boskiej Krasińskiego, z kolei sam Dante urodził się na kamieniu kilkunastu wieków chrześcijaństwa w Europie. Wydawałoby się, że na ponowny rozkwit dramatu chrześcijańskiego, w tym katolickiego, nie ma co liczyć. Rzeczywiście, warunki sprzyjają raczej tendencjom przeciwnym. Te warunki tworzą ludzie mający dziś głos decydujący o obliczu teatru. Mało wśród nich osób, którzy Kościół traktują jako własne miejsce, mało takich którzy do wiary się przyznają. Sporo natomiast takich, którym śnią się płonące świątynie. Tymczasem Polacy to wciąż w większości katolicy, a wśród nich z kolei mniej więcej połowa regularnie praktykuje. Daje to widownię o wiele większą niż obecna widownia teatrów w Polsce. Widownię, która nie ma jak przejrzeć się we współczesnym dramacie. Widownię przez dramat pominiętą, a jeśli już zauważoną, to jako „ciemnogród”, „mohery”, „katole” lub wręcz „katofaszyści”. Jak w dramacie produkcyjnym, w którym reakcjonista albo kułak byli potrzebni, aby uwypuklić wspaniałość „nowego człowieka”, oczywiście najlepiej człowieka radzieckiego.

Żeby to zmienić nie wystarczy przekonywać, że dramat odrzucający perspektywę eschatologiczną skazuje się na doraźność i gazetowe spłaszczenie. To nie są argumenty mogące przekonać osoby, które decydują, co jest wystawiane w teatrach, ponieważ logika rewolucji materialistycznej godzi się z doraźnością i spłaszczeniem perspektywy. Rewolucja ich wręcz wymaga. Nie ma miejsca na schodzenie w głąb, kiedy trzeba rozszerzać zasięgi i zawojowywać kolejne instytucje. Problem w tym, że dramat zamykający się na Boga, religię, Kościół nie zainteresuje już więcej widzów. Swój szczytowy okres ma dawno za sobą. Teraz skupia się na zjadaniu własnego ogona, ale gdy i on zostanie skonsumowany, objawi się cała pustka tego projektu. Jestem pewien, że ludzie tęsknią za dramatem, w którym chodzi o coś więcej niż krytykę tego i owego. Podskórnie czują, że być dobrym to nie znaczy słuchać głosu świata, tylko głosu Boga. Chcą przejrzeć się w czystej wodzie źródła. Ale to źródło musi zostać na nowo odkryte, a jego nurt uwolniony spod zwałów jałowej publicystyki. Czeka nas radykalna zmiana języka dramatu, do którego musi powrócić poezja. Oczywiście nic nie stanie się samo, tylko umysłami, talentami i rękami odważnych, prawdziwie wolnych dramaturgów i reżyserów. Są tacy w Sodomie.

Tytuł oryginalny

DRAMAT CHRZEŚCIJAŃSKI WIDZĘ OGROMNY

Źródło:

Teatrologia.info

Link do źródła

Autor:

Jarosław Jakubowski

Data:

18.02.2021

Tematy w toku