„Requiem dla snu” Huberta Selby'ego Jra w reż. Jakuba Skrzywanka w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Pisze Szymon Białobrzeski w Teatrze dla Wszystkich.
Sam już nie wiem, jak komentować spektakle pokroju „Requiem dla snu”. Owszem, stymulują widza, mnożą formalne zabiegi, przykuwają uwagę – pozwalają myśleć pozytywnie o możliwościach teatru – a jednocześnie smucą swoją powierzchownością.
Powierzchowna atrakcja
Choć Skrzywanek rozpoczyna spektakl od sceny znanej z filmu Aronofsky’ego, jest to jedynie pretekst do kalejdoskopu luźno powiązanych sekwencji o tematyce uzależnienia. Uzależnienia od czego? Otóż – od wszystkiego. Przez większość czasu spektakl utrzymuje uwagę widza, stopniując ekstremalne doświadczenia: cyberseks, zamawianie narkotyków, obżarstwo czy po prostu przemoc.
To przedstawienie ze swej natury jest wojerystyczne. Z jednej strony moralizuje rodziców, przestrzegając ich przed narkotykami, z drugiej – przez cały czas fetyszyzuje uzależnienia. Zastanawiałem się, jak to odbieram. Sam jestem fanem pierwszego sezonu „Euforii”, która w kwestii uzależnień robi niemal to samo. Niemal – bo w „Euforii” kino atrakcji zostaje przełamane szczerością bohaterów, choćby w dwóch dodatkowych odcinkach. Rue i Jules, pozbawione wszelkiego rodzaju stymulantów, otwierają się przed zaufanymi osobami. W scenicznym „Requiem dla snu” tej szczerości nie ma. Trudno zresztą powiedzieć, żeby byli tu jacykolwiek bohaterowie.
Teatralne figury dostają od reżysera coraz trudniejsze „misje poboczne”, co fascynuje, ale nie bardziej niż filmik na X. Tu nie chodzi o dramat ludzki, tylko o spektakl. Kiedy postaci próbują coś powiedzieć, widownia się śmieje. Relacje interpersonalne prowadzone są jak w tanim sitcomie – w sposób zbyt przerysowany, by traktować je poważnie.
Odwracanie uwagi
Najbardziej wyróżnia się scena zamawiania twardych narkotyków. Bohaterowie chcą pokazać widowni, jak łatwy jest to proces. Udostępniają ekran telefonu i szukają dilera, korzystając z konkretnych stron internetowych. Dzwonią nawet bezpośrednio do sprzedawcy. To jeden z momentów, który wywołał najżywszą reakcję publiczności. Sam podniosłem się z krzesła. Wychodząc z teatru, nie mogłem pozbyć się jednego pytania: czy ta scena różni się od filmiku Dawida Chęcia w Kanale Zero, w którym zamawiał narkotyki do studia? Dlaczego tamten materiał prześmiewczo nazywano „lokowaniem produktu”, a ten ma uchodzić za edukacyjne olśnienie? Oczywiście, tutaj mamy do czynienia z teatralną fikcją, a tam z reportażem – ale jaka jest różnica w wydźwięku? Spektakl przejmuje formę internetu, a jednocześnie chce zachować status „wyższej refleksji”.
Jeszcze bardziej absurdalna wydaje się scena, w której bohaterka z zaburzeniami odżywiania wpatruje się w postać ze srebrnego ekranu. Telewizyjna figura objada się na naszych oczach, mieszając makaron, pomarańczę, banana i bitą śmietanę. A słowa uzależnionej? Stają się niesłyszalne.
Całość zamienia się w livestream ze smutnymi ludźmi, którzy na naszych oczach robią sobie krzywdę – i nikt nie chce im pomóc. My nie chcemy im pomóc, bo to jest content.
Hipnotyzująca transgresja
Jak już wspominałem – środki, choć nie zawsze trafnie wpisane w temat, potrafią hipnotyzować.
Pomysł wyświetlenia telefonu na dużym ekranie oceniam jako bardzo dobry – poszerza spektakl o kolejne narzędzie narracji. Także wykorzystanie kamer, dziś już niemal klasyczne, potrafi zaskoczyć. Dzięki dobremu sprzętowi, oświetleniu i sprawnym operatorom nagrywane na żywo sceny unikają wrażenia amatorszczyzny – są filmowe. W połączeniu z przełamywaniem czwartej ściany nagrania wzmacniają poczucie wszechobecnej psychozy.
Do tego dochodzi obrotowa scena, posklejana z różnych języków wizualnych, pnąca się ku górze niczym wieża Babel. Każda jej strona oferuje inny sposób inscenizacji. Konstrukcja składa się z ołtarza z ogromnym ekranem, monumentalnych schodów czy przezroczystego pokoju – a wszystkie te przestrzenie ulegają nieustannej transformacji.
Muzyka, którą Maryla Zielińska trafnie nazwała akordami mszy żałobnej, sprawnie wprowadza w trans. Do tego dochodzi uderzające znienacka techno, połączone z sugestywnymi wizualizacjami, znakomicie oddającymi internetową estetykę glitchu.
Skrzywanek potrafi dawkować narkotyki, jakie oferuje swojej widowni.
Kończąc – moje rozważania dotyczą nie tylko tego spektaklu, ale i szerzej teatru, który zbyt często operuje manipulacją. Stawia na szali fundamentalne problemy, zahacza o nie w prowokacyjny sposób, ale robi wszystko, by w głowach widzów pozostała wyłącznie adrenalina. „Requiem dla snu” jest tego najlepszym przykładem. O wiele uczciwsze byłoby użycie formalnego przepychu jako środka ekspresji postaci albo jako narzędzia nieskrępowanej immersji. Nie ukrywam swojego zaangażowania, nie odmawiam reżyserowi warsztatu – przeciwnie, czekam na jego kolejne spektakle. Jednocześnie jestem już zmęczony kamuflowaniem formalnego ekstremizmu poważnymi tematami.
5/10