Logo
Recenzje

Dom

31.12.2025, 11:00 Wersja do druku

„Meltdown” w reż. Małgorzaty Lech i „Mistrzowie z Anina” w reż. Marty Kukuły, w ramach programu OFF Polska. Pisze Michalina Spychała.

„Meltdown” / fot. Tobiasz Papuczys / mat. teatru

Ciepło, miłość, społeczność, rodzina – to pierwsze, co myślę, gdy słyszę słowo dom. Obecność ulotnych, nienamacalnych uczuć i wspomnień udowadnia, że bliskość tworzona jest przez ludzi i relacje, które ich łączą i niekoniecznie zależy od konkretnego, fizycznie istniejącego miejsca lub budynku.

I.

To właśnie dom rodzinny wydaje się schronem, który ma nas uchronić przed całym złem świata zewnętrznego. Jednak nie zawsze jest to królestwo jak z bajki, gdzie mama i tata trzymają od początku za rączki i pomagają stać się dorosłymi, by przejąć koronę. W prawdziwym świecie istnieje mało tak banalnych scenariuszy, w których jedynym problemem jest jakiś zagubiony zły smok. Tutaj wszystko się komplikuje, bo czasami mama jest sama, a księżniczka woli zostać piosenkarką. Zdarza się też tak, że domy ma się dwa i jednym z nich są przyjaciele, którzy rozumieją, że to nie status społeczny jest wartością, a empatia.

Doświadczając dwóch kompletnie różnych spektakli: Mistrzowie z Anina i Meltdown towarzyszyło mi wrażenie, że obserwuję przede wszystkim fluktuujące między uczestnikami emocje, a mniej skupiam się na rozgrywanych na scenie fabułach. W obu produkcjach mamy możliwość oglądania historii oscylujących pomiędzy próbą opowiedzenia o procesie wytwarzania się uczuć między bohaterami a staraniem się przedstawienia kluczowych dla tych relacji punktów. Enigmatyczność obu fabuł, składających się z fragmentów wspomnień, pozwala nam skupić się na żywej obecności twórców i performerów. Oba przedstawienia zbliża dokumentalny punkt wyjścia: Meltdown portretuje konkretną relację matki z córką, która może stać się lustrem dla wielu rodzin, natomiast w Mistrzach z Anina zebrane życiorysy osób uczestniczących w grupie teatralnej zostają skompilowane w metaforyczną opowieść. Twórcy wybierają dwa całkowicie odmienne sposoby na ukazanie specyficznych i unikalnych cech wyróżniających je na tle tradycyjnych skojarzeń z ideą domu rodzinnego jako miejsca z tradycyjną i stereotypową strukturą. Zamiast tego możemy przyglądać się nienormatywnym, nielinearnym i alternatywnym figuracjom domu.

Osadzony w warszawskiej dzielnicy Wawer spektakl Mistrzowie z Anina odnosi się do konkretnej grupy warsztatowej Stowarzyszenia Rodzin i Przyjaciół Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną „Chata z pomysłami”, zrzeszającej osoby w spektrum autyzmu i z Zespołem Downa, które wspólnie pracują artystycznie, rozwijając swoje zainteresowania w przestrzeni bezpiecznej i otwartej na współbycie – a nie kreowanie idealnego dzieła. W centrum sytuują doświadczenie, które ma pozwolić na powolne stwarzanie długotrwałych znajomości i zrzeszenie ludzi z podobnymi doświadczeniami niedopasowania do wymagań głównego nurtu sztuki, ignorującego nienormatywne ciała. Grupę prowadzą pełnosprawne twórczynie: reżyserka i instruktorka Marta Kukuła oraz scenarzystka projektu i aktorka Paulina Fonferek, która na podstawie facylitowanych przez Kukułę rozmów tworzy scenariusz wydarzenia. Zaproszenie widzów do ponadstuletniej oficerskiej Willi Kazimierówka jest intencjonalnym włączeniem ich w przestrzeń ulokowaną pomiędzy realnością domu – z jego gwarną przytulnością i skrzypiącymi drewnianymi elementami – a nierealnością odległych już w pamięci wspomnień z procesu i zawiązujących się relacji między uczestnikami warsztatów. Ulokowanie przedstawienia na uboczu miasta stwarza okazję do eksploracji niedostępnych powszechnie miejsc, jednocześnie wszyscy muszą pokonać konkretną drogę, by spotkać się w dokładnie wybranym budynku sprawia to, że całe wydarzenie nabiera charakteru wspólnego odkrywania nowych zakamarków historii, co podkreśla od początku osobisty wymiar wydarzenia. Wybrana przez twórczynie Willa Kazimierówka, wzniesiona w 1910 roku, jest przykładem budownictwa świdermajer: z dużymi, rzeźbionymi gankami i kolumnami, które charakteryzują drewniane wille specyficzne dla lokalnej estetyki. Artystom zależało na możliwości prezentacji wspólnej pracy właśnie w tego typu drewnianej willi ze względu na jej unikalny charakter, oddający wyjątkowość wawerskiej okolicy. Dosłowne uchylenie nam drzwi domu do podglądnięcia procesu pracy i możliwości wysłuchania skrawków opowieści z życia prywatnego jest jak zaproszenie na wspólną kolację – z tym, że po spektaklu częstujemy się ciasteczkami i herbatą. Klimatyczna lokalizacja willi pomiędzy leśnymi ścieżkami udowadnia, że niektóre historie mogą być opowiadane jedynie jednorazowo w specyficznych warunkach, ponieważ inaczej nie są w stanie w pełni wybrzmieć. Peryferie miasta symbolizują peryferie mentalne, które odsuwają ciekawe zjawiska społeczno-performatywne na margines poprzez wypychanie ich daleko od centrum i równocześnie pomijając ich promocję, rozgłos. Dlatego wysiłek obejrzenia spektaklu jest aktywnym działaniem na rzecz włączenia nowych tematów do bardziej popularnych narracji.

Od samej bramy możemy podążać śladami ulubionych piosenek uczestników, mieszaniny strojów, które wydawałyby się do siebie nawzajem nie pasować, ale w tym konkretnym momencie i miejscu tworzą logiczną całość. Na rozpoczęcie wydarzenia czekamy przed furtką. Na widownię składają się w większości sąsiedzi i sąsiadki mieszkające w Aninie, które wraz z rodzinami performerów wyczekują rozpoczęcia z niecierpliwością i ekscytacją. Pierwszą osobą, która do nas dołącza, jest Marta Kukuła, która pokrótce wprowadza nas w historię domu i sposobu pracy nad spektaklem. Następnie po kolei dołącza do niej cała prawie grupa, która staje się wyimaginowanym autobusem i zaprasza nas na wspólną przejażdżkę do ukrytej willi. Wśród towarzyszących nam okrzyków kojarzonych z podróżą autobusem (informujących o kolejnych stacjach, trzymaniu się uchwytów, zamykających się drzwiach) zmierzamy powoli po mokrej trawie wzdłuż rozłożonych na niej światełek do wyłaniającego się spomiędzy drzew drewnianego domu. W tej pełnej ciepła, rodzinnej atmosferze możemy obserwować pracę artystyczną grupy, która skupia się na interakcji i pokazaniu jak najwięcej swojej pozytywnej energii. Gdy rozsiądziemy się w ciasnym pokoju ze świecącą małą lampką z boku, zaczyna się barwna opowieść o podróży, jaką grupa odbyła ze sobą na warsztatach. Zorro, pies, królewny, damy i kowboje tworzą opowieść nie o dopasowaniu, a o poszukiwaniu sensu w niepodobieństwach. Narracja jest osadzona na kanwie Czarnoksiężnika z Krainy Oz: Dorotka wraz z pieskiem Toto chcą wrócić do domu, a na swojej drodze spotykają niezwykłe postaci, które stają się ich przyjaciółmi. Gdy po finałowej piosence kończą się oklaski, każdy z widzów otrzymuje złożoną w origami mapkę, która prowadzi nas przez pokoje tej szczególnej „chaty”. W każdym z pokoi, w najmniej spodziewanych lokalizacjach (na ścianach, suficie, pomiędzy framugami drzwi), wyświetlane są nagrania. Zapętlone klipy uwieczniają proces prób. Udostępniają nam wgląd w momenty współtworzenia intymnych opowieści performerów, prostych i szczerych, skupiających się na ich delikatności. Dochodzące nas fragmenty zdań z sąsiadujących pokoi, połączone z wędrującymi pomiędzy nami uczestnikami ukazują żywą tkankę twórczą. Czyli grupę, która działa, by wspólnie być w tym konkretnym momencie, bez zastanawiania się nad ukrytymi sensami, by po prostu choć na moment znaleźć wspólny język, zobaczyć go w delikatnym ruchu dłonią, czy prostym geście leżenia obok siebie. W prezentowanych nagraniach widać, z jaką uważnością współpracują ze sobą uczestnicy, którzy nie myślą o produkowaniu dzieła, a poznawaniu swoich granic i możliwości. To fizyczne przechodzenie przez historyczną posiadłość wpływa na nasze uczestniczenie i zarys narracji. Możemy sami odkrywać zakamarki opuszczonych pokoi i doświadczać ich nowej historii. To oglądający nagrania stają się kompozytorami udostępnionego dzieła. Można nie ruszyć się z jednego pomieszczenia i obserwować zapętlone wideo kilkukrotnie albo szybkim tempem przejść kilka razy przez każdy pokój i usłyszeć jedynie kawałki zdań, które stworzą abstrakcyjny kolaż. Wędrując pomiędzy pomieszczeniami, przystając w kuchni, czy zatrzymanej w czasie nieużywanej już dawno sypialni, słyszymy nagrany śpiew, śmiech, strzępy słów i możemy doświadczyć natłoku, który nadaje charakter tej małej społeczności, która żyje pełnią emocji, bez pohamowania.

II.

Zdecydowana, momentami przerysowana ekspresja emocji, o dynamice rodem z kreskówek, jest odwołaniem do wahań nastroju towarzyszących osobom neuroróżnorodnym, które nie wchłonęły społecznych norm wpajanych im od małego, a funkcjonują często we własnym rytmie. Na krakowskiej premierze Meltdownu artystki przyglądają się podobnemu zagadnieniu niedopasowania. Tutaj historia odnosi się do skomplikowanej relacji matki i córki w spektrum autyzmu (w spektaklu pada stara nazwa – Zespół Aspergera), ukazując różne stadia łączącej ich miłości i podważając stereotypowy wizerunek rodziny. Jak dowiadujemy się ze spektaklu, w 1997 roku nie funkcjonowało pojęcie „neuroróżnorodności”, jak również nie diagnozowano dziewczynek pod kątem spektrum. Stąd próba rekonstrukcji i odegrania skomplikowanego procesu, jaki musiała przeżyć nastoletnia samotna matka, której nikt w sprawie jej córki nie słuchał. W nieczułym społeczeństwie, skupionym na wciskaniu się w sztywne normy zachowań, wytyczających niezwykle wąskie ścieżki rozwoju dla jakkolwiek odmiennych od przyjętego wzorca osób, niedoświadczona matka podjęła walkę o przyszłość dla siebie i swojej córki, udowadniając, że może istnieć więcej niż jedna wersja kochającego domu. I tutaj również podkreślona zostaje istotność drogi, prób, pomyłek, wspólnego bycia w działaniu.

Dlatego reprezentacją innej wizji rodziny są obecne na scenie obiekty, uszyte olbrzymie dwa morskie stwory: ośmiornica i ryba. Przerysowane pluszowe macki zabawkowego głowonoga są odpowiedzią na potrzebę szarpania, krzyczenia czy owinięcia się ciasno ciężarem czyichś rąk. Wprowadzone obiekty i dźwięk zgniatanych pod stopami chrupków kukurydzianych stają się medium, przez które formułowana jest cała dziwność tej nielinearnej opowieści. Zostajemy ze zgniatanymi przed nami kawałkami wspomnień, które jak te chrupki piętrzą się i przewalają na podłodze. Możemy jedynie słuchać i zatopić się w tych resztkach, które są nam pozostawione.

Zainscenizowana abstrakcyjna plaża i leżące cielska materiałowych głębinowych zwierząt odwołują się do kluczowego w tej historii wspomnienia: wakacji nad Bałtykiem. Najbardziej powszechne doświadczenie polskich rodzin, nieodzowne w familijnym pamiętniku zdarzenie, które trzeba choć raz przeżyć. Dla matki i córki jest to dramatyczna pamiątka, która stała się punktem zwrotnym dla ich relacji.

„Mistrzowie z Anina” / fot. Jarosław Paczyński / mat. teatru

Niewinne zabawy na piasku i wygłupy w morzu przerwane zostają przez nagłe zniknięcie nastoletniej dziewczyny na horyzoncie fal. Paraliż i przekrzykiwanie uderzających o ciało zimnych fal. Co się stało, że córka zaczęła się topić? Jej zawziętość w wejściu do morza pozostawia pytanie, czy to planowała. Niewypowiedziane pytania, wątpliwości. Czy to był wypadek, czy intencjonalne działanie? Bohaterki próbują z perspektywy czasu lepiej wytłumaczyć, nazwać i zrozumieć to, co przeżyły.

Poruszona zostaje dzięki temu kwestia autonomiczności dorosłej już córki i jej usamodzielnienia się, które obarczone jest ze strony matki ogromnym poczuciem winy. Kobieta nie chce być postrzegana jedynie przez rolę matki męczennicy, która poświęca całe swoje życie na opiekę nad dzieckiem. Jest świadoma zaborczej miłości córki, która, bez postawienia jej konkretnych granic, wykorzystuje matkę jako figurę przyjaciółki, terapeutki czy widowni. Choć nieczułym wydaje się zablokowanie numeru własnej córki i kontaktowanie się z nią w określonych dniach, to może być to dla ich relacji jedynym sposobem spokojnego funkcjonowania. Gromadzące się w matczynych gestach sprzeczne emocje gniewu, strachu, smutku potęgują się, gdy dziecko próbuje dyskredytować romantyczne związki matki z partnerami i zalewa ją oskarżeniami o brak kontaktu z jej biologicznym ojcem. Piętrzące się problemy skutkują jeszcze mocniejszą potrzebą trzymania dystansu przez matkę.

Poddana krytycznemu spojrzeniu figura matki poświęcającej całe swoje życie na rzecz dziecka pokazana jest z dwóch perspektyw. Każda z nich udowadnia nam, jakie problemy sprawia obu kobietom brak wsparcia systemowego. Przejawia się on w opresyjności rodziny bohaterek, niewyedukowanej, jak pomóc, ale również w zachowaniu córki, która całe swoje wsparcie czerpie od jednej osoby, romantyzując nieobecnego ojca i babcię, których wyobraża sobie ze strzępów wspomnień.

Tytułowy „meltdown” to moment, kiedy emocje narastają do momentu wybuchu, który jest jednocześnie spadkiem emocjonalnym. Niezrozumienie skomplikowanych relacji rodzinnych czy własnych emocji, które stają się zbyt konkretne i przytłaczające, skutkuje nawarstwieniem się chaotycznych myśli i pytań, co przejawia się krzykiem lub niekontrolowanym potokiem słów i gestów. Równolegle okazuje się, że może to być topienie chrupków kukurydzianych w zabawie, by ułożyć z nich wieże albo zakopanie się wspólnie w miękkie wnętrze poduszkowej ośmiornicy i zapomnienie, choć na chwilę, o nagromadzonej wcześniej złości. Powracający motyw nuconej przez córkę francuskiej piosenki Si Zaz, którą śpiewała na jednym z dziecięcych konkursów, ukazuje odmienny system zapamiętywania wydarzeń niż matka, która w całej ich wspólnej historii nie skupiłaby się nigdy na tej piosence. Dla córki jednak ów występ był jednym ze szczęśliwszych momentów z dzieciństwa. Nieustannie powraca do śpiewania fragmentów piosenki, którą połączyła z beztroskim i przyjemnym uczuciem.

Kobiety, których losy były bazą dla scenariusza, pojawiają się jako one same w nagraniu, przedstawiającym moment ich pierwszego spotkania z twórczyniami spektaklu. Niepewność i niezręczność, które towarzyszą kobietom, to ciekawy dodatek do perspektywy, przez którą filtrowane są sceniczne wydarzenia, ponieważ podkreśla żartobliwość zawartą w formie, która jest kluczem do oglądania tej opowieści. W finale spektaklu widzimy wideo przedstawiające córkę w stroju księżniczki, śpiewającą wspomnianą wcześniej piosenkę. To już nie Karolina Lichocińska, to dorosła Natalia, pierwowzór postaci. Odtworzenie sytuacji z dzieciństwa jako dorosła już kobieta podkreśla dystans, z jakim matka i córka podeszły do udostępnienia swoich historii. Autoironiczny charakter działania oddaje otwartość autentycznych bohaterek do ich wspólnej opowieści. Zapętlenie tej jednej piosenki staje się niewygodnym żartem, który jednocześnie odsłania nawyk autystycznej bohaterki, skupiającej się często aż do przesady na jednym detalu czy czynności. Prowokuje to ponownie pytanie: czym tak naprawdę jest „normalny” dom?

III.

Oba omawiane spektakle łączy wątek domu: tego, jak jest budowany, kto go zamieszkuje, jego materialność, ale i duchowość. Utrzymywany temat bliskości rozbrzmiewa w próbach ukazania różnych odmian tego uczucia, które jest podstawą zawiązywania wszystkich relacji. Dostajemy obrazy pokazujące złożoność procesu budowania domu od fundamentów po dach.

Bohaterami spektakli są osoby nienormatywne, wykraczające poza stereotypowo ustandaryzowane społeczne normy, dlatego, by oddać ich historię, trzeba sięgnąć po nietypowe środki wyrazu: chodzenie po krzywej podłodze willi w Aninie, czy oglądanie skrępowanych przywitań aktorek z kobietami, które mają zagrać. Te subtelne i niepowtarzalne interakcje są istotą czułości, na którą zawsze czekamy. Kruchość tych relacji przebija wszystkie wygórowane intelektualnie rozważania teatralne, bo twórcy nie traktują nas jak samotnych jednostek, które przyszły, by zastanawiać się nad zagadkami, a zapraszają nas do swojej małej społeczności, by podzielić się ciepłem zbudowanej misternie wspólnoty. Sensem obu przedstawień staje się odbieranie impulsów, kawałków historii, emocji – tak, by choć troszkę zbliżyć do osób neurotypowych, które za często są pomijane i niewidoczne w społeczeństwie. Gdy widzę tak chaotyczne i głośne opowieści, mogę z przekonaniem stwierdzić, że to właśnie proces jest celem. Radość i wzruszenie, uwalniające się na scenie, są najistotniejszymi elementami dobrze opowiedzianej historii o bliskości.

Meltdown
Scenariusz i reżyseria: Małgorzata Lech
Obsada: Katarzyna Kopczyk, Karolina Lichocińska oraz Agnieszka i Natalia jako one same
Ruch sceniczny: Iga Załęczna
Projekcje video: Peter Fick
Muzyka: Kamil Malchar
Obiekty scenograficzne: Kamila Lech
Światła: Daniel „Qman” Kuźma
Produkcja i koordynacja: Jurgita Zaikauskas, Marta Pawlik

Mistrzowie z Anina
Obsada: Tomasz Bajus, Małgorzata Danielewska, Paulina Fonferek, Urszula Lange, Agnieszka Kamińska, Zuzanna Kornowicz, Karolina Kosecka, Beata Kowlaczuk, Sergiusz Kraus, Łukasz Małek, Julia Ossowska, Wiktoria Potapczuk, Joanna Wajzner, Grzegorz Wójtowicz, Cezary Zalesko
Reżyseria: Marta Kukuła
Dramaturgia: Paulina Fonferek
Scenografia: Iga Mrówka
Muzyka: Albert Stensen
Video: Jarosław Paczyński
Koordynacja projektu: Magdalena Dakowska
Promocja: Anna Zając

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne

Sprawdź także