„Very Ibsen” Patrycji Kowańskiej w reż. Dominiki Knapik w Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Pisze Adrianna Wolińska, członkini Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
„Nie macie do mnie prawa i chuj” – powtarzają bohaterowie spektaklu Dominiki Knapik (reżyseria) i Patrycji Kowańskiej (dramaturgia). Very Ibsen to przezabawna, efektowna formalnie i świetnie zagrana opowieść o temacie, który od kilku sezonów nie schodzi z polskich scen: o rodzicach.
„Znowu o starych?” – zapytacie. Twórczynie uprzedzają ten zarzut i odpowiadają: to żadna nowość, żaden trend. Wystarczy sięgnąć po literaturę Henryka Ibsena – jednego z największych europejskich dramatopisarzy – by zobaczyć, że dziedziczone traumy i zimny chów były przez niego tematyzowane już w drugiej połowie XIX wieku. Norweg dobrze rozumiał, do czego prowadzą relacyjne zaniedbania – stąd tyle samobójstw w jego dramatach. Choć urodził się trzy dekady przed Zygmuntem Freudem, zasłynął jako prekursor dramatu psychologicznego.
Zanim na scenie pojawią się aktorzy, na dwóch ekranach w tle widzimy zapętlone filmy z narodzin ssaków, ptaków, a może także gadów czy płazów. Pękają skorupki jajek; z ciał wydostają się nowe istoty. Ostatni rodzi się człowiek. Film gaśnie i w całkowitej ciemności słyszymy płacz dziecka. Z narodzin przechodzimy prosto do sceny pogrzebu.
Na pożegnaniu Ibsena spotykają się dzieci pisarza: postaci z jego sztuk. Sześciokrotnie słyszymy głośne skrzypienie drzwi – znak dołączania kolejnych bohaterów. Aktorzy wchodzą na scenę, poruszając się w charakterystyczny, przerysowany sposób, jak postaci z kreskówek. Tak też wyglądają, jak creepy rudowłose dzieci Pippi Langstrumpf i zombiaka z fiordów, ubrane w granatowo-brązowe stroje ze sweterkowym motywem reniferów (kostiumy Klaudia Hegab).
Postaci z różnych utworów Ibsena choć nie są typami charakterów, lecz złożonymi jednostkami, powtarzają w swych opowieściach podobne scenariusze w innych konfiguracjach; wszystkie należą do tego samego, nordyckiego uniwersum, w którym dom bywa miejscem niebezpiecznym. Kowańska i Knapik wykorzystają to, powierzając aktorom i aktorkom więcej niż jedną rolę i rozszczelniając sceniczny świat, mieszcząc w nim bohaterów i bohaterki wielu tekstów Ibsena. Tworzy się z tego pogmatwane intertekstualne drzewo genealogiczne, w którym chyba jedynie ibsenolodzy mogliby się połapać, ale to bez znaczenia – twórczynie wcale tego od nas nie oczekują. I, w przeciwieństwie do autora, którym się pozornie zajmują, nie interesuje ich psychologia jednostki. Tu liczy się forma i wyrazisty reżyserski gest.
W spadku po wyrodnym ojcu, który uczynił ich nieszczęśnikami bohaterowie i bohaterki dostają ostatnią, nienapisaną sztukę – tę, którą teraz grają oraz „wieczny brak, lęk i dziurę w klatkach piersiowych”. U Ibsena dzieci cierpią, bo nie znają jeszcze terapii; nie wiedzą, że mogą pozbyć się niechcianego emocjonalnego spadku. U Knapik i Kowańskiej dostają szansę, by jej spróbować i odpowiedzieć głosowi rodzica, który słyszą w głowie: „Wzniosę się tak wysoko i rozbłysnę tak szeroko, że nikt nie dojrzy cienia, jaki ojciec na mnie rzucił. Nie macie do mnie prawa i chuj”. Postanawiają spróbować ustawień srellingerowskich – parodii ustawień hellingerowskich, w których uczestnik warsztatu rozpoznaje członków swojej rodziny w innych obcych mu osobach i przepracowuje w ten sposób swoje mommy lub daddy issues („Wyczuwasz gdzieś aurę tego skurwysyna, który ci zniszczył życie?”). To oczywiście żart, autorki ani ich postaci nie wierzą w skuteczność tej metody; wierzą jednak chyba, że można zrobić ze swoim życiem wewnętrznym jakiś porządek.
Wchodzą w świat kolejnych dramatów Ibsena i w parach odgrywają konflikty. Napisy na ekranach w tle ułatwiają nam odnalezienie się w tych opowieściach. Twórczynie przetwarzają sceny z Upiorów, Budowniczego Solnessa, Dzikiej kaczki, Heddy Gabler i Jana Gabriela Borkmana. Jeśli słabo pamiętacie Ibsena – nic nie szkodzi. Jego znajomość nie jest wymagana. Cytowane są fragmenty, ale dominuje współczesny tekst Kowańskiej. Uruchamiana jest konwencja slapsticku i technika lip-syncu: postaci się zacinają, powtarzają, mówią przetworzonym, dobiegającym z offu głosem. Ich każdy ruch – nawet gałek ocznych – jest precyzyjny, często wzmocniony dźwiękiem. Ta dokładność robi wrażenie, dając poczucie, że zarówno aktorzy i aktorki (cała szóstka prezentuje świetny poziom, choć szczególnie należy wyróżnić najmłodszych: Julię Gadzinę i Kacpra Kujawę), jak i choregrafka wykonali ogromną pracę z dbałością o szczegóły. Nie ma tu miejsca na przypadek czy nudę, jest za to troska o uwagę widza. Są też momenty oparte wyłącznie na choreografii, jak trening prawidłowej techniki chodu, w której bohaterowie wykonują taniec z kijkami do nordic walking, a w tle leci Taniec Anitry z Peera Gynta Griega.
Very Ibsen to czarna komedia z gimnazjalnym humorem (określenia „gimnazjalny” użył Piotr Dobrowolski przy innym spektaklu artystek, Very Very Hamlet w Teatrze Polskim w Poznaniu, i wydaje mi się idealnie opisywać fenomen ich teatru). Beka z tego, co przykre uruchamia prawdziwe pokłady transgresji. Może dać widzom to, czego powaga nie zniesie – dystans. „Każde dziecko poniżej lat piętnastu po pogawędce z dorosłymi wpada na pomysł, że lepiej się rzucić z klifu” mówi o świecie Henryka Ibsena któraś z postaci spektaklu. Tragiczne? Tak. Śmieszne? Mnie śmieszy. Jest też jednak jakaś piękna i potężna rewolucja w powiedzeniu sobie: „Dobra w dupie to mam […]. Nie macie do mnie prawa i chuj”.
Patrycja Kowańska VERY IBSEN. Reżyseria, choreografia, koncept scenografii: Dominika Knapik, tekst, dramaturgia, wideo: Patrycja Kowańska, muzyka: Szymon Lechowicz, kostiumy: Klaudia Hegab, reżyseria światła: Wolfgang Macher. Prapremiera w Teatrze Współczesnym w Szczecinie 4 października 2025.