„To bitch or not to bitch” w wykonaniu Hertz Haus na Polskiej Platformie Tańca Wrocław 2026. Pisze Wiesław Kowalski.
Co zostaje z ciała, kiedy wydarzy się coś, czego nie da się już z niego wymazać? I co właściwie oznacza „oczyszczenie”, jeśli źródłem brudu nie jest fizyczna substancja, lecz pamięć, wstyd, cudzy dotyk, spojrzenie innych? „To bitch or not to bitch” kolektywu Hertz Haus bierze z „Gwałtu na Lukrecji” Szekspira nie tyle fabułę, ile jej cielesny osad. Zamiast rekonstruować historię Lukrecji, cztery performerki próbują znaleźć dla niej język poza narracją o samym akcie przemocy.
To wybór znaczący. W przedstawieniu gwałtu właściwie nie ma. Jest natomiast sprzątanie, mycie, dotykanie, rozbieranie, zakrywanie i odsłanianie. Są czynności, które zwykle pozostają poza teatralnym kadrem, bo należą do sfery intymnej, higienicznej, czasem wstydliwej. Hertz Haus przesuwa je na pierwszy plan i sprawdza, co dzieje się z nimi, kiedy stają się materiałem choreograficznym.
Najmocniej działa początek. Biała przestrzeń i cztery
kobiety zajęte uporczywą pracą. Czyszczenie podłogi nie jest tu symbolicznym
gestem wykonywanym „na niby”: performerki rzeczywiście szorują, pucują, wracają
do tych samych miejsc. W tej powtarzalności jest coś z rytuału, ale także z
kompulsji. Podłoga pozostaje niemal nieskazitelna, a mimo to praca trwa. Jakby
osiągnięcie czystości nie było możliwe albo jakby nie o czystość wcale
chodziło.
Ten początkowy fragment jest interesujący właśnie dlatego,
że nie spieszy się z nadawaniem swoim działaniom znaczeń. Ciało nie jest tu
przede wszystkim nośnikiem metafory. Jest ciałem, które klęczy, poci się,
pracuje, dotyka powierzchni, wykonuje monotonną pracę. Dopiero z czasem ta
praca zaczyna obrastać znaczeniami. W tle pojawiają się informacje dotyczące
Lukrecji, przez co sprzątanie przestaje być neutralne. Pojawia się pytanie, czy
można usunąć ślad przemocy, a jeśli tak, to z czego właściwie miałby zostać
usunięty.
Najbardziej przejmująca scena przychodzi wtedy, gdy
performerki zajmują się ciałem jednej z nich. Rozbierają ją i myją. Nie ma w
tym geście erotyzmu ani przemocy; jest za to chłodna dokładność czynności
pielęgnacyjnej. Można pomyśleć o opiece nad osobą chorą, ale także o
przygotowywaniu ciała zmarłej. Ta niejednoznaczność jest ważniejsza od
konkretnej interpretacji. Cztery kobiety pozostają razem, a jednak jedna z nich
zostaje na chwilę wyodrębniona jako ciało wymagające pomocy. Właśnie tutaj
przedstawienie najlepiej pokazuje, czym może być taniec rozumiany szerzej niż
układ ruchów. Choreografia wydarza się w relacjach między ciałami, w sposobie
podnoszenia, podtrzymywania, odsłaniania i pielęgnowania. Ruch jest
funkcjonalny, a przez to niezwykle konkretny. Nie „gra” opieki – staje się nią.
Jednocześnie „To bitch or not to bitch” nie zawsze utrzymuje
tę koncentrację. Po mocnej, ascetycznej pierwszej części przedstawienie zmienia
temperaturę. Pojawiają się inne kostiumy, inny rodzaj ruchu, bardziej
stylizowane sekwencje. Cielista bielizna, charakterystyczne nakrycia głowy i
taneczne frazy nadają scenie niemal groteskowy, chwilami dworski charakter.
Problem polega na tym, że ta zmiana nie wydaje się w pełni wynikać z
wcześniejszego przebiegu spektaklu. Zamiast kolejnego poziomu tej samej opowieści
można odnieść wrażenie, że otwiera się zupełnie nowy spektakl. To szczególnie
widoczne, ponieważ pierwsza część ustanawia bardzo wyraziste reguły. Jest w
niej surowość, powtarzalność, skupienie na materialności ciała. Późniejsze
sceny są bardziej performatywne i choreograficznie „efektowne”, ale przez to
paradoksalnie mniej niepokojące. Tam, gdzie wcześniej wystarczało kilka
prostych gestów, później pojawia się więcej teatralnych środków, jakby
przedstawienie zaczęło tłumaczyć to, co wcześniej potrafiło powiedzieć bez
słów.
Tytuł sugeruje oczywiście grę z „być albo nie być”, ale
także z językiem obelgi, seksualizacji i społecznego osądu. „Bitch” nie zostaje
jednak w pełni rozwinięte jako kategoria językowa czy kulturowa. Podobnie
Szekspir pozostaje raczej punktem zapalnym niż partnerem prowadzonego dialogu.
„Gwałt na Lukrecji” uruchamia przedstawienie, lecz w pewnym momencie można
zapomnieć, że to właśnie ten tekst jest jego źródłem. Być może jest to świadome
przesunięcie – od konkretnej bohaterki ku doświadczeniu wielu kobiecych ciał –
ale pozostawia ono również niedosyt. Zwłaszcza że historia Lukrecji kryje
temat, który mógłby ciekawie spotkać się z językiem Hertz Haus: pytanie o to,
kto ma prawo opowiadać o skrzywdzonym ciele, kto nadaje mu znaczenie i w jaki
sposób ciało kobiety zostaje przejęte przez cudze narracje. W przedstawieniu
znacznie mocniej obecna jest fizjologia niż polityka opowiadania o przemocy. To
wybór konsekwentny, ale zarazem ograniczający zakres interpretacyjny spektaklu.
Warto jednak zauważyć, że właśnie ta materialność jest jego
siłą. Hertz Haus nie próbuje «upiększyć» cielesności. Twórczynie świadomie
wprowadzają na scenę czynności, które kultura zwykle spycha poza reprezentację:
mycie, pocenie się, wydzieliny, sprzątanie. Dzięki temu spektakl dotyka dość
podstawowego mechanizmu kultury – potrzeby oddzielenia tego, co czyste, od
tego, co uznajemy za brudne, tego, co nadaje się do pokazania, od tego, co
powinno zostać ukryte. Ciało jest tutaj jednocześnie miejscem doświadczenia i
miejscem oceny. Można je umyć, ale nie można w ten sposób cofnąć zdarzenia.
Można je przykryć, ale nie oznacza to, że znika pamięć. Można się nim
zaopiekować, lecz opieka nie oznacza jeszcze odzyskania tego, co zostało
utracone.
Wrocławski pokaz „To bitch or not to bitch” zostawił mnie więc z poczuciem obcowania ze spektaklem niejednorodnym, ale właśnie przez to interesującym do oglądania. Są w nim obrazy niezwykle precyzyjne i mocne, są też fragmenty, w których choreograficzna forma zaczyna dominować nad wcześniej wypracowanym napięciem. Najbardziej przekonujące wydają się te momenty, gdy Hertz Haus ufa prostocie działania: kiedy cztery ciała wykonują konkretną pracę i nie trzeba jej dodatkowo objaśniać. Może dlatego najdłużej pamięta się nie Szekspira ani nawet samą Lukrecję, lecz białą podłogę, która mimo nieustannego szorowania pozostaje podejrzanie trudna do oczyszczenia. To obraz prosty, ale po przedstawieniu zaczyna pracować dalej. Bo być może nie chodzi wcale o to, czy ciało jest czyste czy brudne. Chodzi o obsesyjną potrzebę, żeby wciąż rozstrzygać tę kwestię – jakby od przypisania ciału jednej z tych dwóch kategorii zależało nasze poczucie porządku, niewinności i bezpieczeństwa. A przecież właśnie spektakl Hertz Haus pokazuje, że po doświadczeniu przemocy żadna z tych kategorii nie jest już niewinna: czystość może stać się przymusem, brud – piętnem, a samo ciało miejscem, na którym inni bez końca próbują zapisać własne wyobrażenia o winie, krzywdzie i możliwości odzyskania siebie.