Logo
Recenzje

Czystość pod presją

21.09.2026, 13:27 Wersja do druku

„To bitch or not to bitch” w wykonaniu Hertz Haus na Polskiej Platformie Tańca Wrocław 2026. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. mat. teatru

Co zostaje z ciała, kiedy wydarzy się coś, czego nie da się już z niego wymazać? I co właściwie oznacza „oczyszczenie”, jeśli źródłem brudu nie jest fizyczna substancja, lecz pamięć, wstyd, cudzy dotyk, spojrzenie innych? „To bitch or not to bitch” kolektywu Hertz Haus bierze z „Gwałtu na Lukrecji” Szekspira nie tyle fabułę, ile jej cielesny osad. Zamiast rekonstruować historię Lukrecji, cztery performerki próbują znaleźć dla niej język poza narracją o samym akcie przemocy.

To wybór znaczący. W przedstawieniu gwałtu właściwie nie ma. Jest natomiast sprzątanie, mycie, dotykanie, rozbieranie, zakrywanie i odsłanianie. Są czynności, które zwykle pozostają poza teatralnym kadrem, bo należą do sfery intymnej, higienicznej, czasem wstydliwej. Hertz Haus przesuwa je na pierwszy plan i sprawdza, co dzieje się z nimi, kiedy stają się materiałem choreograficznym.

Najmocniej działa początek. Biała przestrzeń i cztery kobiety zajęte uporczywą pracą. Czyszczenie podłogi nie jest tu symbolicznym gestem wykonywanym „na niby”: performerki rzeczywiście szorują, pucują, wracają do tych samych miejsc. W tej powtarzalności jest coś z rytuału, ale także z kompulsji. Podłoga pozostaje niemal nieskazitelna, a mimo to praca trwa. Jakby osiągnięcie czystości nie było możliwe albo jakby nie o czystość wcale chodziło.

Ten początkowy fragment jest interesujący właśnie dlatego, że nie spieszy się z nadawaniem swoim działaniom znaczeń. Ciało nie jest tu przede wszystkim nośnikiem metafory. Jest ciałem, które klęczy, poci się, pracuje, dotyka powierzchni, wykonuje monotonną pracę. Dopiero z czasem ta praca zaczyna obrastać znaczeniami. W tle pojawiają się informacje dotyczące Lukrecji, przez co sprzątanie przestaje być neutralne. Pojawia się pytanie, czy można usunąć ślad przemocy, a jeśli tak, to z czego właściwie miałby zostać usunięty.

Najbardziej przejmująca scena przychodzi wtedy, gdy performerki zajmują się ciałem jednej z nich. Rozbierają ją i myją. Nie ma w tym geście erotyzmu ani przemocy; jest za to chłodna dokładność czynności pielęgnacyjnej. Można pomyśleć o opiece nad osobą chorą, ale także o przygotowywaniu ciała zmarłej. Ta niejednoznaczność jest ważniejsza od konkretnej interpretacji. Cztery kobiety pozostają razem, a jednak jedna z nich zostaje na chwilę wyodrębniona jako ciało wymagające pomocy. Właśnie tutaj przedstawienie najlepiej pokazuje, czym może być taniec rozumiany szerzej niż układ ruchów. Choreografia wydarza się w relacjach między ciałami, w sposobie podnoszenia, podtrzymywania, odsłaniania i pielęgnowania. Ruch jest funkcjonalny, a przez to niezwykle konkretny. Nie „gra” opieki – staje się nią.

Jednocześnie „To bitch or not to bitch” nie zawsze utrzymuje tę koncentrację. Po mocnej, ascetycznej pierwszej części przedstawienie zmienia temperaturę. Pojawiają się inne kostiumy, inny rodzaj ruchu, bardziej stylizowane sekwencje. Cielista bielizna, charakterystyczne nakrycia głowy i taneczne frazy nadają scenie niemal groteskowy, chwilami dworski charakter. Problem polega na tym, że ta zmiana nie wydaje się w pełni wynikać z wcześniejszego przebiegu spektaklu. Zamiast kolejnego poziomu tej samej opowieści można odnieść wrażenie, że otwiera się zupełnie nowy spektakl. To szczególnie widoczne, ponieważ pierwsza część ustanawia bardzo wyraziste reguły. Jest w niej surowość, powtarzalność, skupienie na materialności ciała. Późniejsze sceny są bardziej performatywne i choreograficznie „efektowne”, ale przez to paradoksalnie mniej niepokojące. Tam, gdzie wcześniej wystarczało kilka prostych gestów, później pojawia się więcej teatralnych środków, jakby przedstawienie zaczęło tłumaczyć to, co wcześniej potrafiło powiedzieć bez słów.

Tytuł sugeruje oczywiście grę z „być albo nie być”, ale także z językiem obelgi, seksualizacji i społecznego osądu. „Bitch” nie zostaje jednak w pełni rozwinięte jako kategoria językowa czy kulturowa. Podobnie Szekspir pozostaje raczej punktem zapalnym niż partnerem prowadzonego dialogu. „Gwałt na Lukrecji” uruchamia przedstawienie, lecz w pewnym momencie można zapomnieć, że to właśnie ten tekst jest jego źródłem. Być może jest to świadome przesunięcie – od konkretnej bohaterki ku doświadczeniu wielu kobiecych ciał – ale pozostawia ono również niedosyt. Zwłaszcza że historia Lukrecji kryje temat, który mógłby ciekawie spotkać się z językiem Hertz Haus: pytanie o to, kto ma prawo opowiadać o skrzywdzonym ciele, kto nadaje mu znaczenie i w jaki sposób ciało kobiety zostaje przejęte przez cudze narracje. W przedstawieniu znacznie mocniej obecna jest fizjologia niż polityka opowiadania o przemocy. To wybór konsekwentny, ale zarazem ograniczający zakres interpretacyjny spektaklu.

Warto jednak zauważyć, że właśnie ta materialność jest jego siłą. Hertz Haus nie próbuje «upiększyć» cielesności. Twórczynie świadomie wprowadzają na scenę czynności, które kultura zwykle spycha poza reprezentację: mycie, pocenie się, wydzieliny, sprzątanie. Dzięki temu spektakl dotyka dość podstawowego mechanizmu kultury – potrzeby oddzielenia tego, co czyste, od tego, co uznajemy za brudne, tego, co nadaje się do pokazania, od tego, co powinno zostać ukryte. Ciało jest tutaj jednocześnie miejscem doświadczenia i miejscem oceny. Można je umyć, ale nie można w ten sposób cofnąć zdarzenia. Można je przykryć, ale nie oznacza to, że znika pamięć. Można się nim zaopiekować, lecz opieka nie oznacza jeszcze odzyskania tego, co zostało utracone.

Wrocławski pokaz „To bitch or not to bitch” zostawił mnie więc z poczuciem obcowania ze spektaklem niejednorodnym, ale właśnie przez to interesującym do oglądania. Są w nim obrazy niezwykle precyzyjne i mocne, są też fragmenty, w których choreograficzna forma zaczyna dominować nad wcześniej wypracowanym napięciem. Najbardziej przekonujące wydają się te momenty, gdy Hertz Haus ufa prostocie działania: kiedy cztery ciała wykonują konkretną pracę i nie trzeba jej dodatkowo objaśniać. Może dlatego najdłużej pamięta się nie Szekspira ani nawet samą Lukrecję, lecz białą podłogę, która mimo nieustannego szorowania pozostaje podejrzanie trudna do oczyszczenia. To obraz prosty, ale po przedstawieniu zaczyna pracować dalej. Bo być może nie chodzi wcale o to, czy ciało jest czyste czy brudne. Chodzi o obsesyjną potrzebę, żeby wciąż rozstrzygać tę kwestię – jakby od przypisania ciału jednej z tych dwóch kategorii zależało nasze poczucie porządku, niewinności i bezpieczeństwa. A przecież właśnie spektakl Hertz Haus pokazuje, że po doświadczeniu przemocy żadna z tych kategorii nie jest już niewinna: czystość może stać się przymusem, brud – piętnem, a samo ciało miejscem, na którym inni bez końca próbują zapisać własne wyobrażenia o winie, krzywdzie i możliwości odzyskania siebie.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także