„Magiczna rana” Doroty Masłowskiej w reż. Radosława Maciąga w Teatrze Studio w Warszawie. Pisze Katarzyna Niedurny, członkini Komisji Artystycznej 32. Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
Wszystko jest beżowe, zanurzone w tym najbardziej nijakim z kolorów. W tej właśnie tonacji utrzymana jest zarówno scenografia (Łukasz Misztal), jak i kostiumy (Patrycja Fitzet): sprane, przytłumione, zużyte. Wszyte w nie fragmenty sieci funkcjonują zarazem jak resztki dziwnego śmiecia i jak coś, w co bohaterowie dali się złapać, chociaż może sami tego nie zauważyli.
Na tym tle stoi metalowa konstrukcja, jej funkcja nieustannie się zmienia: raz przypomina mieszkanie, innym razem plac budowy, czasem opuszczony plac zabaw, czasem plażę po sezonie, gdzie zostały już tylko resztki atrakcji i ślady czyjejś nieobecności. Ten świat jest nijaki, obcy i przytłaczający. Funkcjonują w nim postaci niezwykle intensywne, nadwrażliwe, których lęki i pragnienia ostro kontrastują z wizualną monotonią otoczenia ożywianą jedynie przez wyświetlane cały czas wizualizacje Natana Berkowicza. Bohaterowie wyraźnie się w tej rzeczywistości nie mieszczą, a jednocześnie nie potrafią z niej uciec.
Przedstawienie w Teatrze Studio to bardzo zręczna, konsekwentna i inteligentna adaptacja wybranych opowiadań Doroty Masłowskiej ze zbioru Magiczna rana. Reżyser Radosław Maciąg i dramaturg Konrad Hetel z osobnych tekstów budują spójny, precyzyjnie zaprojektowany świat sceniczny, w którym umieszczają bohaterów kilku różnych fabuł. Teksty zestawione na scenie przeglądają się w sobie nawzajem, budując nowe znaczenia i tworząc własny kosmos skojarzeń. I chociaż wszystkie te opowieści są smutne, naznaczone poczuciem bezsensu i zawieszenia, ten ponury pejzaż pozostaje przeniknięty charakterystycznym dla Masłowskiej poczuciem humoru i ironią. To właśnie one równoważą ciężar poruszanych tematów, wprowadzają dystans i groteskowy rys, który pozwala sensom wybrzmieć z większą siłą, działać na widza jednocześnie rozśmieszając go i wzruszając.
Klamrą spinającą całość jest historia niezauważanego przez własną matkę (Sonia Roszczuk) chłopca (Rob Wasiewicz), tak zwanego Młodego. Kobieta woli randkować z chłopakiem (Daniel Dobosz) niż zabawiać syna. W konsekwencji ten w jednej z pierwszych scen spuszcza się w toalecie i w ten absurdalny sposób trafia na dziwną plażę – przestrzeń zawieszoną pomiędzy światami. Chłopca nie dziwi fakt, że spotyka tam swojego zmarłego wujka (Maciej Pępuś), w dodatku obwiązanego sznurami, pamiątką po utonięciu. Teraz obaj wędrują po tym osobliwym czyśćcu rządzącym się własną, wewnętrzną logiką – a my podążamy ich śladem. Ta rama nadaje spektaklowi klarowną strukturę i pozwala swobodnie przechodzić między kolejnymi historiami.
Poznajemy zakochaną kobietę (Ewelina Żak), która organizuje schadzki z kochankiem w podupadłym hotelu, miejscu tak nietrwałym jak ich relacja i tak jak ona niespodziewanie zburzonym. Oglądamy historię pary celebrytów próbujących zagłuszyć pustkę nowo zakupionego mieszkania imprezą, podczas której wyraźnie widać, że to ona (Dominika Biernat) jest bardziej rozpoznawalną częścią tej power couple, co jemu (Tomasz Nosiński) ewidentnie ciąży. Widzimy mężczyznę (Daniel Dobosz) konfrontującego się z faktem, że podczas wesela, pod wpływem alkoholu, przespał się z własną nieletnią kuzynką (Wiktoria Kruszczyńska), która teraz chce wejść z nim w związek. Pojawia się także inny mężczyzna (Michał Surówka), próbujący umówić się z poznaną na siłowni trenerką (Maja Pankiewicz), oraz finałowa, znakomicie zagrana opowieść o pracy w rzemieślniczej piekarni i związanym z nią systemowym wyzysku (Maja Pankiewicz jako pracownica i Sonia Roszczuk jako szefowa). Każda z tych historii zachowuje własny rytm, ton i emocjonalny ciężar, a jednocześnie płynnie wpisuje się w większą narrację o ranach, wcale nie magicznych, z których nie da się łatwo ani szybko wyleczyć.
Spektakl daje ogromne pole do popisu zespołowi Teatru Studio. Aktorzy mogą sięgnąć po pełną gamę środków z pogranicza absurdu, groteski i tonów znacznie smutniejszych. Ta stylistyczna swoboda wyraźnie im służy. Widać, że dobrze czują się w świecie opartym na przerysowaniu, rytmie i językowej energii. Dzięki temu spektakl nie tylko oddaje ducha prozy Masłowskiej, lecz także twórczo ją rozwija, dopisując nowe, nieoczywiste i zaskakujące znaczenia. To ten przypadek, kiedy scena dodaje powieści dodatkowych znaczeń.
Masłowska, silnie związana z Warszawa, pozostawia w tekście i inscenizacji wyraźne tropy pozwalające osadzić akcję właśnie w tym mieście. Jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to raczej jakieś niemiejsce, przestrzeń zawieszona, pozbawiona jednoznacznej geografii, do której postacie trafiają jakby z innej realności, aby na nowo się pozbierać, przepracować swoje doświadczenia i spróbować wyleczyć rany. Po raz kolejny u tej autorki Warszawa jest stanem umysłu: miastem-obietnicą, które nie dotrzymało słowa.
W ostatniej scenie Gabi, bohaterka grana przez Maję Pankiewicz trafia do terapeutki (Ewelina Żak), ale takiej z Narodowego Funduszu Zdrowia, która nie ma dla niej czasu ani energii. Kobieta opowiada o swoich perypetiach, przekonując się boleśnie, że gdy przeżywa się kryzys psychiczny i jednocześnie nie ma się pieniędzy, pomoc systemowa okazuje się iluzją. Możemy domyślać się, że po wyjściu z gabinetu popełnia samobójstwo, chociaż pozostaje to w sferze niedopowiedzenia. Wtedy obecna na scenie metalowa konstrukcja zmienia się w wielki, płynący ulicą, statek, na którym spotykają się wszyscy bohaterowie. Wypływają z warszawskiego czyśćca w bliżej nieokreślony świat. Być może to szansa wyjścia ze stanu zawieszenia, w którym dotąd tkwili, i możliwość wyobrażenia sobie innej, lepszej formy istnienia.
Czas popłynąć ku zachodzącemu słońcu.
Dorota Masłowska, MAGICZNA RANA. Reżyseria: Radosław Maciąg, adaptacja: Radosław Maciąg, Konrad Hetel, scenografia: Łukasz Misztal, kostiumy: Patrycja Fitzet, muzyka: Przemysław Kunda, światło i live video: Robert Mleczko, multimedia: Natan Berkowicz, choreografia: Karolina Rentflejsz-Maciąg, premiera: 19 grudnia 2025 w Teatrze Studio w Warszawie.