„Trzy siostry. Dyplom.” w reż. Anny Ilczuk, dyplom studentów Wydziału Aktorskiego Akademii Sztuk Teatralnych we Wrocławiu. Pisze Mateusz Leon Rychlak na stronie mateuszleonrychlak.pl.
„Klasyka to książki, które każdy chciałby znać, a nikt nie chce czytać.” Mark Twain
Wybór klasyki dramatu na spektakl dyplomowy to zawsze wybór odważny. Krytykom i jury festiwali zdecydowanie ułatwia to życie, z uwagi na łatwość znalezienia punktu odniesienia do tego, co prezentowane jest na scenie. Artystów jednak stawia to wobec dylematu jak sprostać oczekiwaniom, wprowadzając jednocześnie autorskie i świeże spojrzenie. Spektakl dyplomowy studentów Wydziału Aktorskiego AST filia we Wrocławiu pt. „Trzy siostry. Dyplom.” w reż. Anny Ilczuk balansował na cienkiej linie i szczęśliwie dotarł do zakończenia zasługując na niewymuszony aplauz.
Sądzę, że kluczowe było zróżnicowanie zadań aktorskich pomiędzy pierwszą a drugą częścią spektaklu. W początkowym segmencie widzowie mieli możliwość obserwować głównie grę pozorów, skomplikowany rytuał konwenansu końca XIX wieku. Swobodne wyrażanie myśli i emocji dla bohaterów dramatu Czechowa było nie do pomyślenia. Wtłoczeni w sztywne ramy pruderyjnego społeczeństwa nie mogą sobie pozwolić na wolność najbardziej osobistych przestrzeni.
Z kolei w drugiej części ta maska opada i ukazuje się frustracja, namiętność, gniew i rozpacz. Użyte środki wyrazu stają się zdecydowanie bardziej współczesne. Warstwa kostiumowa i scenograficzna ulega stopniowej dekompozycji, w przeciwieństwie do warstwy emocjonalnej i aktorskiej. Na końcu pozostaje już tylko biała płachta, na której pozbawieni strojów z epoki artyści wyrażają pozbawioną fasady prawdę.
W tych dwóch dynamikach aktorki i aktorzy bardzo dobrze się odnajdywali. Tytułowe trzy siostry, zachowują indywidualny rys jaki nadał im Czechow. Sofia Grzybacz jako Irina, pozostaje najbardziej otwartą, nie przystając do realiów, nie chcąc pogodzić się z losem, jaki jej narzuca sytuacja. W tej kreacji mamy do czynienia zdecydowanie z postacią zbudowaną na koncepcji tęsknoty za „wolnością od”. Od małżeństwa, pracy, prowincjonalnego miasteczka.
Kinga Horochowik w roli Maszy, z kolei opiera się na ,,wolności do”. Postać Maszy pragnie tylko jednej rzeczy i do niej dąży, powstrzymywana brakiem swobody w tym wyborze. Aktorka prezentuje linearne narastanie napięcia, w ramach którego pragnienie bohaterki staje się coraz bardziej nieodparte, i coraz bardziej nieuchwytne. Sportretowanie tego konfliktu, udało się wyśmienicie.
Ostatnia siostra, Olga, grana przez Justynę Piechotę, ukazana jest przez połączenie cech dwóch pozostałych. Pozbawiona wolności pozytywnej i negatywnej, przytłoczona poczuciem obowiązku, w moim odczuciu staje się jedną z najbardziej tragicznych postaci tego spektaklu. Przez to zadanie aktorskie postawione przez Justyną Piechotą było zdecydowanie jednym z najtrudniejszych w całym przedstawieniu. Stwierdzam jednak, że poradziła sobie z nim zdecydowanie najlepiej, wciągając w ten cichy dramat uwagę i sympatię publiczności. Cały ten obraz podbudowany partiami wokalnymi przyprawia o lekki dreszcz, którego warto w teatrze poszukiwać.
Czas pomówić o rolach męskich. I tutaj pierwszeństwo zdobył zdecydowanie Michał Skiba jako Wierszynin, niemal żywcem wyciągnięty z epoki, z oficerskim opanowaniem podszytym dławionymi emocjami. W zestawieniu z Kingą Horochowik, tworzy bardzo udany duet, odpowiadając za formalną, ale kipiącą od namiętności scenę intymną pomiędzy Maszą a Wierszyninem, ukazując najwyższy dostępny dla minimalizmu poziom emocjonalny.
Rozmaicie udały się kreacje pozostałych dwóch oficerów. Tuzenbach (Jakub Fura) i Solony (Eryk Nikolas) pozostają postaciami jednowymiarowymi. Bez większych zaskoczeń obyła się również postać Andrieja (Adrian Wójcicki). Są to bohaterowie poprowadzone zręcznie, choć nie dostrzegłem w nich szczególnie interesujących elementów.
Ciekawe motywy można za to odkryć w postaci Kułygina (Piotr Kasprzyk), przedstawionej z tym sztucznym optymizmem człowieka, którego uczucie jest skłonne wybaczyć każdą winę i zakopywać w odmętach duszy każdy wyrzut. Na odwrotnej zasadzie z kolei Jacek Lis oparł Czebutykina, który w końcu traci skrupulatnie pielęgnowane opanowanie.
Za nieudane natomiast uważam poprowadzenie postaci Nataszy. Czechow w tej bohaterce ukrył zło i okrucieństwo, które nie zawaha się przed żadnym krokiem, a ogranicza je jedynie ilość posiadanej władzy. Niestety Klaudii Iwańskiej nie było dane zaprezentować takiego spojrzenia. Mając potencjał na korzystanie z całej gamy negatywnych wzorców, takich jak ukryty gniew, zazdrość, podłość, wybór twórców padł na niesforność kapryśnego dziecka, która zupełnie mnie nie przekonała.
To czego zabrakło u Nataszy zostało zrekompensowane dodatkowym wątkiem żony Wierszynina, w której to roli zaprezentowała się Aldona Karska. Scena, której Czechow poskąpił w swoim utworze, wpasowuje się idealnie w strukturę tej opowieści, nadając jej dodatkowej głębi.
Jedynym naprawdę zbędnym elementem całego tego spektaklu są dwa monologi, wprowadzający i kończący. Odnoszę wrażenie, że ich usunięcie nie doprowadziłoby do żadnych istotnych zmian w odbiorze spektaklu, a ich pozostawienie wprowadza niepotrzebne zamieszanie do warstwy dramaturgicznej, zwłaszcza, że choć spektakl posiada subtelne przełamania czwartej ściany, to nie opiera się na żadnych istotnych zabiegach, które uzasadniałyby wykorzystanie prologu i epilogu w takiej wersji.
Niemniej jednak pozostaję pod dużym wrażeniem tego spektaklu. Intrygujące bogactwo środków wyrazu, świadome operowanie narzędziami i mechanizmami budowania dramaturgii, minimalizm oraz wyraźnie wprowadzony kontrast opowieści, to cechy, z którymi się spotkałem i mam nadzieję, że nie tylko mnie udało się je dostrzec.