23.02.2021, 15:31 Wersja do druku

Czas śmiało bronić własnych interesów

JAKUB WOZIŃSKI: Kiedy możemy się spodziewać, że szczegóły zmian w naliczaniu opłaty reprograficznej zostaną podane publicznie?

WANDA ZWINOGRODZKA: Niebawem. To jeden z aspektów projektowanej ustawy o uprawnieniach artysty zawodowego, która stanowi systemową zmianę warunków pracy w dziedzinie kultury, zaniedbywanej u nas od kilkudziesięciu lat. Oczekujemy teraz na wpisanie projektu do wykazu prac legislacyjnych rządu i, gdy to nastąpi, ogłosimy go i poddamy pod konsultacje publiczne oraz międzyresortowe.

Czy wysokość opłaty reprograficznej od smartfonów i laptopów będzie zbliżona bardziej do 1 czy raczej do 6 proc.?

Wysokość opłaty będzie jeszcze przedmiotem konsultacji. Z pewnością stawka nie będzie identyczna dla wszystkich urządzeń i nośników danych. Proszę pamiętać, że one bardzo się od siebie różnią - jedne służą do kopiowania tekstów, inne - utworów dźwiękowych czy audiowizualnych, jeszcze inne łączą te możliwości. Najważniejsze jest, aby kwoty, które dotąd zostawały przez lata w kieszeni producentów sprzętu, trafiły wreszcie - tak jak w większości rozwiniętych krajów - do artystów pozbawionych wynagrodzenia za swoją pracę wskutek masowego, bezpłatnego kopiowania i odtwarzania ich utworów na urządzeniach elektronicznych.

Czy MKiDN nie obawia się, że wprowadzanie tych zmian w trudnym dla gospodarki momencie przyczyni się do negatywnej reakcji społeczeństwa? Od początku roku było już nawet kilkadziesiąt różnych podwyżek, a tu szykuje się kolejna.

W tej sprawie polska opinia publiczna jest manipulowana przez potentatów branży elektronicznej. Polska jest dla nich jednym z ostatnich - ledwie kilku - krajów europejskich, w których nie muszą uiszczać opłaty reprograficznej, ponieważ od kilkunastu lat skutecznie lobbują przeciwko nowelizacji przepisów i w rezultacie opłata dotyczy archaicznych urządzeń, np. magnetofonów czy magnetowidów, którymi nikt już nie handluje.

Na potrzeby artystów przekazuje się więc niespełna 2 mln euro rocznie, podczas gdy np. w Niemczech ponad 330 mln, we Francji ponad 270 mln. Nawet w znacznie mniejszych niż Polska krajach naszego regionu są to o wiele wyższe kwoty - np. na Węgrzech 27 mln. A mimo to sprzęt elektroniczny za granicą jest tańszy. Wystarczy posłużyć się porównywarką cenową, by stwierdzić, że np. w Niemczech, gdzie opłata reprograficzna jest najwyższa, ceny bywają niższe o kilkaset, czasem nawet o tysiąc złotych. Zatem ta rekompensata nie podwyższa automatycznie ceny, pokrywana jest bowiem z marży producentów i odrobinę uszczupla ich zysk. To sprawiedliwe rozwiązanie, ponieważ bezpłatny dostęp do dóbr kultury w ramach dozwolonego, prywatnego użytku znacznie podnosi atrakcyjność urządzeń elektronicznych, popyt na nie, a więc także dochody z ich sprzedaży.

Wydaje się jednak, że koszty wprowadzenia opłaty reprograficznej zostaną przerzucone w sporej mierze na konsumentów, a to w okresie funkcjonowania nauki zdalnej w szkołach może ograniczyć dostępność sprzętu dla najbardziej go potrzebujących. Ucierpią też polscy importerzy.

To bajki. W UE mamy wspólny rynek, więc w praktyce nie można bezkarnie śrubować cen. Skoro za granicą jest taniej, to polski konsument dokona zakupu tam - już teraz w Niemczech sklepy oferują wysyłkę towaru do Polski bez dodatkowych kosztów.

Jeśli jednak uda się zastraszyć opinię publiczną groźbą podwyżek i zapobiec objęciu opłatą nowoczesnych urządzeń, to cały zysk z ich tutejszej sprzedaży pozostanie na kontach producentów. I o to toczy się gra. Naprawdę bezwzględna gra, bo w czasach pandemii popyt na elektronikę gwałtownie rośnie, a tym samym rosną dochody wytwarzających ją koncernów. To jedna z nielicznych branż, która obecnie przeżywa prosperity. Tymczasem artyści drastycznie ubożeją, bo z ich dziełami publiczność obcuje głównie poprzez monitory i słuchawki, przeważnie za darmo. I w tych okolicznościach odmawia się im nawet tej niewielkiej rekompensaty, jaką stanowi opłata reprograficzna. Po to, by maksymalizować własne zyski, łudząc naiwnych frazesami o rzekomej obronie konsumentów i zwracając tych ostatnich przeciwko artystom.

W efekcie Polacy wciąż kupują laptopy drożej, a nasi muzycy najmują się do pracy na budowach, tak jak np. Mateusz Gawęda, pianista jazzowy, którego przejmującą historię niedawno przedstawiono w „Warto rozmawiać". Dziel i rządź! Dopóki opinia publiczna pozwoli się konfliktować i tumanić, także z udziałem mediów i polityków, dopóty nasz rynek będzie drenowany bez skrupułów.

Czy nie lepiej byłoby tych pieniędzy poszukać w różnego rodzaju serwisach streamingowych? Szkody w zakresie prawa autorskiego generowane przez smartfony czy laptopy są już dziś znikome.

Przytacza pan argumenty Związku Importerów i Producentów Sprzętu Elektrycznego i Elektronicznego. Usiłują oni skompromitować rekompensatę reprograficzną, ale nie konkretyzują tego jakoby lepszego, przyszłościowego rozwiązania kwestii naruszania praw autorskich. A może zapytajmy: Dlaczego prawie wszystkie kraje europejskie ściągają skutecznie tę rekompensatę i przekazują ją swoim artystom, zamiast ją zlikwidować i wprowadzić to tajemnicze, cudowne narzędzie, które ZIPSEE proponuje Polsce? Gdy ono sprawdzi się gdzie indziej, przyjdzie pora, by mu się przyjrzeć. Na razie lepiej poprzestańmy na tym, które działa na całym naszym kontynencie, z wyjątkiem kilku krajów, np. Białorusi czy Albanii. To chyba nie są wzorce regulacji rynku, do których aspirujemy?

Federacja konsumentów zwróciła się z apelem do wicepremiera Piotra Glińskiego o wycofanie się z prac nad nowelizacją ustawy o opłacie reprograficznej, wskazując na to, że przyczyni się ona do pogłębienia wykluczenia cyfrowego. Jak się do tego państwo ustosunkowali?

Cóż, wciąż mamy do czynienia z tego typu presją. Z uwagi na skalę zagrożonych zysków jest to zrozumiałe. Jednak stanowisko MKiDN w tej sprawie jest niezmienne i było już wiele razy przedstawiane w mediach. Dobrze znane jest też stanowisko Federacji Konsumentów, która współpracuje z ZIPSEE od wielu lat. Tak to niestety jest, że producenci miewają u nas rozległe wpływy, bo przez całe dziesięciolecia traktowano ich czołobitnie w przekonaniu, że polski rynek bardziej ich potrzebuje niż oni naszego rynku. To założenie przyjęto w obliczu zapaści gospodarczej, odziedziczonej po komunizmie.

Po ponad 30 latach sytuacja się jednak zmieniła, najwyższy czas wyzwolić się z takich kompleksów i śmiało bronić własnych interesów - w tym wypadku interesu polskich konsumentów wciąż przepłacających za sprzęt elektroniczny oraz polskich artystów odzieranych z uczciwego zarobku.

Źródło:

Do Rzeczy

nr 8/413, 22-28 II 2021
Autor:

Wanda Zwinogrodzka, Jakub Woziński

Data:

22.02.2021