„Diabeł i dziewczyna” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reż. Marcina Libera w Teatrze Nowym im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu. Pisze Dominik Gac, przewodniczący Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
Sinéad O’Connor podarła zdjęcie Jana Pawła II w nadawanym na żywo programie telewizyjnym „Saturday Night Live”. Był to akt protestu przeciwko poczynaniom Kościoła Katolickiego w Irlandii. Taki czyn w 1992 roku wiązał się z ostracyzmem, który bez wątpienia zaważył na karierze piosenkarki. O’Connor zmarła w 2023 roku w wieku 56 lat jako muzułmanka i jedna z ikon popkultury – ta odważna, buntownicza. Dziś jest jasne, że dwudziestosześcioletnia dziewczyna miała rację, a ujawnienie wieloletnich skandalicznych nadużyć i przestępstw, których dopuszczał się irlandzki Kościół wobec dzieci, przyczyniło się do radykalnego przyspieszenia laicyzacji zielonej wyspy. Przy każdej kolejnej aferze pedofilskiej w polskim kościele pojawiają się głosy, że czeka nas ten sam los i lada moment będziemy drugą Irlandią. Twórcy przedstawienia w poznańskim Teatrze Nowym na pewno te głosy słyszeli.
Małgorzata Sikorska-Miszczuk korzysta z biografii O’Connor, po to by w swojej sztuce Diabeł i dziewczyna opowiedzieć o zderzeniu jednostki z systemem. Fantazjując na temat losów Sinéad (w tej roli Weronika Asińska) sugeruje, że wolność wymaga wiecznej pracy, że to niekończąca się walka o zachowanie podmiotowości. Są bowiem na tym świecie siły, które usiłują nas wykorzystać i uprzedmiotowić. Kościół katolicki jest jedną z nich, ale nie dlatego, że w chrześcijaństwie tkwi jakiś szczególny ideologiczny gen. Budując hierarchie, godzimy się na uprzedmiotowienie tych, którzy znajdą się na dole. Wokół jakich kategorii te hierarchie stawiamy – to już drugorzędne. Poza tym Jezus był spoko oraz hot, no i upominał się o tych na dole. Dlatego gra go Dawid Ptak, w modnych tatuażach, złotych bokserskich spodenkach, blado-różowej koronie cierniowej i z charyzmą licealnej gwiazdy, do której wzdychają wszystkie koleżanki. Aż dziwne, że Maria (Edyta Łukaszewska), zdewociała i przemocowa matka Sinéad, zakochała się nie w Chrystusie a w Janie Pawle II (Aleksander Machalica). No właśnie, bo z tym zdjęciem nie chodziło wyłącznie o papieża, a nawet nie przede wszystkim o niego. Była to zemsta córki na dręczącej ją w dzieciństwie matce. Zemsta sprawiedliwa.
W Diable i dziewczynie obserwujemy Kościół, który po latach (ilu?) przyznaje Sinéad racje i wynosi ją na ołtarze – jako męczenniczkę. Czasy się zmieniły, zmieniły się też oczekiwania wiernych. Czy to wyraz dziejowej sprawiedliwości? Przeciwnie. Ot, mądrość etapu i kolejna pułapka. Aby się z niej wydostać Sinéad przeprasza duchownych za swój telewizyjny performans. Wyczekiwana wcześniej skrucha jest teraz kamieniem rzuconym w żarna watykańskich młynów. Sikorska-Miszczuk udowadnia, że służące do porządkowania świata kategorie słuszności i błędu oraz dobra i zła zawsze istnieją w kontekście. Nic dziwnego, że patronem tego dziwnego świata jest Pan Diabeł (Ildefons Stachowiak) o bułhakowskiej proweniencji.
Rzeczy się komplikują, przybywa teatralnych atrakcji. Żeby się w spektaklu nie zgubić, warto znaleźć nić przewodnią. Poza zderzeniem jednostki z systemem istotna jest także kategoria wizerunku. W finale spektaklu papież drze zdjęcie piosenkarki. A może to diabeł? Obydwaj bohaterowie mają na sobie podobne szaty, co podpowiada, że nasza wiedza o tym, kto jest kim, może nie być najpewniejsza. Podarcie zdjęcia to klamra z początkową sceną sesji fotograficznej, na której powstają kolejne kanoniczne portrety artystki. Reżyser, Marcin Liber, który jest też fotografem, podpowiada, że obraz znaczy więcej niż nam się wydaje. Pewnie można by tę interpretację rozwijać – aż do ikony i dalej, do ikonoklazmu, ale to już na własną rękę. Artyści nie są zainteresowanie podsuwaniem klarownych wniosków.
Gdzie właściwie rozgrywa się akcja? Postaci wymieniają konkretne miejsca: klinikę położniczą, telewizyjne studio, Madison Square Garden, wreszcie piekło. Mirek Kaczmarek i Maria Mordarska, odpowiedzialni za scenografię i kostiumy, zaprojektowali opalizująco-marmurowe wnętrze z ołtarzem w centrum. Początkowo pustym – jak ofiarny stół – później ozdobionym plastikowym szkieletem nowej świętej. Kicz jest ważnym elementem teatru Libera. W Diable i dziewczynie widać go nie tylko w cekinowych kostiumach kościelnych hierarchów, ale przede wszystkim w scenie z Matką-Trupem, która wygląda jak opętana zakonnica z horroru klasy Z. Narodziny Sinéad mają z kolei coś wspólnego z Rosemary’s Baby.
Liber wyreżyserował przedstawienie widowiskowe i energetyczne. Z charakterystyczną dla siebie swadą mieszając popkulturowe tropy i dbając o podkreślenie ich politycznej wymowy. Dlatego narrator Bruno (Mateusz Wróblewicz), zjawia się w pierwszej scenie w kominiarce w irlandzkich barwach narodowych – jak członek słynnej ostatnimi czasy hip-hopowej grupy Kneecap, rapującej w języku irlandzkim i zabierającej głos w sprawach wewnętrznych i międzynarodowych (np. potępiającej działania Izraela w Palestynie, do których to działań odnosi się w spektaklu sam Jezus). Muzyka rozrywkowa ma w tym kraju buntowniczą tradycje – sugeruje reżyser. Jednocześnie jest jasne, że to tyleż opowieść o Irlandii, co o Polsce, dlatego Bruno intonując hymn śpiewa „Jeszcze Irlandia nie zginęła…”, a scena z pielgrzymki papieża na zieloną wyspę sprowadza się do pozdrawiania pielgrzymów z kolejnych regionów Polski.
Tego rodzaju papieskie dowcipy to samograj. Kampowo-groteskowy nawias pozwala na coraz śmielsze szarże. Jesteśmy prawie dekadę po Klątwie Olivera Frljićia. Dziś o pedofilii w Kościele można mówić w innym tonie. Co oczywiście nie znaczy, że nie będzie z Diabła i dziewczyny jakiegoś skandalu. Posiadacze uczuć religijnych to bardzo wrażliwi ludzie. Trudno jednak dopatrzeć się w działaniach Libera jakiejś wyjątkowej prowokacji. Poznański spektakl w najostrzejszych fragmentach przypomina raczej skrzący się cekinami antyklerykalny kabaret – do wtóru popowych szlagierów. Słyszymy między innymi Mad World Tears For Tears czy Kiss from a Rose Prince’a, ale jeśli ktoś liczył na Nothing Compares 2 U lub jakikolwiek inny utwór z repertuaru bohaterki, to się zawiedzie. W sztuce Sikorskiej-Miszczuk ów największy przebój O’Connor się zmieścił, w spektaklu Libera już nie. Dlaczego? Ot, zagadka.
Wszystkie te ciekawe wątki nie uwalniają Diabła i dziewczyny od mankamentów. Irytuje przede wszystkim brak wiary w rozgarnięcie widza. W teatrze nie wolno scrollować telefonów, ludzie nie rozpraszają się tak łatwo, jak podczas oglądania seriali na domowej kanapie i nie trzeba im powtarzać pięć razy tego samego. Rozumiem potrzebę widowiskowości, ale czy scena jak z rapowego koncertu, do której zaproszono statystów, warta była tego zachodu? Drażni też pęknięcie pomiędzy dobrą teatralną rozrywką a spektaklem interwencyjnym w tak zwanej słusznej sprawie. Czy tego rodzaju sztuka to jeszcze wyważanie drzwi, czy już tylko zabawa na pluszowym ringu?
Małgorzata Sikorska-Miszczuk DIABEŁ I DZIEWCZYNA, reżyseria: Marcin Liber, scenografia i kostiumy: Mirek Kaczmarek, Maria Mordarska, reżyseria świateł: Katarzyna Łuszczyk, muzyka: Marcin Macuk, choreografia: hashimotowiksa (Paulina Jaksim, Katarzyna Kulmińska), prapremiera 27 marca 2026.