„Szczera” Marty Andrzejczyk i Natalii Świniarskiej na XXI Międzynarodowym Festiwalu Wyobraźni i Możliwości Teatru Lalek ANIMA. Pisze Wiesław Kowalski.
Najciekawsze przedstawienia nie próbują opowiedzieć historii lepiej od literatury. Szukają dla niej nowego języka. „Szczera” nie tyle adaptuje opowiadanie Sary Maitland, ile wydobywa z niego to, czego nie sposób zamknąć w słowach. Paradoksalnie właśnie dlatego jest to spektakl o komunikacji – o tym, jak wiele można powiedzieć bez mówienia.
Już od pierwszych minut wiadomo, że nie będziemy uczestniczyć w klasycznej narracji. Historia rozwija się jednocześnie poprzez kilka sposobów odbioru: słowo, dźwięk, ilustrację, gest i ruch. Ta wielowarstwowość nie sprawia jednak wrażenia formalnego eksperymentu. Wszystkie elementy podporządkowane są jednej idei – pokazaniu, że opowieść nie ma jednego uprzywilejowanego nośnika, lecz powstaje z ich wzajemnego napięcia.
Największym odkryciem spektaklu okazała się dla mnie Natalia Świniarska. Trudno nazwać jej obecność wyłącznie aktorstwem, bo tworzy na scenie autonomiczny sposób myślenia o teatrze. Polski Język Migowy i techniki Visual Vernacular nie pojawiają się tutaj jedynie jako sposób przekazania treści. Stają się pełnoprawnym tworzywem scenicznym, które organizuje rytm i emocjonalną strukturę przedstawienia.
Świniarska buduje znaczenia z niezwykłą precyzją. Jej twarz potrafi w jednej chwili przejść od delikatności do drapieżności, a ciało pozostaje nieustannie w ruchu, jakby reagowało na niewidzialne impulsy płynące spod powierzchni opowieści. W jej wykonaniu gest nie zastępuje słowa – on je przekracza. Są momenty, kiedy pojedynczy ruch dłoni niesie większy ładunek emocjonalny niż najbardziej ekspresyjny monolog.
To aktorstwo wyjątkowo świadome rytmu. Świniarska nie tylko wykonuje kolejne znaki, lecz prowadzi widza przez zmieniające się tempo historii. Raz jest niemal niewidoczna, pozwalając wybrzmieć ciszy, by za chwilę eksplodować energią całego ciała. Jej obecność nieustannie przyciąga wzrok, choć nigdy nie sprawia wrażenia walki o uwagę publiczności.
Marta Andrzejczyk proponuje zupełnie odmienny sposób istnienia na scenie. Jej głos nie opowiada świata realistycznie. Tworzy raczej pejzaż dźwiękowy, który otacza bohaterki i widzów. Śpiew gardłowy, oddechy, rezonujące instrumenty i wokalne improwizacje budują doświadczenie bardziej cielesne niż muzyczne. To dźwięk, który odczuwa się fizycznie.
Najciekawsze jest jednak spotkanie obu performerek. Nie funkcjonują jako dwie wykonawczynie realizujące odrębne zadania. W pewnym momencie zaczynają przypominać dwa sposoby myślenia tego samego organizmu. Głos i gest nie tworzą relacji przekładu. Spotykają się raczej jako dwa niezależne porządki doświadczenia, które dopiero razem odsłaniają pełniejszy wymiar historii.
Na tym tle sama fabuła wydaje się niemal archetypiczna. Historia dwóch kobiet żyjących poza społecznym porządkiem zostaje zakłócona przez pojawienie się obcego. Można oczywiście odczytywać ją jako opowieść o zazdrości, przemijaniu czy rywalizacji. Mnie bardziej zainteresowało coś innego. Mam wrażenie, że „Szczera” opowiada przede wszystkim o momencie, w którym człowiek zaczyna oglądać siebie cudzymi oczami. Dopóki bohaterki pozostają same, ich świat jest kompletny. Nie potrzebują definicji ani potwierdzenia własnej wartości. Dopiero obecność kogoś z zewnątrz uruchamia mechanizm porównań, ocen i lęku przed niewystarczalnością. To niezwykle współczesna intuicja, choć ubrana w kostium ludowej opowieści. Dlatego spektakl nie wydaje mi się przede wszystkim opowieścią o kobiecości. Jest raczej historią o utracie wewnętrznej wolności. O chwili, kiedy przestajemy patrzeć na siebie własnym wzrokiem i zaczynamy istnieć jako odbicie w oczach innych.
Warstwa plastyczna pozostaje oszczędna, ale konsekwentna. Malarskie projekcje i maski nie próbują dominować nad aktorkami. Stanowią raczej dyskretne rozszerzenie świata przedstawionego. W epoce teatralnego nadmiaru to decyzja godna uznania. Twórczynie ufają wyobraźni widza.
Największą siłą „Szczerej” okazuje się jednak coś znacznie trudniejszego do uchwycenia – umiejętność budowania skupienia. Spektakl nie spieszy się, nie zabiega o efektowność i nie podsuwa gotowych interpretacji. Pozwala widzowi wejść we własny rytm odbioru. W świecie, który coraz częściej wymaga natychmiastowych emocji, taka cierpliwość staje się wartością samą w sobie.
Po wyjściu z teatru najmocniej zapamiętałem nie obrazy ani dźwięki, lecz twarz Natalii Świniarskiej. To rzadki przypadek aktorki, która potrafi budować znaczenia poza słowem, a jednocześnie nieustannie pozostaje w kontakcie z widzem. Jej kreacja nie imponuje techniką dla samej techniki. Zachwyca dlatego, że za każdym gestem stoi prawdziwa obecność.
„Szczera” jest spektaklem wymagającym uważności, ale odwdzięcza się tym, którzy zgodzą się zwolnić jego tempo. To teatr, który nie przekonuje argumentami. Przekonuje doświadczeniem. A to różnica zasadnicza.