„Który to Robin” w reż. Marka Idzikowskiego z Teatru Rzeczy na XXI Międzynarodowym Festiwalu Wyobraźni i Możliwości Teatru Lalek ANIMA. Pisze Wiesław Kowalski.
Najbardziej zaskakujące w spektaklu „Który to Robin?” Fundacji Teatr Rzeczy jest to, że Robin Hood pojawia się właściwie wtedy, gdy przestaje być potrzebny jako bohater. Twórcy szybko odbierają widzowi oczekiwanie na klasyczną opowieść o banicie z lasu Sherwood. Legenda nie zostaje tu odtworzona — zostaje poddana próbie pamięci. Marek Idzikowski wraz z Michałem Ferencem i Maciejem Sakowiczem-Cempurą interesują się chwilą, w której wielka historia zaczyna się kruszyć, ale człowiek wciąż nie chce się z nią rozstać.
Robin Hood jest tutaj kimś przywoływanym z pamięci. Nie pomnikiem, lecz wspomnieniem. Kimś, kto istnieje dzięki temu, że ktoś jeszcze próbuje go opowiedzieć. To przedstawienie nie pyta więc wyłącznie o to, kto ma prawo zostać Robinem. Pyta raczej, dlaczego wciąż potrzebujemy takich postaci i co zostaje z bohaterów, kiedy przestajemy wierzyć w ich pełną, zamkniętą legendę.
Scena przypomina miejsce po dawnej przygodzie. Nie ma tu monumentalnego lasu Sherwood ani średniowiecznego świata zbroi, zamków i pojedynków. Jest kilka przedmiotów, które wydają się przypadkowe, niemal zapomniane. Z nich jednak powstają miejsca, postaci i zdarzenia. Nie chodzi jednak tylko o teatralną sztuczkę zamiany rzeczy w znaki. Ważniejsze jest to, że spektakl pokazuje sposób działania ludzkiej pamięci: z fragmentów, drobnych szczegółów i niedopowiedzianych obrazów próbujemy odtworzyć całe historie.
Dlatego tak istotna jest obecność rzeczy zużytych i pozornie niepotrzebnych. Nie otrzymują one po prostu „drugiego życia”, ale stają się śladami czyjejś obecności. Ich niedoskonałość pozostaje widoczna. Teatr nie ukrywa ich przypadkowości, przeciwnie — czyni z niej źródło znaczenia. To, co zwykle wyrzucamy poza uwagę, nagle okazuje się zdolne opowiedzieć coś o człowieku.
Jednym z najważniejszych rekwizytów przedstawienia jest zwykły kij. Pojawia się już na początku jako element zabawy, a później powraca pod koniec spektaklu. Pomiędzy tymi momentami przechodzi wiele przemian — staje się narzędziem wyobraźni, partnerem scenicznych działań, czymś pomiędzy przedmiotem a bohaterem. Ten powrót ma znaczenie: spektakl zatacza krąg, przypominając, że teatr zaczyna się od najprostszej czynności — od decyzji, że zwykła rzecz może na chwilę stać się czymś więcej.
Podobnie ważne są chwile, w których scena uwalnia się od samego opowiadania. Aktorzy sięgają po gitary, pozwalając muzyce wybrzmieć nie jako ilustracji, ale jako osobnemu językowi przedstawienia. Te momenty poszerzają przestrzeń spektaklu. Zamiast prowadzić widza przez kolejne wydarzenia, twórcy zatrzymują czas i pozwalają, by pojawiło się coś bardziej ulotnego — wspólne granie, rytm, obecność dwóch ludzi na scenie.
Właśnie ta obecność wydaje się jednym z największych atutów „Który to Robin?”. Ferenc i Sakowicz-Cempura nie ustawiają się wobec siebie w relacji bohatera i towarzysza jego przygód — obaj w równym stopniu są twórcami tego świata, który powstaje na oczach widzów. Są raczej dwoma wędrowcami, którzy wspólnie próbują utrzymać przy życiu opowieść, której nie da się już odtworzyć w dawnej formie. Ich partnerstwo opiera się na uważności: na słuchaniu siebie nawzajem, reagowaniu na najmniejszy gest, gotowości do podjęcia wspólnej zabawy.
Humor w tym przedstawieniu nie służy jedynie rozładowaniu napięcia. Śmiech pojawia się obok melancholii, czasem wręcz ją odsłania. Bo za zabawą kryje się świadomość, że każda legenda kiedyś się kończy. Każdy bohater starzeje się razem ze swoimi odbiorcami. Można jednak jeszcze raz spróbować go przywołać — nie po to, żeby udawać, że nic się nie zmieniło, ale żeby sprawdzić, czy jego wartości nadal coś dla nas znaczą.
„Który to Robin?” jest więc przedstawieniem o teatrze, ale przede wszystkim o potrzebie opowiadania. O tym, że człowiek przechowuje historie podobnie jak przedmioty: czasem nie wie już dokładnie, do czego służyły, skąd się wzięły i czy wszystkie szczegóły są prawdziwe. A jednak nie chce ich wyrzucić.
Największą siłą spektaklu jest jego powściągliwość. Twórcy nie próbują stworzyć nowego Robina Hooda i nie przekonują widzów, że legenda wciąż działa w dawnym kształcie. Zamiast tego pokazują coś bardziej interesującego: moment, w którym mit spotyka się z pamięcią człowieka. Może właśnie dlatego Robin z tego przedstawienia pozostaje nieuchwytny. Nie dlatego, że nie wiadomo, który z bohaterów nim jest. Dlatego, że legenda istnieje tylko tak długo, jak długo ktoś chce ją podjąć i opowiedzieć. Wystarczy zwykły, skręcony patyk, by na moment przywołać łuk, a dawny bohater może powrócić nie jako pomnik, lecz jako żywa opowieść.