„Un-packing” Mikity Iłynczyka w reż. Katarzyny Kalwat w Teatrze Dramatycznym im. Gustawa Holoubka w Warszawie we współpracy z Wrocławskim Teatrem Współczesnym. Pisze Alicja Cembrowska w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena Recenzenta: 7/10
Ciężki od tematów „Un-packing” jest przytłaczający nie tyle dlatego, że Katarzyna Kalwat i Mikita Iłynczyk tkają gęstą sieć znaczeń, ile dlatego, że choć spektakl ma być polityczną fikcją, bliżej mu do przygnębiającego non fiction.
„Odrzucamy kompromisy i eufemizmy” – wyobrażam sobie, że na którymś etapie pracy nad „Un-packing” musiały paść takie słowa. Czas na okrągłe zdania dawno minął. Kalwat i Iłynczyk (dramaturgia) stawiają na wyolbrzymienie, żonglują przerysowaniem i groteską, pompują absurd do granic możliwości. Ale… czy naprawdę pomysły z kategorii „wywiad z uchodźcą w tle” czy „zamiana dowodów osobistych na karty uchodźców” mogłyby dziś kogokolwiek jeszcze zdziwić?
Zdaje się, że tylko dla formalności twórcy przenoszą akcję spektaklu do 2029 roku. Rok ten w rozlicznych raportach i analizach wyznacza „nowe standardy” – globalne cele klimatyczne, transformację cyfrową, zrównoważony rozwój. Zapowiedzi tego, co ludzkość zamierza osiągnąć, nie brzmią realnie, a tym bardziej wiarygodnie. Twórcy jednak ani myślą przeprowadzać suche analizy – szukają człowieka.
„Un-packing”, zestawiając przeszłość – pogromy białoruskich wsi po wojnie dokonywane przez tzw. Żołnierzy Wyklętych – i przyszłość – wybory oraz kwestię migracji w nadchodzących latach – poniekąd opowiada o teraźniejszości. Zresztą już na poziomie tytułu pojawia się skojarzenie z „unboxingiem” – codzienną czynnością twórców internetowych. Rozpakowywanie prezentów od marek jest przyjemniejsze niż zaglądanie do kartonu z traumami pokoleniowymi. Pytanie tylko, jak długo jeszcze tak prowizorycznie skonstruowany świat ma rację bytu. Łatwiej „odmóżdżyć się” z telefonem w dłoni, niż „zmóżdżyć się” nad tym, gdzie sięgają źródła współczesnych problemów.
Ostatecznie „Un-packing” to spektakl o pętli. O tym, że ktoś szturchnie kogoś, więc tamten się odszturchnie. O tym, że historia nie jest czarno-biała, że podział na złych i dobrych działa, ale tylko w bajkach. O tym, że wspólny proces „rozpakowywania historii” jest niemożliwy – wprowadzenie na scenę skrajnie rozbieżnych w swoich doświadczeniach postaci (wuj z Podlasia versus więźniowie polityczni z Białorusi) jaskrawo uzmysławia, iż opinie wynikają zazwyczaj z tak głęboko zakorzenionych przekonań, że nie wystarczy posianie nowej trawy. Konieczne byłoby całkowite zaoranie terenu.
Tym bardziej wymownie działa tu odwrócenie konstrukcji – widownię umieszczono na dużej scenie Teatru Dramatycznego, co właściwie zrównało „tu i teraz” z tym, co dzieje się w przedstawieniu. Ten gest zbliża do aktorów i opowieści, wymazuje bezpieczny dystans.
Przestrzeń dla ośmioosobowego zespołu aktorskiego również została „ściśnięta” – do ich dyspozycji pozostaje wąski pas. Jedną granicą jest widownia, drugą – ściana z kartonów. Zresztą kartonowe jest tu wszystko: toaleta, biurko, drzwi. To jedynie podkreśla prowizoryczność tego świata, jego chybotliwą naturę – wszak wystarczy lekkie pchnięcie, by wszystko się rozpadło.
Takie rozwiązania scenograficzne potęgują poczucie „ściśnięcia”, skumulowania formy i treści. Na ekranach i w uszach mieszają się języki, spektakl nie ma przerwy, dialogi przeplatają się z rozbudowanymi monologami. Chaos informacyjny, permanentny kocioł.
Przez tę wielojęzyczną, gorączkową historię prowadzą nas melodie cymbałów białoruskich – instrumentu będącego symbolem odrębności kultury Białorusi. Niezwykłe brzmienia wygrywane przez Tomasza Tarantę nadają spektaklowi bajkowego uroku. Delikatny, długo niezanikający dźwięk cymbałów kontrastuje z brutalną materią opowieści, ale jednocześnie pomaga lepiej ją zrozumieć.
Szczególnie wymowna jest scena, w której Autor (Kiryl Masheka) na kartonowych tabliczkach pokazuje białoruskie określenia na smutek. To kulminacyjna sekwencja, w której można wręcz odczuć wymieniane coraz szybciej stany duszy. Ile niuansów może mieć to, co w języku polskim określamy jednym słowem? Ile warstw bólu, tęsknoty i melancholii kryje się w języku, który dla większości widzów pozostaje niezrozumiały? Muzyka cymbałów w tej scenie brzmi jak przekład – pozwala usłyszeć to, czego nie jesteśmy w stanie przeczytać.
Kalwat nie boi się wprost pokazywać, jak łatwo można manipulować narracją w zależności od perspektywy. Scena rekonstrukcji historycznej wuja Mieczysława (doskonały Mariusz Drężek) balansuje na granicy groteski i horroru – jest prowokacją, ale też bolesnym przypomnieniem, że historia to nie neutralna opowieść. Nieraz przypadek decyduje, czy jesteś bohaterem, czy oprawcą; gonisz, czy uciekasz. Perspektywa ma znaczenie.
„Un-packing” nie udziela konkretnych odpowiedzi – być może takie wcale nie istnieją. Może w nowym świecie celem nie powinny być odpowiedzi, lecz nowe strategie dekodowania i dekorowania rzeczywistości?