Logo
Recenzje

Ciało, które nie chce już być posłuszne

21.09.2026, 10:07 Wersja do druku

„Rapeflower” w choreogr. i reż. Hany Umedy na Polskiej Platformie Tańca Wrocław 2026. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. M. Cydzik

W „Rapeflower” Hany Umedy trudno wskazać wyraźną granicę między ćwiczeniem a przymusem, techniką a podporządkowaniem. Precyzja nie zapewnia tu bezpieczeństwa, a powtarzalność nie prowadzi koniecznie do doskonałości. Ciało pozostaje w stanie próby, jakby bezustannie sprawdzało, komu i czemu ma służyć. Umeda sięga po jiutamai, tradycyjny japoński taniec, ale nie rekonstruuje jego dawnej formy. Poddaje ją własnemu doświadczeniu, pamięci i napięciom współczesnego ciała. Tradycja nie staje się więc ani bezpiecznym dziedzictwem, ani czymś, co trzeba po prostu odrzucić. Jest materiałem, z którym trzeba się zmierzyć od środka.

Najważniejsze dzieje się w fizyczności performerki. Napięcie mięśni, ograniczenie gestu, kontrola oddechu, zatrzymanie i ponowne podjęcie ruchu budują sytuację, w której ciało nigdy nie osiąga pełnej swobody. Powracające „jeszcze raz” początkowo można odczytać jako element treningu: próbę poprawienia ruchu, osiągnięcia większej precyzji. Z czasem to samo polecenie zaczyna jednak brzmieć inaczej. Powtórzenie może doskonalić, ale może też podporządkowywać. Dyscyplina okazuje się ambiwalentna: pozwala zdobywać umiejętność, a jednocześnie może stać się narzędziem kontroli.

Już sposób pojawienia się ciała na scenie podważa oczywistość patrzenia. Umeda leży, a jej ciało zostaje częściowo przesłonięte projekcją pola rzepaku. Jest obecne, ale nie od razu dostępne dla wzroku. Publiczność patrzy, próbuje rozpoznać, co właściwie widzi. Ta sytuacja powraca później w różnych formach. Teatr daje możliwość obserwowania ciała, ale obserwacja nie jest neutralna. Patrzenie może oznaczać zainteresowanie, ale może też przekształcić ciało w przedmiot oceny. Umeda świadomie pozostawia widza w tej niepewności.

Dotyczy to również nagości. Nagie ciało nie zostaje przedstawione jako stan całkowitej dostępności. Przeciwnie, pozostaje ciałem, które może wyznaczać własne granice. Nagość nie rozwiązuje problemu spojrzenia, lecz go ujawnia. To, że ciało jest widoczne, nie oznacza jeszcze, że staje się własnością patrzącego. W „Rapeflower” ważne jest właśnie napięcie pomiędzy ekspozycją a możliwością zachowania podmiotowości.

Głos w przedstawieniu również nie pełni jednej funkcji. Może być instrukcją, wspomnieniem, komunikatem dochodzącym jakby spoza aktualnej sytuacji. Zmienia się więc także relacja między głosem a ciałem. Polecenie, które początkowo organizuje ruch, może zostać przejęte i przekształcone. Nie chodzi przy tym o proste odrzucenie rozkazu. Bardziej interesuje mnie moment, w którym ciało zaczyna decydować, co z odziedziczoną formą zrobić.

Osobiste doświadczenie Umedy nie zostaje zamknięte w prywatnej historii. Pamięć przemocy seksualnej uruchamia szerszą pamięć kobiet, także tych, których doświadczenia zostały zapisane w historii kultury i tradycji. Performerka nie próbuje jednak opowiedzieć tej historii wprost ani rekonstruować konkretnego zdarzenia. Trudność pozostaje w działaniu ciała, w jego napięciu, zatrzymaniach i powrotach. Dzięki temu to, co osobiste, może stać się doświadczeniem rozpoznawalnym również poza jednostkową biografią.

Ważną rolę odgrywa też to, czego ciało początkowo nie pozwala zobaczyć. Późniejsze ujawnienie ukrytego przedmiotu zmienia sposób odczytywania wcześniejszych działań. Nie staje się on jednak prostym symbolem cierpienia. Jego znaczenie przesuwa się wraz z działaniem performerki i zostaje włączone w dalszy przebieg przedstawienia. Podobnie jak ruch, przedmiot przestaje być czymś jednoznacznie przypisanym do jednej historii.

Umeda nie buduje swojej obecności na wyznaniu. Jej doświadczenie jest obecne, ale nie zostaje zamienione w bezpośrednią opowieść o traumie. Dzięki temu „Rapeflower” pozostaje przede wszystkim pracą o ciele: o pamięci zapisanej w ruchu, o formie, która może jednocześnie chronić i podporządkowywać, o tradycji przekazywanej dalej wraz z jej dawnymi sposobami organizowania ciała i zachowania. Dlatego jiutamai nie zostaje tu potraktowane jako zamknięty zbiór reguł. Umeda próbuje sprawdzić, czy formę obciążoną historią można wykorzystać inaczej. Nie odcina się od niej, ale też nie przyjmuje jej bez zastrzeżeń. Właśnie w tym napięciu powstaje najbardziej interesująca część przedstawienia: pomiędzy posłuszeństwem wobec wyuczonego gestu a możliwością jego ponownego użycia.

Finał nie musi być rozumiany jako triumf nad przeszłością. Ciało nie zostaje nagle uwolnione od tego, co wcześniej je kształtowało. Ważniejsza wydaje się stopniowa zmiana relacji z tym, co zostało odziedziczone, narzucone albo zapamiętane. Ciało performerki pozostaje jednocześnie miejscem pamięci, narzędziem pracy i przestrzenią podejmowania decyzji.

„Rapeflower” nie daje jednej interpretacji własnego tytułu ani doświadczenia, które stoi za przedstawieniem. Pyta raczej, co dzieje się wtedy, gdy forma, pamięć i władza zaczynają działać na tym samym ciele. W odpowiedzi Umedy nie ma prostego zerwania z przeszłością. Jest próba przejęcia prawa do własnego ruchu.

W „Rapeflower” ciało nie przestaje pamiętać, ale nie musi już bez końca odgrywać tego, co zostało mu narzucone. 

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także