13.10.2021, 11:12 Wersja do druku

Chodzenie do teatru to nie jest żadne umysłowe zajęcie

Najnowsza kariera czasownika „jechać”: od paru sezonów oznacza krytykę czynioną bez znieczulenia. Jechać po kimś, pojechać komuś, dojechać kogoś, pojazd, dojazd, dojeżdżanie. Jak gdyby jechanie nareszcie odkryło swe brzmieniowe pokrewieństwo z inną czynnością na „je”. Brzmi to wszystko jak z grypsery, jak gwara więzienna, a to tylko social media, codzienność Facebooka, gdzie największym osiągnięciem, jak kiedyś na murach, jest celnie wystrzelić parę słówek między oczy. Media społecznościowe, czyli „kibel internetu” (wyrażenie Lady Gagi), kiedyś wreszcie się przejedzą, już się przejadają, a co dzień na nowo, bo wczorajsza inba to jak zeszłoroczne śniegi, w ferworze „dyskusji” ludzie się poobrażają i najwyżej poblokują, i nastanie cisza, cisza przed kolejną burzą – tak w koło Macieju. Tymczasem istnieją klasycy pojazdu, nieprzemijający, choć dawno nieżywi. Próba śmierci potwierdziła ich siłę rażenia, skoro straszą wciąż zza grobu. Ich nie dotyczą zmiany zasięgów na Fejsie, bo nie Fejs ich stworzył. Oni to robili, zanim to było modne, zanim to było robione! Nastanie Facebooka nie jest aż takim przełomem, jakim się wydaje wychowankom internetu.

Królem dojeżdżania, z wieloletnim doświadczeniem, z wielkimi osiągnięciami, z dziesięcioleciami zasług, jest pan Thomas Bernhard, powieściopisarz i dramatopisarz z Austrii.

Nie tam się urodził, ale tam osiadł na zawsze, bo tam było mu najgorzej. Za paliwo miał urazę, więc ją w sobie pielęgnował, ani myślał się jej wyrzec dla własnego zdrowia. Mieszkał, gdzie mieszkał, żeby mieć gdzie cierpieć i na co narzekać. Czerpał „zysk z choroby” (pojęcie Zygmunta Freuda). Mógłby śpiewać swej ojczyźnie to samo, co ona mogłaby zaśpiewać jemu: „Z kim tak ci będzie źle jak ze mną?” (by Wojciech Młynarski).

Można powiedzieć, że twórczość tego pisarza to przeciągła naparzanka, wojna wszystkich ze wszystkimi niczym w Lewiatanie Hobbesa. Albo raczej wojna Bernhard kontra Austria. Tego wątku nie rozwinę, bo to wszyscy wiemy i nie to jest powód naszego zebrania. Zebraliśmy się tu dzisiaj, ażeby świętować najnowsze polskie wydanie tekstów teatralnych Thomasa Bernharda. Wyszły raz kiedyś poprzednio w Wydawnictwie Literackim, bardzo dawno temu i bardzo zdrożały od tamtego czasu, aż sytuacja stała się tak idiotyczna, że nowe wydanie samo się skropliło prawami fizyki. I nakładem Czytelnika. Pośrednim efektem najnowszej edycji jest że stara potaniała, co w jej wypadku znaczy cenę 200 zł, za którą nareszcie sprzątnąłem z Allegro, na co lata polowałem.

Nie dziwię się wydawnictwu, że wznawia Bernharda, bo każdy lubi zarobić, pan lubi, pani lubi, my lubimy. Thomas Bernhard jest to pisarz wielce popularny, pomimo że „artystyczny”. Krótko mówiąc, schodzi, i to jako Bernhard właśnie. Pozwala zachować prestiż, któremu nie szkodzi chodliwość towaru. Przypomina towary marki Louis Vuitton, ekskluzywne a masowe, drogie, ale idą. Rzadki to przypadek kogoś, kogo się wydaje dla honoru domu i dla utrzymania domu – naraz. To znaczy nie wiem, ale tak przypuszczam. I myślę sobie, że Krystyna Janda, artystka przedsiębiorczyni, mogłaby w swoim teatrze wystawić Bernharda i nie stracić na tym. No i wystawiła właśnie, por. Minetti, a sama kiedyś zagrała w Placu Bohaterów, gdy go kręcono dla teatru telewizji.

fot. mat. wydawcy

(Przy okazji wspomnę, że wznowiono też Wycinkę, znaną widzom teatralnym z wiadomej inscenizacji, jak również Wymazywanie, też znane z wiadomej).

Bosko się to czyta i bosko słucha ze sceny. Autor surfuje na fali swojego hejtu jak surfer na morzu. Hejtuje, a jakby tańczył. On ma tego całą wannę, tej przepysznej nienawiści, i jemu gadane nigdy się nie kończy, zawsze coś chłop znajdzie do pilnego objechania. Najczęściej swoją ojczyznę, której tak pieszczotliwie raczej nie nazywał, wraz z jej mieszkańcami, którym proponuje trailer sądu ostatecznego. Można to zrozumieć, nikt nie lubi hipokryzji i polskiemu teatrowi, który dwa sezony temu odkrył, że jest cały święty, w sumie zrobiłbym to samo.

Żeby zakazać mowy nienawiści, trzeba by zakazać Thomasa Bernharda, co zresztą przeżył za życia (wcale nie pleonazm, bo można „przeżyć po śmierci”, o czym opowiem w dalszym ciągu zdania) z okazji Wycinki, a ten się odwinął w sposób bierno-agresywny i sam sobie wlepił bana, zakazując swoim książkom, by się drukowały w ojczyźnie autora po śmierci autora, a dramatom, by się grały. Foch kontrolowany, bo już w Niemczech nie zabraniał. Artyści potrafią strategicznie się obrażać, wpadać w furię nie na oślep.

Opiewając rzyg Bernharda jako dzieło sztuki, raczej nie promuję hejtu, pragnę tylko stwierdzić, że dobrze użyty, może stwarzać arcydzieła. Plac Bohaterów Thomasa Bernharda jest arcydziełem mowy nienawiści. Czy potrzebnej i czy słusznej, to już inna sprawa, ale wybitnie udanej w sensie estetycznym. Chore to wszystko, bo chore, jak większość sztuki współczesnej – ale jakie piękne i wchodzi jak zimna cola. Ten dramat jest jak objaw przewlekłej choroby, która nareszcie chce dać znać o sobie, nastukać punkty do fejmu, a jak inaczej mielibyśmy się z niej leczyć, jeśli tkwiłaby w ukryciu? Nie powiedziałbym, że Bernhard jest lekarzem duszy, raczej wzorowym pacjentem, „pacjent” bowiem to cierpiący. Całe życie słabował na ciele i duszy, w tym drugim wypadku chorobą całego kraju, któremu świadczył przysługę, zdradzając dane wrażliwe. Rozgadywał tajemnice stanu zdrowia Austrii, bardzo niedyskretnie, dobrze więc, że w sztuce, która prawem fikcji daje furtkę autorowi. Don’t kill the messenger, bo on przecież nie na serio, tak tylko nazmyślał, wiadomo: artysta. Wspomnianą chorobą Austrii była ta, co zawsze, ta, co już za Freuda: duchowe zaparcie, wyparciem też zwane.

Plac Bohaterów, miejsce w mieście Wiedniu u wejścia Hofburgu, to ówczesne social media, agora centralna, przestrzeń do dawania lajków i do aklamacji. Tę rolę przepięknie spełnił w 1938 roku. Pięćdziesiąt lat później niesmak wciąż pozostał i niektórzy wciąż słyszeli krzyki z placu Bohaterów. Dramat zaczyna się śmiercią i kończy się śmiercią. Bez spojlera się nie dało.

Patociekawostka: oficjalną okazją zamówienia, napisania, wystawienia Heldenplatzu, bo taki ma tytuł w języku oryginału, była setna rocznica przeprowadzki Burgu. I faktycznie dramat ma wymiar urbanistyczny, poczynając od tytułu, przez scenę w Volksgarten i wycieczki słowne w stronę parlamentu Austrii, który stoi naprzeciwko.

Najbardziej w tym tekście lubię jazdę po teatrze, obiekcie mojej Hass-Liebe. Gdyby tak teatr był wolny od „dobrego towarzystwa” i od „środowiska”… Pewnie by nie istniał, więc tak tylko sobie roję.

Profesorowa chodzi do teatru, do wiedeńskiej inkarnacji najbardziej mieszczańskiej sceny w twoim mieście wojewódzkim, którą w Krakowie jest Słowak, w Wiedniu – Teatr w Josefstadcie. Scena starych pudeł. Każdemu wolno kochać. [[„Matka też powinna była się zajmować czymś umysłowym / to by się z nią nie skończyło aż tak źle / To chodzenie do Josefstadt to przecież też jest tylko taki kaprys / uciekła w chorobę / Idę na Minnę von Barnheim / to przecież nie jest żadne umysłowe zajęcie / takim ludziom teatr reguluje tylko trawienie” (Plac Bohaterów, akt II, tłum. Jacek St. Buras).

Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby rant Bernharda na temat teatru potraktować pobłażliwie, jako takie tam droczenie. Niby nie przepadał, lecz przecież pisał dramaty – trochę jak Gombrowicz. Przyznam się Państwu, że jego docinki biorę na poważnie, bo żywię do tego świata, jakim jest światek teatru, mieszane uczucia, mówiąc delikatnie. Jeśli widzom teatr „tylko reguluje trawienie”, to ludziom teatru tylko napycha żołądki.

W tomie Czytelnika, drugim w serii teatraliów Thomasa Bernharada, na razie ostatnim, choć to nie jest całość jego dramatycznego oeuvre’u, dali nowe tłumaczenie Placu Bohaterów – Jacka St. Burasa. Stare, Grzegorza Matysika, cenię sobie z zasiedzenia, bo nim mówili w teatrze telewizji (zagrał Zapasiewicz, Seniuk, Dałkowska i Janda) i u Grzegorza Wiśniewskiego w Teatrze Jaracza (a u Lupy po litewsku), ale nowe bardzo fajne, rokuje na wystawienia. Przy okazji przypomnijmy, że pod koniec sezonu Klaudia Hartung-Wójciak wystawia w Starym Wymazywanie.

Jest coś, co łączy ostatnią sztukę Bernharda z Trzema siostrami i Domem Bernardy Alba. Tym czymś jest otwarcie. W każdym z tych dramatów zaraz na początku, zaraz przed początkiem, umiera głowa rodziny, w tym wypadku z własnej ręki, a ściślej: z własnego okna. Głowa płci męskiej. Może to znaczy, że umiera patriarchat, bo sam już siebie nie może wytrzymać? Dla mnie za trudne pytanie; wolę sobie myśleć, że właśnie przeciwnie, bo nieżywy ojciec to potężny ojciec, ojciec wszechmogący, ze zmarłym nie wygrasz, bo zmarłego nie zabijesz, jeśli już, to prędzej siebie, por. profesorowa. Wymienione trzy dramaty to są hołdy ojcom, które składają mężczyźni, lecz ustami kobiet – żon, córek, służących.

Plac Bohaterów jest Burzą Bernharda, dramatem na do widzenia, ostatecznym rozliczeniem rachunków ze światem. Autor zmarł cztery miesiące po premierze przedstawienia. Wikipedia twierdzi albo przynajmniej plotkuje, że odchodził z własnej woli.

Źródło:

Materiał własny