„Chłopaki płaczą” wg scen. i w reż. Michała Buszewicza w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Nigdy nie byłem fanem piłki nożnej, ale po „Chłopaki płaczą” Buszewicza muszę chyba zainteresować się dokonaniami ligowymi Partyzanta Leszno. Jednocześnie – jak zawsze – obawiałem się, bo niby wiem, że to spektakl jednego z moich ulubionych twórców teatru, ale z drugiej strony widziałem ostatnio dużo jego przedstawień i martwiłem się, czy nie dojdzie do efektu przejedzenia (plus wiązało się to dla mnie znowu z pokonaniem trasy Kraków – Warszawa – Warszawa – Kraków jednego dnia, a w moim wieku takie przygody mogą się skończyć śmiercią z powodu bólu garba i faktu, że ludzie w pociągach nadal wietrzą skarpety jakby nie było jutra. Jesus take the wheel).
Bardzo mocno szanuję to, że ktoś zainteresował się w teatrze kwestią męskości (nie mówię o tobie, „Niemęski” w reżyserii Darii Kubisiak), bo mam nieodparte wrażenie, że od dłuższego czasu spektakle pochylają się nad problemami kobiet i starają się pracować nad aspektem równościowym i uświadamianiem z czym przychodzi mierzyć się obecnie oraz historycznie kobietom. Temat męskości, nawet jeśli się pojawia, nie jest traktowany jako pretekst do przeanalizowania tego, że chłopaki też mogą mieć ciężko w życiu; zwykle traktowany jest dość jednostronnie z perspektywy opresyjnego nacisku patriarchatu. Dlatego właśnie ciekawie jest mieć szansę popatrzeć na drugą stronę medalu: jak bardzo mężczyźni sami są ofiarami zastanego schematu systemowego i nie zawsze musi to oznaczać, że są sami sobie winni, bo przecież nie każdy ze względu na swoją przynależność do grupy definiowanej przez płeć, kolor skóry czy cokolwiek, powinien być automatycznie włączany do grupy odpowiedzialnej za opresję. Jednocześnie cieszę się, że osobą na tyle odważną, żeby taki spektakl zrobić był Michał Buszewicz, bo sam temat jest dość delikatny, a ten twórca znany jest z dużej umiejętności bycia czułym i wyrozumiałym dla bohaterów w swoich przedstawieniach.
Tekst Buszewicza już na starcie okazuje się być dosyć prosty, a złożony niestety z wielu klisz, co najbardziej ciążyło mi w trakcie tego przedstawienia. Nie chodzi mi o to, że jest to napisane źle czy niesatysfakcjonująco – czasami po prostu trafiają się żarty z bardzo dużą brodą albo mocne truizmy. Obserwujemy sobie na czilu spotkania pięciu mężczyzn na basenie, gdzie pod czujnym okiem ratownika mogą spokojnie oddawać się wyścigom na torach i rywalizacji w tym, kto przepłynie więcej długości basenu. W międzyczasie chłopy otwierają się na siebie i zaczynają dzielić różnymi opowieściami ze swojego życia, które składają się na pejzaż zapieczonych i nienazwanych emocji. Jak pięknie pada to z ust jednego z nich – odkładanie uczuć na kupkę do późniejszego przeprocesowania. Im dłużej trwają opowieści między bohaterami i relacje zaczynają się zacieśniać, tym bardziej wyścig zamienia się wpływanie synchroniczne, co jest w swojej prostocie piękne. Poznajemy historie zahaczające o różne etapy życia i wydarzenia, w których chciałoby się wybuchnąć płaczem, ale mężczyźni zaciskają zęby z powodu presji – czy to społecznej, czy rówieśników, czy nawet własnej – jeden z nich musi poradzić sobie z faktem przejechania pijanego człowieka samochodem zaraz po odebraniu prawa jazdy, inny opowiada o tym jak musiał uśpić starego psa Kabałę (szczerze nienawidzę Buszewicza za ten segment, bo dawno tak się nie spłakałem w teatrze) i przez tę opowieść dane jest nam także przyjrzeć się temu, jak bardzo czas ucieka i jak niezauważalnie się starzejemy, jednocześnie musząc sobie z tym jakoś radzić i przeprocesować. Towarzyszy nam też wątek ucieczki od rodziny i nieumiejętność wyrażania emocji – nieważne czy to pozytywnych, czy negatywnych, kwitowane (znanym mi doskonale) „po co mówić, że się kogoś kocha, jak to przecież wiadomo”. Bardzo istotnym elementem jest też opowieść o wyjeździe z ojcem na ryby, która obrazuje fakt, że nie sami sobie narzuciliśmy na szyję to chomąto, a zostaliśmy wmanewrowani poniekąd przez własnych rodziców i pokoleniową traumę, z którą nie można sobie ot tak poradzić.
Istotną rolę gra tutaj przewijający się niemalże w tle ratownik, który dogląda pływaków i jako jedyny w moim odczuciu (bazując na jego wypowiedziach) wybrał drogę mówienia o emocjach – wysnuwam swoje wnioski na podstawie jego opowieści o tym, że jako jedyny pozwala sobie wypłynąć na środku jeziora w momencie wspólnej zabawy, polegającej na ukrywaniu się w tataraku i wstrzymywaniu oddechu pod wodą najdłużej jak się da (chłopaki chyba nie widziały filmu Wajdy „Tatarak”, bo najwyraźniej nie wiedzą czym się takie figle kończą).
Spektakl bardzo mocno skupia się na fakcie, że emocje niewypuszczone i nieprzepracowane, a odłożone na później, prędzej czy później się wydostaną i najpewniej będzie to w formie wściekłości, bo duszenie w sobie tak wielkiego ładunku musi ostatecznie skończyć się tragedią; a – co istotne – wściekłość to jedna z niewielu emocji, która jest akceptowana u mężczyzn.
Spektakl Teatru Dramatycznego broni się zgrabnym poprowadzeniem aktorów przez reżysera – świetny Paweł Tomaszewski i Robert T. Majewski (jak gdyby Buszewicz czuł, że musi dowalić tutaj do pieca w tej kwestii, bo w warstwie treściowej dał mniej niż 100%) – i przede wszystkim super choreografią Katarzyny Sikory zgraną z muzyką Baasha – partie zbiorowego pływania synchronicznego są hipnotyzujące i powodowały u mnie realnie ciarki na plecach. Piękne to. Dodatkowym śmiesznym smaczkiem, umieszczonym jako scenografia, były kipiące testosteronem, szalenie owłosione obiekty, które bezwiednie kojarzą się z męskimi rozrywkami – samochód, grill, piłka do nogi czy moje ulubione miejsce do ukrywanie się w pracy przed obowiązkami, czyli kibel. Komiczne puszczenie oczka poprzez zmaskulinizowanie tych obiektów. Reżyser fajnie też wykorzystuje przedmioty wbrew ich zastosowaniu – bajecznie bawiła mnie scena w jacuzzi, które to było ogrywane za pomocą uzdrowiskowych kubeczków z Ciechocinka – peak komedii. Świetna jest także sekwencja meczu, w której aktorzy podają sobie zaskakująco lekką kulę-balonulę. W momencie jak kula wzbiła się po raz pierwszy w górę miałem w sobie uczucia podobne do tych, które towarzyszyły mi na początku „Odysei kosmicznej” Kubricka: czysta metafizyka.
W ogólnym rozrachunku jestem usatysfakcjonowany, bo się spłakałem i kilkukrotnie powiedziałem sam do siebie w trakcie przebiegu: „ale super pomysłowe”. Nadal uważam, że tak zdolny twórca mógłby powiedzieć jeszcze więcej w tym temacie, ale może o to chodziło? Może to miało się zarysować właśnie w ten kliszowy sposób, żeby pokazać, że wszyscy są świadomi problemu, ale nikt z tym nic nie robi od dawna, a w momencie jak się chłopy wieszają to wszyscy są nagle zaskoczeni. Buszewicz znowu dowiózł mi mojej ulubionej paszy dla Kamilów, czyli spektakl, który mnie dotyka w bezwstydny sposób i nawet w swoich najsłabszych momentach nadal jest dobry. Może jestem trochę bezstronny, nie wiem, cieszę się jedynie, że miałem okazję zobaczyć „Chłopaki płaczą” i zanurzyć się w tym basenie emocji. I jestem z siebie dumny, że napisałem tekst bez wspominania wąsów Pana Michała. A zaraz…