Logo
Recenzje

Cabaret

11.03.2026, 16:07 Wersja do druku

„Cabaret” Johna Kandera, Freda Ebba i Joego Masteroffa w reż. Łukasza Brzezińskiego w Teatrze Muzycznym w Poznaniu. Pisze Daniel Źródlewski na blogu Teksty Źródłowe.

fot. Dawid Stube/mat. teatru

Teraz Ojczyzno, Ojczyzno, pokaż nam znak / Twoje dzieci czekały, żeby to zobaczyć / Nadejdzie poranek / Kiedy świat będzie mój / Jutro należy do mnie

W niemiłosiernym kontrapunkcie muzycznej urody tej pieśni, rozciągniętej między ludową balladą a marszem, stoi jej parszywa wymowa. Ile razy słyszę ten utwór reaguje na niego całym ciałem, wydaje mi się, że odczuwam fizyczny ból. Wzdrygam się, przez ciało przechodzą ciarki, robi mi się niedobrze... Wasze jutro? O nie!

Łukasz Brzeziński w swojej interpretacji „Cabaretu” w Teatrze Muzycznym w Poznaniu zmultiplikował utwór „Tomorrow Belongs to Me”. Podwoił tę przerażają „stawkę”. Zaproponował dojmującą aranżację muzyczną i aktorską. Jednak nie tylko ten zabieg świadczy od tym, że oglądamy jedną z najbardziej bezkompromisowych interpretacji prawdopodobnie najsłynniejszego musicalu w historii. Cholernie smutnego, bezwzględnie pięknego, a przy tym ikonicznego dla gatunku. „Cabaret” mógłby być musicalowym wzorcem z Sèvres. Proporcje muzyki i scen dramatycznych, powagi i żartu (ironii), tańca, pieśni, słowa, ale też wstydu i bezpruderyjności, są wprost idealne.

Choć „Cabaret” został napisany w latach 60. i to na podstawie literatury z lat 30. XX wieku, to nie stracił na aktualności czy ważności. Dziś zamiast o brunatnej sile możemy mówić o innych nazwiskach, ale podobnych poglądach czy intencjach: Donald Trump i jego MAGA (Make America Great Again), Wiktor Orban z hasłem „Obrony Narodowej Suwerenności Węgier” (nie wiadomo przed kim), albo PiS-owska Polska „wstająca z kolan”. Musi tu znaleźć się Władimir Putin denazyfikujący (?) Ukrainę i określający Wielką Rosję „ostatnim bastionem cywilizacji” oraz Binjamin Netanjahu zmiatający z powierzchni ziemi Gazę. Dla podbicia niepokoju można jeszcze przywołać wynik wyborczy Grzegorza Brauna, kandydata na prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej oraz fakt, że neonazistowska AfD urosła do drugiej siły politycznej Niemiec. Chce się krzyknąć, że to już przecież było. Wydaje nam się, że nie jesteśmy już tak naiwni, by to mogło się powtórzyć… I dupa. Na nikim już ten krzyk nie robi wrażenia, albo inaczej: nikt go nie chce słyszeć. Za to w odpowiedzi otrzymujemy. powtarzaną niczym mantrę, deklaracje, że to przecież recepta na trudne czasy. Stabilność, porządek, bezpieczeństwo. Stabilność, porządek, bezpieczeństwo. Stabilność, porządek, bezpieczeństwo (…) Stabilność, porządek, bezpieczeństwo. Bla, bla, bla… Zapomnieli? Zapomnieliśmy? Smutne. Prawdziwe…

Czyli co, pozostaje nam to: Bo życie kabaretem jest / I tak je trzeba brać!

O „Cabarecie”, genezie powstania utworu oraz przede wszystkim znaczeniach (w uniwersalnym ujęciu), pisałem przy omawianiu inscenizacji Adama Opatowicza w Teatrze Polskim w Szczecinie. Szanując percepcję Czytelników nie zdecydowałem się na powtórzenie czy przetworzenie (sic!) tych treści pragnąc skupić się na produkcji Łukasza Brzezińskiego w Teatrze Muzycznym w Poznaniu. Ciekawych powstałej przed dwoma laty wnikliwej analizy zapraszam TUTAJ.

Każdą produkcję poznańskiego Teatru Muzycznego determinuje osobliwa scena. Z uwagi na jej (bardzo) kameralny charakter, kluczem musi być pomysł na jej okiełznanie lub kreatywne wykorzystanie. Mało kto ją tak dobrze zna, jak Brzeziński, reżyser „Cabaretu”, a jednocześnie dyrektor artystyczny teatru oraz jego wieloletni aktor. Zresztą w przypadku tego tytułu, „trudne” warunki mogą być atutem. Ta niewygoda, duchota czy ciasnota zaskakująco wydają się adekwatne i uzasadnione.

Nieczęsto rozpoczynam omawianie spektaklu od scenografii czy kostiumów. Tym razem to niezbędne dla zrozumienia formalnych wyborów reżysera. Łukasz Brzeziński postawił na scenę obrotową, dzięki której mógł łatwiej i pełniej kreować poszczególne sekwencje. W ten sposób wyeliminował trudne w tak niewielkiej przestrzeni zmiany aranżacji czy techniczne opuszczanie sceny przez aktorów, szczególnie po licznych zbiorówkach. Zrezygnował także z wszelkich rekwizytów, atrybutów czy teatralnych bibelotów. Ciężar musicalowego blichtru i rozmachu przeniósł na kostiumy oraz technologię sceny, o tym jednak zaraz.

Mariusz Napierała zaproponował scenografię, która wespół z precyzyjną reżyserią świateł (Katarzyna Łuszczyk: brawo!) oraz zaufaniem do wyobraźni widzów, pozwala na uniwersalne i odważne kreowanie wizualnej sfery widowiska. Jego dekoracja, dzięki formie obracającego się walca, może „wcielać się” w różne przestrzenie – jest wnętrzem „Kit Kata”, mieszkaniem Fräulein Schneider, ale też przedziałem w pociągu czy berlińską ulicą. Gdy przed rozpoczęciem spektaklu ów walec był „zamknięty”, niektórzy dostrzegali w nim nawet kształt słynnego poznańskiego „Okrąglaka” Marka Leykama (coś w tym jest, prawda?). Monumentalną stalową kratownicę, rozciągniętą na całej szerokości sceny, wypełniają przybrudzone, spękane lub rozbite szyby. Front konstrukcji jest niekompletny, zniszczony (?), tak, że odsłania jej wnętrze. Ta część stanowi centralne miejsce akcji. Swoją drogą, to intrygujący i znaczący znak – jak traktować tę wyrwę? Czy to sygnał upadku wyuzdanego świata „Cabaretu”, czy „tylko” skutek eksplozji bomby?

Inspiracją dla Napierały dla stworzenia tej symbolicznej dekoracji mógł być walec… historii. Wojenna maszyna przetaczająca się (!) przez świat, niszcząć wszystko co stanie na jej drodze... Straszne. Zobaczyłem w tym jeszcze nawiązania do obowiązujących wówczas nurtów architektonicznych, odważnie wykorzystujących szklane tafle czy fasady - to bauhas oraz ceglany ekspresjonizm. Oba style rewolucjonizowały miejskie przestrzenie, także Berlina. W prztypadku pierwszego szyby były transparentne, w drugim zastąpiłyby je kolorowe witraże (vide Böttcherstraße w Bremie). Jest jeszcze jeden trop, nieoczywisty i być może ironiczny, ale przywołam go omawiając kostiumy Anny Chadaj. Wracając do dekoracji Napierały: dzięki dwóm obrotowym pierścieniom wewnątrz walca, można tu prawdziwie czarować! Niektóre sceny opierają się właśnie na rytmie wyznaczonym przez maszynerię obrotówki. Doskonałe są sekwencje dziejące się w drugim planie, a widoczne dla widza jedynie przez pryzmat rozbitych szyb kręcącej się mrocznej fasady… Taka forma dekoracji i wynikająca z niej formalna asceza nie pozwoliły na wprowadzenie dodatkowych sprzętów, zatem niezbędne dla wielu scen krzesła są wnoszone przez aktorów. To niestety, w kilku przypadkach, nieznośnie determinowało zachowania na scenie. Miałem wrażenie, że „dostarczenie” mebli na odpowiednie miejsce wymagało zbyt wiele ich atencji. W drugą stronę także – precyzyjna droga aktorów za kulisę, by po drodze zabrać krzesło… W kilku momentach w rolę siedzisk wcielał się brzeg obrotówki, ale to szczególnie w przypadku postaci Fräulein Schneider i Herr Schulza było niefortunne. Niewielkie wymiary sceny sprawiły, że przestrzeń przynależna fragmentom dziejącym się w pokoju Bradshaw’a została jakby „wciśnięta” w kąt między oknem scenicznym a szklanym owalem. Ten niezborny narożnik w jakiś sposób deprecjonował ważność padających tu deklaracji.

fot. Dawid Stube/mat. teatru

Anna Chadaj niezmiennie w wysokiej formie! Uwielbiam jej gust, misterny kunszt i nieksończoną kreatywność! Jej kostiumy to prawdziwe dzieła. Tworzą atmosferę spektaklu, zastępują scenografię, budują charaktery postaci. O ile dramatyczne postaci przyodziała w klasyczne i dość zachowawcze stroje nawiązujące do tzw. złotego Berlina z 30. XX wieku, to wizerunek artystów "Kit Kata" jest… oooooo woooooow! Trudno o lepsze określenie niż ta onomatopeja, serio. Bliżej im do współczesnego Berhainu znanego z „płynności orientacji i zachowań seksualnych”. W tych stylizacjach wejście członków zespołu do kultowego i kontrowersyjnego berlińskiego klubu byłoby zagwarantowane bez kolejki. A selekcja na bramce tu rygorystyczna. To nawiązanie do Berhainu żartobliwie, ale i celnie uznałem za jedną z możliwych inspiracji Napierały do formy scenografii. Wszak berliński klub zawsze mieścił się w postindustrialnych obiektach. Cieszę się, że Chadaj nie próbowała sięgać po pióra w dupie, koronki i monstrualne reformy z falbanką. Mam wrażenie, że większość „Cabaretów”, które widziałem, w ten sposób portretowała ów wyuzdany i wolny weimarski Berlin. Dziś wiem, że powinny trafić do muzeów etnograficznych na wystawy o powszechnych tekstyliach I połowy XX wieku. Kostiumy Chadaj to parada krawieckiego hedonizmu bez cienia zachowawczej pruderyjności. Zasłaniają co powinny, ale niechętnie i bez przekonania... Za to odsłaniają ile można, a nawet więcej niż wypada. To wszystko jest w stylu haute couture, ale na granicy erotycznej eksplozji. Zwracam także uwagę na wszelkie dodatki – biżuterię i akcesoria (także te z kręgów SM). Na osobne brawa zasługuje Pracownia Fryzjersko-Charakteryzatorska poznańskiego teatru. Mam nadzieję, że jej skład w programie jest aktualny, bo z niekłamaną przyjemnością pozwalam sobie na wyszczególnienie wszystkich: Barbara Andrys (kierowniczka), Małgorzata Jurga, Magda Madońska, Anna Podleśna, Bogna Sławińska oraz Karolina Żuberek. Drogie Panie – Wasze makijaże to najprawdziwsze mistrzostwo!

fot. Dawid Stube/mat. teatru

„Cabaret” poznańskiego Teatru Muzycznego wizualnie zachwyca. Nic a nic nie przeszkadza wymuszona małą sceną kameralność przedstawienia. Ta bliskość staje się wręcz atutem i potęguje siłę znaczeń. Nie ma tu spłycającego treści dystansu, który fundowałby przynależny musicalowi rozmach. Z większej odległości nie dało by się też docenić misterności oprawy spektaklu.

Charakter kostiumów, specyficzna przestrzeń oraz oryginalna formę scenografii musiała uwzględnić autorka choreografii Krystyna Lama-Szydłowska. Zmieściła wszystko i wszystkich! Każda sekwencja ruchowa czy taneczna, szczególnie z ociekających seksem pokazów „Kit Kata”, to perła i petarda w jednym! Ileż w tym seksu, ileż w tym zmysłowości, ileż w tym fantastycznego wyuzdania. Na szczególe uznanie zasługują choreografie, w których zmysłowy taniec przeobraża się w kordon maszerujących żołnierzy. Poruszające! Jeszcze więcej emocji wywołały sceny nazistowskiej „tresury”. Bolało!

Łukasz Brzeziński czyta libretto Masteroffa bez zmian, uproszczeń czy skreśleń. Pozostawił nawet te sekwencje czy kwestie, które nie mają możlwiości wybrzmieć w jego pomyśle na spekatkl. Nie skreślił nawet telefonów, które w oryginale łączyły stoliki „Kit Kata”. Stoliki za to wykreślił... (sic!). Spotęgował obecność Mistrza Ceremonii. Emcee towarzyszy dodatkowym scenom, stając się ich świadkiem, gwarantem albo… wyrzutem sumienia. Jest łącznikiem szalonego świata z nocnego klubu z jeszcze bardziej szaloną rzeczywistością. Jego obecność odbiera intymności miłosnym wątkom, ale to błąd interpretacyjny, lecz premedytacja reżysera, bo pozwala skierować uwagę na szersze znaczenia. Emcee jako wyrzut sumienia, przypominający w jakim momencie historii jesteśmy.

Jakub Cendrowski ze swojej postaci Mistrza Ceremonii „pożyczył” pierwszy człon i sportretował go Mistrzowsko – dramatycznie, muzycznie i przede wszystkim ruchowo. To zadziorny i nieco demoniczny „Joker”, to konferansjer kabaretu i… świata. Kipi z niego sarkazm i ironia, spojrzenie dogłębnie świdruje, tonu głosu przeszywa, grozę budzi wreszcie bezczelnie pewny i nonszalnacki gest. Wydaje się być nieznośnym dandysem, ale w scenach przywołujących nazistowskie figury absolutnie zdumiewa metamorfozą i przeraża. Skrajnie przeraża. Trudno zapomnieć jego diaboliczny śmiech z fragmentu faszystowskiego poakzu siły… Jest też bezwstydnym uwodzicielem i prowokatorem, uwalnia w widzu te emocje i te skojarzenia, które albo nie są w stanie dobitnie wybrzmieć w tekście Masteroffa, albo dziś nabrały zupełnie innych znaczeń. Wystarczy puścić oczko, wystarczy ledwo zauważalny szyderczy uśmieszek. Jego finałowy pochód, albo marsz to… Nie. Nie potrafię znaleźć słów, by to określić. Inaczej: nie chcę. 

„Romans” Sally Bowles z Cliffordem Bradshaw’em to główny wątek opowieśći, ale też dziwna nieoczywistość „Cabaretu”. Jak zdeklarowany gej o wysokiej wrażliwości może związać się z kobietą o skrajnej obyczajowej beztrosce wyznającą promiskuizmatyczne podejście do intymności. He? Owszem, można to uznać za szczyt hedonizmu, albo symbol otwartości i różnorodności Berlina z okresu frywolnej Republiki Weimarskiej (w kontrze do tego późniejszego). Mimo to, rodzi sie mnóstwo pytań i wątpliwości. Praktycznie w każdej inscenizacji dużo bardziej wzruszająca, a tym samym prawdziwsza jest relacja starszych bohaterów – Schneider i Schultza.

Brzeziński nie próbuje rewolucjonizować charakterów postaci „Cabaretu”, delikatnie "podciąga" pewne cechy, by móc  uniwersalizować ich postawy.  Patryk Bartoszewicz vel Cliff Bradshaw, niezwykle przystojny mężczyzna, dzięki szlachetności kostiumu, a także pewnej powściągliwości gestów stworzył postać precyzyjną i wyważoną. Jego Cliff jest sztywnym, nieco zahukanym gogusiem. Znacznie więcej wiarygodności miał we fragmentach politycznych, niż czułych. Chyba, że to odpowiedź na wcześniej wyrażone wątpliwości. Prawdziwy racjonalista. Szkoda, że ma tak niewiele partii wokalnych, bo szczerze ujął muzycznymi możliwościami. W drugiej obsadzie w tej roli oglądamy Maksymiliana Pluto-Prądzyńskiego.

Saaaaaaally Boooooooowles! Olśniewająca gwiazda berlińskiego „Kit Kata” prosto z Londynu! Ja miałem przyjemność oklaskiwać Katarzynę Tapek, ale w drugiej obsadzie można oglądać Natalię Kujawę, notabene odtwórczynię Sally w szczecińskiej realizacji. Brzeziński i Tapek zaproponowali ciekawy charakter jej postaci, odbiegający od kultowego wizerunku z filmu Fosse’go (wiadomo Liza Minnelli). Tutaj Bowles posiada ostrzejszy pazur, co widać w nieco drapieżnych gestach i odważnie zakomponowanych muzycznych fragmentach. Poza blaskiem reflektorów Sally jest jednak pełna niepokoju i strachu, co portretuje konsekwentną nerwowością i rozdygotaniem. Jej Sally ulega osobliwej dekonstrukcji, albo moralnemu upadkowi. Tapek stacza się w tę ciemną przepaść niebezpiecznie wiarygodnie. Jej finałowa piosenka „Życie to kabaret” na długo pozostaje w pamięci jako hymn szczerego bólu i zawodu. Niestety jedyny możliwy do wyśpiewania wówczas, a być może i dziś…

Romans Sally i Cliffa dzięki filmowi Fosse’go stał się dla wielu sednem miłosnego wątku musicalu. Brzeziński oraz kilku jego poprzedników, większą siłę prawdziwych emocji dostrzega jednak w losach starszych bohaterów – Fräulein Schneider oraz Herr Schultza, których filmowcy „wycięli”, a to przecież tej parze Kander i Ebba napisali najpiękniejsze i najbardziej przejmujące piosenki. Magdalena Szcześniewska (zamiennie z Anetą Urban) opowiada wzruszającą historię samotności i spóźnionej miłości. Wtrącony weń wątek polityczny i wymuszona strachem i troską o przyszłość jej koncyliacyjność czynią z tej postaci najsmutniejszą bohaterkę „Cabaretu”. Subtelność, skromność i niesłychana dobroć jaka bije od postaci stworzonej przez Szcześniewską potęgują ten smutek. Już w pierwszych scenach musicalu rozczula jej „No i co? (So what?), w którym przedstawia swoją życiową filozofię”, że należy przyjmować rzeczy takimi, jakie są. Jeszcze więcej sympatii budzi pieśń ananasowa, czyli „Czy może być coś piękniejszego?” (It Couldn’t Please Me More), ale już późne „Co byś zrobił?” (What Would You Do?) porusza dogłębnie i staje się, obok songu-klamry Emcee, najdobitniejszą przestrogą przed wiadomym... Aktorka stworzyła przepiękną rolę, sportretowała swoją bohaterkę z wielką delikatnością i czułością. 

Nie mniej przejmujący jest partnerujący jej Wiesław Paprzycki, który stworzył naiwnego, wierzącego w ulotność nazistowskiej siły, starego żyda Schultza. Trzeba go zobaczyć, jak flirtuje z Fräulein Schneider, jak ją uwodzi. A wykorzystuje ku temu staroświeckie, subtelne „środki” stanowiące absolutny kontrapunkt do wyuzdanego świata „Kit Kata”. Finezja i szczerość Paprzyckiego muszą zauroczyć. W obu kreacjach – jego oraz Magdaleny Szcześniewskiej widać także wyraźnie nutę niepokoju i niepewności, wynikająca z nadchodzącej katastrofy. Emocje, którymi obdarowali bohaterów w pełni wyrażają zrozumienie skali i siły „końca” tamtego świata. To role dojrzałe i bardzo szlachetne, a przy tym doskonałe wokalnie! 

W świecie „Cabaretu” są jeszcze postacie naciągające dramaturgiczne napięcie, ale także takie, które owa linkę potrafią zluzować. Wśród tych pierwszych jest nazista Ernst Ludwig, którego solidnie sportretował Radosław Fils. Stworzył Ludwiga jako konkretnego, surowego i pozbawionego skrupułów funkcjonariusza o niewiarygodnie zimnym spojrzeniu. Inaczej się nie da (zmiennik – Maciej Ogórkiewicz). Nieco humoru wprowadza Fräulein Kost i jej „kuzyni” z Hamburga, choć to do niej należy inicjacja najpodlejszej z podłych piosenek musicalu. Ja oglądałem rezolutną i rozczulajacą Denisę Jarczak-Kaczmarską (druga obsada: Oksana Hamerska). Są jeszcze Bobby i Victor (Emil Lipski i Maciej Badurka), którzy… prowokują. Nie tylko kostiumami, nie tylko ruchem, po prostu... wszytskim. Ot, jasne błyskotki „Kit Kata”. Podobnie jasno i barwnie mienią się pozostałe tancerki i tancerze, tworząc zgrany i nieziemsko sprawny ruchowo zespół. Brawo! To Oni tworzą tę pełną dynamiki, zmysłowości i hedonistycznej odwagi atmosferę widowiska.

À propos zdobności i napinania i luzowania dramatycznego napięcia. Muuuzykaaaa! John Kander skomponował prawdziwe arcydzieła, niektórzy mówią, że to już klasyka historii muzyki. Praktycznie każdy z utworów tego musicalu funkcjonuje samodzielnie. Owszem, w dużej części to zasługa filmu Boba Fosse’go, ale… to prostu przeboje! Jest pysznie! Muzyka w poznańskim przedsatwieniu oczywiście wykonywana jest na żywo - w tym miejscu wyrazy uznania dla pełnowymiarowej orkiestry pod batutą Jakuba Czerskiego. Niełatwe przecież utwory wybrzmiewają bez nuty fałszu. Dużą trudność, z uwagi na przykryty orkiestron, musiały sprawiać sceny, w których muzyka ma charakter ilustrujący. Brawo za skupienie, uważność i precyzję. No i „wielki szacun” dla dyrygenta, który ze swadą dawał się wciągać Emcee w akcję spektaklu.

Warto wspomnieć o „Cabarecie” jako opowieści o tolerancji, szacunku i równości. To przekaz, że świat jest na tyle duży, że pomieszczą się wszyscy… Nawet gdy scena mała (sic!). Cieszy mnie, że Łukasz Brzeziński potraktował to jako misję swojej interpretacji. Stworzył przepięknie kolorowy świat, pełen osobliwości, osobności i osobowości. 

Gdy byłem młody uwielbiałem „Cabaret” za pochwałę hedonizmu. Nie chciałem zauważać nieznośnie porażającego tła, potrafiłem je bagatelizować. Później maniakalnie zasłuchiwałem się w muzyce, czyniąc z tych pisoenek ścieżkę dźwiękową (soundtrack) własnych doświadczeń. Wreszcie przyszła dojrzała refleksja na temat przestrogi, stanowiącej przecież istotę utworu. Spotęgował ją podły świat i równie podłe wydarzenia ostatnich lat. Dziś „Cabaret”, choć poznańska realizacja to już moja siódma teatralna interpretacja tego utworu, nie przestaje zaskakiwać, zachwycać, ale też dojmująco obchodzić…

Zrealizowany także tutaj w 2021 roku „Kombinat” w reżyserii Wojciecha Kościelniaka z muzyką i tekstami Grzegorza Ciechowskiego oraz Republiki (w towarzystwie Kafki, Orwella i Huxleya) w moim subiektywnym teatralnym rankingu zajmuje, i długo jeszcze będzie zajmować, wysoką pozycję. „Cabaret” Łukasza Brzezińskiego także wędruje na szczyt zestawienia. To jedna z najodważniejszych – merytorycznie i wizualnie – interpretacji. Reżyser nie uległ pokusom naśladowania kultowego filmu, ani powtarzania czy mniej lub bardziej świadomego cytowania poprzednich interpretacji z największych scen musicalowych świata – londyńskiego Westendu czy nowojorskiego Broadwayu. Siła znaczeń i intensywna atmosfera jego wersji są spójne z moją artystyczną wrażliwością oraz estetycznymi fascynacjami. 

Największym zaskoczeniem interpretacji Brzezińskiego, obok bezceremonialnej grozy (w symbolice) i bezpruderyjnego wyuzdania rodem z Berheinu, jest finał widowiska. Tak śmiałego, tak mocnego, tak dojmującego finału „Cabaretu” jeszcze nie oglądałem. Nie napiszę jak, nie napiszę nawet dlaczego, nie napiszę o czym… Napiszę tylko, że milczenie widowni między wygaszeniem reflektorów a pierwszymi brawami trwa niemiłosiernie długo, choć w rzeczywistości pewnie tylko kilkadziesiąt sekund… Tak czy inaczej to dosłowne „wbicie w fotel” i „zaniemówienie z wrażenia”. Chwilę później ciszę wypełnia owacja. Tak na stojąco!

Źródło:

Teksty Źródłowe
Link do źródła

Sprawdź także