EN
21.03.2022, 09:36 Wersja do druku

„Byk” w Teatrze Studio. Niechęć do „warszawki” oklaskiwana w stolicy

„Byk” Szczepana Twardocha w reż. Roberta Talarczyka i Szczepana Twardocha, koprodukcja STUDIO teatrgalerii, Fundacji Teatru Śląskiego „Wyspiański”, Teatru Łaźnia Nowa i Instytutu im. Jerzego Grotowskiego. Pisze Przemek Gulda w Wp.pl.

fot. Przemysław Jendroska

Przyjechali ze Śląska i do krwi gryzą rękę, która ich karmi. Twardoch i Talarczyk bezpardonowo obrażają w swoim najnowszym spektaklu, "Byku" w Teatrze Studio, warszawską publiczność i - szerzej - polską elitę społeczną. A ta głośno bije im brawo.

W sobotę, 19 marca, w Teatrze Studio miała miejsce premiera bardzo oczekiwanego spektaklu. "Byk" to przedstawienie oparte na tekście Szczepana Twardocha, pierwszym, który napisał specjalnie dla teatru, po tym, jak adaptował na scenę Teatru Śląskiego swoją najnowszą powieść, zatytułowaną "Pokora". Na dodatek współreżyserował to przedstawienie z Robertem Talarczykiem. Ten ostatni, na co dzień aktor, reżyser, dyrektor Teatru Śląskiego i jedna z najważniejszych dziś postaci społeczności śląskiej, wystąpił także w głównej i jedynej roli w tym przedstawieniu.

Mocna deklaracja emancypującej się tożsamości

Jest to więc dzieło niezwykłe z co najmniej kilku powodów, a jednym z nich jest z pewnością to, że jest na wskroś śląskie. Dwóch ważnych Ślązaków, bardzo cenionych "u siebie", ale pilnie obserwowanych także poza granicami swej "małej ojczyzny", przyjechało do stolicy i zrobiło mocny, znaczący spektakl. Opowiadają w nim Warszawie, a w zasadzie - także całej reszcie Polski, o tym, czym jest Śląsk, na czym polega jego specyfika etniczna, obyczajowa i językowa, co go od owej całej reszty Polski różni i dlaczego Śląsk jej nienawidzi - w spektaklu padają mocne słowa o "śląskiej ksenofobii".

Spektakl jest bardzo śląski nawet na poziomie językowym - Twardoch napisał dużą część tekstu po śląsku, a Talarczyk po śląsku ją wygłasza, nie bacząc na to, czy ktoś z ludzi spoza tego regionu w ogóle go rozumie.

Zważywszy na emancypacyjny wymiar dzisiejszej śląskości, ten spektakl to manifest o niemal rewolucyjnym potencjale. Takiej mocnej deklaracji swej odmiennej tożsamości Śląsk nie miał w Warszawie pewnie od premier filmów Kazimierza Kutza, a może wręcz nigdy wcześniej.

Dylematy i kompleksy Twardocha

Ale poza tym, że "Byk" to polityczna i etniczna emanacja i deklaracja śląskości, to także, jak się wydaje, bardzo osobisty tekst Twardocha, przyprawiony nieco równie osobistymi wtrętami Talarczyka.

Bo to, w gruncie rzeczy, bardzo typowa twardochowa opowieść, w której odnaleźć można stałe motywy jego pisarstwa. To historia życia silnego mężczyzny z pogmatwaną tożsamością: jest po części Polakiem, po części Ślązakiem, jego dziadek był w Wehrmachcie, a babkę zgwałcili Rosjanie. Zdaje sobie sprawę, że śląski rodowód i wychowanie miały kluczowe znaczenie dla tego, kim jest dziś. Trochę tego nienawidzi, ale trochę jest z tego dumny. Nienawidzi też nie-Ślązaków, Polaków, chociaż zarazem bardzo zajadle stara się pokazać, że Polakiem jest wzorowym - "mówi po polsku całkiem bez akcentu".

Choć to nie Twardoch jest bohaterem sztuki, ale w jej tekście zawarta jest cała masa jego - jak się można domyślać: osobistych - dylematów, a pewnie i kompleksów, wynikających z rozdarcia między tożsamościami, językami, ideologiami, środowiskami. Jest kontemplacja dotycząca męskości, która na pewnym - trudno powiedzieć jak bardzo uświadomionym - poziomie jest toksyczna. Jest refleksja na temat roli religii katolickiej ze wpisanym w nią, bardzo wygodnym pod względem etycznym, mechanizmem odpuszczania grzechów. Są autokomentarze do pozycji, którą Twardoch ma dziś w polskim i śląskim dyskursie. Jest jego wadzenie się z samym sobą.

Jest też stały motyw jego twórczości - nienazwany, niezdefiniowany, zwierzęcy, choć obdarowany znacznie potężniejszą niż zwierzęca świadomością byt, który towarzyszy bohaterowi, obserwuje jego przeżycia i świat wokół niego. W tym przypadku jest to tytułowy byk, którego sapanie słychać od czasu do czasu gdzieś w tle, gdzieś obok świata spektaklu.

Plując jadem

Jest też w tym tekście bardzo mocna niechęć, czy wręcz pogarda wobec "warszawki", która wylewa się z bohatera w najmocniejszej scenie spektaklu. Ta grupa niby zdefiniowana jest przez pryzmat adresu zamieszkania (Warszawa, najlepiej Śródmieście) i przynależności klasowej (potomkinie i potomkowie przedwojennego bogatego ziemiaństwa i mieszczaństwa). Ale wiadomo, że jest ona znacznie szersza. I na nic zapewnienia wielu osób, które oglądały premierowe przedstawienie, że przecież nie urodziły się w stolicy.

Twardoch mówi bowiem właśnie o nich: o współczesnej liberalnej obyczajowo, lewicującej polityczne elicie, która - chwilowo? - odsunięta od władzy politycznej, nadal poczuwa się do "rządu dusz" w Polsce. Pisarz wyraźnie odnosi się do tych, którzy chodzą do modnych teatrów i knajp na placu Zbawiciela, gdzie dyskutują w zasadzie o niczym, ale za to powołując się najbardziej popularnych filozofów, a latem jeżdżą do letniskowej willi na Mazurach.

fot. Przemysław Jendroska

"Nienawidzę was, gardzę wami" - to Talarczyk, słowami Twardocha, wykrzykuje w twarz widowni, która w dużej mierze należy właśnie do tak zdefiniowanej grupy. "Jesteście rakiem, który przeżarł to społeczeństwo. Nie znoszę waszej zgnilizny". "Ale dziś jestem taki jak wy - też chcę się nachlać, najeść i nar****ć za darmo".

Reżyserka z tęczowym plecakiem, cesarzowa kabotyństwa

Najmocniej, najbardziej bezpośrednio, prawie po nazwisku dostaje się w tym wylewie jadu Agnieszce Holland, która staje się w tym kontekście symbolem warszawskiej elity. Twardoch kpi bez cienia litości ze słynnego zdjęcia, wykonanego podczas zeszłorocznych protestów ulicznych przeciwko zakazowi aborcji. Reżyserka stoi na nim samotnie, z plecakiem - "pewnie tęczowym", jak komentuje bohater spektaklu - naprzeciwko szpaleru policji, patrząc funkcjonariuszom prosto w oczy.

"Co ona sobie myśli? Że jest na piep****ym placu Tiananmen?" - grzmi bohater przedstawienia. "Cesarzowa kabotyństwa. Zaraz nakręci kolejny film, ale i tak nie dostanie za niego Oskara, nie dostanie też nagrody Nobla. A ciule z PiS-u obsmarują ją w swojej telewizji z g**na".

Jak w filmie

Z dramaturgicznego punktu widzenia tekst Twardocha jest bardzo filmowy. Ale to specyficzny film: taki, w którym dzieje się mnóstwo, ale wszystko - w zewnętrznym świecie, poza miejscem akcji. Bohater cały czas zostaje w tym samym pomieszczeniu, a wydarzenia docierają do niego tylko w relacjach innych ludzi, z którymi rozmawia przez telefon. Napisać scenariusz w taki sposób, a jednocześnie utrzymać uwagę publiczności przez półtorej godziny, jest niezwykle trudno. Twardochowi udaje się to znakomicie.

Pisarz pokazał też tym tekstem, że ma znakomite wyczucie suspensu. Do ostatniej chwili trzyma publiczność w napięciu, utrzymując w tajemnicy kim tak naprawdę jest bohater i co się wydarzyło w jego życiu, że musi uciekać przed całym światem do mieszkania dziadka. Twardoch umiejętnie podrzuca nie do końca jasne tropy, podaje podpowiedzi, co do których nie wiadomo właściwie dokąd prowadzą. Dopiero w finale domyka wątki i wyjaśnia tyle, ile potrzeba, zostawiając publiczność z kilkoma istotnymi drobiazgami, które musi sobie sama dopowiedzieć.

Zagrać kogoś, kogo nie ma

Wielką siłą tego spektaklu, rozgrywanego w niemal malowniczej z dzisiejszego punktu widzenia, przedwojenno-PRL-owskiej, realistycznej scenografii Marcela Sławińskiego, jest gra Roberta Talarczyka. Jest brawurowa i żywiołowa, pełna energii i czujności. Ten doświadczony aktor pokazuje w swym nowym monodramie mistrzowskie wyczucie, kiedy trzeba przycisnąć, a kiedy lekko się wycofać i przejść od krzyku do szeptu.

Gra przede wszystkim głównego bohatera, człowieka na skraju przepaści, któremu właśnie rozpadło się całe dotychczasowe życie, zawaliła kariera i pozrywały relacje z najbliższymi. Ale w scenach, w których wspomina swoje dzieciństwo, młodość, różne epizody z późniejszego życia, gra też całą gamę innych postaci.

Niektóre wprost - to wtedy, kiedy przypomina sobie, a czasem przedrzeźnia, swojego dziadka. Niektóre - co jeszcze trudniejsze - buduje mimo kompletnego braku ich realnej obecności na scenie: swoje partnerki życiowe, przyjaciela czy syna pokazuje wyłącznie za sprawą rozmów z nimi przez telefon. Ale robi to w taki sposób, że stają się one wyraziste i widoczne niemal jak na dłoni.

Talarczyk jest w tym spektaklu równie wiarygodny, kiedy na poły z nostalgią, na poły wściekłością wspomina dawne czasy, kiedy wciąga narkotyki za pomocą znalezionego na skrytce dziadka banknotu... pięćdziesięciomarkowego, kiedy miota się po pokoju, kiedy złamany siada przy stole i kiedy pluje jadem na warszawską publiczność. Po tym spektaklu będzie go ona kochać, niezależnie od tego, jak bardzo ją obraża.

Tytuł oryginalny

"Byk" w Teatrze Studio. Niechęć do "warszawki" oklaskiwana w stolicy

Źródło:

Wp.pl
Link do źródła

Autor:

Przemek Gulda

Data publikacji oryginału:

20.03.2022