EN
13.11.2021, 13:37 Wersja do druku

Bryk z polskich dat

"Falowiec" Moniki Milewskiej w reż. Jakuba Pączka w Teatrze Telewizji. Pisze Krzysztof Krzak w Teatrze dla Wszystkich.

fot. Wojciech Radwański/ WFFiD

Bez nachalnej reklamy, jakby wstydliwie, trzy lata po realizacji, w niszowej TVP Kultura odbyła się we wtorkowy wieczór (9 listopada 2021 r.) premiera sztuki „Falowiec” Moniki Milewskiej w reżyserii Jakuba Pączka.

Tekst jest pokłosiem konkursu zamkniętego, rozpisanego w 2016 roku przez Stowarzyszenie ZAiKS i Wytwórnię Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, na utwór dramatyczny dla Teatroteki, czyli projektu WFDiF o charakterze edukacyjnym i artystycznym. Sztuka Moniki Milewskiej otrzymała w rzeczonym konkursie wyróżnienie, a przed dwoma laty na festiwalu Teatroteka Fest uznana została za najlepszy tekst dramatyczny. Autorski pomysł można, najkrócej rzecz ujmując, zawrzeć w stwierdzeniu, że chodziło o pokazanie historii najnowszej Polski na przykładzie grupy mieszkańców tak zwanego Falowca, drugiego (po wiedeńskim Karl – Marx – Hofie) najdłuższego bloku w Europie, mającego 860 metrów długości, 16 klatek schodowych, blisko 2 tysiące mieszkań zamieszkałych przez prawie 6 tysięcy lokatorów, a wybudowanego na początku lat 70. dwudziestego wieku na gdańskim Przymorzu.

W jednym z mieszkań na najwyższym, dziesiątym piętrze mieszka główny inżynier, projektant falowca, niejaki Klocke (lub Klotzke). Mieszka samotnie, bowiem jego żona i córki uciekły do Niemieckiej Republiki Federalnej (było kiedyś takie państwo). Pan inżynier przebywa na zaległym urlopie, który od czasu do czasu zakłóca mu telefon od funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa, domagającego się kolejnych doniesień na temat dawnego współpracownika Klockego, związanego z opozycją inżyniera Miotka. Któregoś dnia odwiedza go lokatorka innej klatki bloku, proponując zakup jajek i mleka (od krowy hodowanej na… balkonie). W ten sposób twórca falowca rozpoczyna wędrówkę po swoim architektonicznym dziele. Odwiedza kolejnych mieszkańców, poznając ich problemy i sytuację życiową, a także przemieszcza się w czasie, uczestnicząc tym samym w wydarzeniach przyszłych. Punktem wyjścia dla tej wędrówki jest czerwiec roku 1975, kiedy to Polskę odwiedził ówczesny Prezydent Francji, Valery Giscard d’Estaing, któremu władze polskie z dumą pokazały dzieło pana inżyniera jako symbol kwitnącej socjalistycznej ojczyzny. Dzieło, w którym z niewiadomych powodów następuje zagięcie czasoprzestrzeni sprawiające, że w każdej klatce jest inny czas, inna z „polskich dat”, jak to pisała w jednej ze swoich piosenek Agnieszka Osiecka: a to październik ’76, a to sierpień ’80, a mieszkańcy przeżywają inne wydarzenie (m.in. pierwszą wizytę nad Wisłą Jana Pawła II, podpisanie porozumień sierpniowych, ogłoszenie stanu wojennego). Przy okazji dzielą się z inżynierem uwagami o życiu w falowcu, które doprowadzają go do konstatacji, że zmarnował życie innym ludziom, bo zamiast zamierzonej „idealnej maszynki do mieszkania” stworzył monstrum. Jego życie też legło w gruzach i chyba nie będzie można go odbudować, nawet radykalnie zrywając współpracę z SB.

Janusz Chabior występujący w roli Inżyniera przekonująco oddaje to swoiste przełamanie w postawie i podejściu do rzeczywistości swojego bohatera, mimo iż do stworzenia znaczącej kreacji nie ma za bardzo okazji w tym czterdziestodwuminutowym spektaklu, gdzie najważniejsze jest – jak się wydaje – pokazanie w brykowy, slapstickowy sposób najważniejszych, zdaniem autorki i adaptatora jej tekstu (Pączek), dat i wydarzeń z historii najnowszej. Niezawodnie bardzo dobry aktorsko i wyrazisty jest Łukasz Simlat w epizodzie inżyniera Miotka; niezwykłą umiejętność wcielania się w skrajnie różne osoby pokazała Marta Malikowska, która zagrała aż siedem postaci (tylko dwie mniej zagrał Andrzej Mastalerz, od jakiegoś czasu wyjątkowo często pojawiający się  na małym ekranie, pokazując swój wszechstronny talent aktorski nawet w nie najlepszych przedstawieniach). Mam wrażenie, że „Falowcowi” zaszkodziły dokonane przez reżysera skróty (co przyznał w rozmowie poprzedzającej projekcję), przez co sztuka straciła sporo na refleksyjności, a aktorzy nie zyskali szansy (choćby Magda Grąziowska) na stworzenie pełnokrwistych postaci.

Tytuł oryginalny

Bryk z polskich dat

Źródło:

Teatr dla Wszystkich online

Link do źródła

Autor:

Krzysztof Krzak

Data:

11.11.2021