„Samotny mężczyzna” wg Christophera Isherwooda w reż. Wojtka Rodaka w Teatrze Ludowym w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Kiedy byłem jeszcze małym pachołem (w wieku wczesno licealnym) film „Samotny mężczyzna” był moim 13 powodem. Na tyle mnie zniszczył, że do tej pory, mimo upływu lat, nie miałem odwagi do niego wrócić, bo jest w nim cos tak przejmująco przygniatającego, że nie jestem w stanie nawet tego określić. Z tego powodu bałem się podwójnie najnowszej premiery Teatru Ludowego – po pierwsze tego, że znów mnie zmiecie z planszy, a z drugiej strony, że nic z tego nie wyjdzie i zostanie niesmak – jak wtedy, kiedy odkryłem, że chleb nie jest jak ser i nie powinien być pleśniowy.
Wojtek Rodak (reżyseria) i Tomasz Śpiewak (adaptacja i dramaturgia) przesuwają akcję powieści Isherwooda bliżej Polski i starają się opowiedzieć coś nie tylko o samotności per se, ale także o tym, jak może wyglądać samotność i życie nieheteronormatywnego mężczyzny w naszym kraju. Obserwujemy na scenie jeden dzień z życia starszego geja: od poranka do później nocy śledzimy go i widzimy jak sobie radzi po stracie partnera i jak usiłuje opanować całe rozedrganie swojego świata. Jest to człowiek wykształcony, nauczyciel akademicki, którego życie stało się cichym trawieniem straty i bólu po niej. Pilitowski grający głównego bohatera doskonale oddaje te stany emocjonalne lekkimi grymasami i podminowaniem. George w ciągu dnia spotyka swoją sąsiadkę, przyjaciółkę i swojego studenta, którego nieopatrznie zaprasza do mieszkania na aplikacji randkowej. Każda z napotkanych osób podobnie jak on cierpi z powodu straty i samotności – sąsiadka z chorym, umierającym mężem (weteranem wojennym) tęskni za czasami, gdy był w pełni zdrowy, a obecnie powoli przestaje poznawać swojego mężczyznę w skorupie człowieka, który leży na łóżku; przyjaciółka Georga, Charlotte, tęskni za mężem, który ją zostawił i stara się zaakceptować informację, że jej syn się od niej wyprowadza i zostanie zupełnie sama w ogromnym domu; Kenny-student tęskni za miłością, czuciem się potrzebnym i zaopiekowanym. Każde z nich ma swój sposób radzenia sobie z tym uczuciem – alkohol, przygodny seks czy poświęcanie całego wolnego czasu na działania społeczne. Cały świat jest naznaczony tym strasznym tąpnięciem i próbami zagłuszenia samotności, co też fajnie sygnalizuje trwający wciąż remont naprzeciwko mieszkania głównego bohatera – spokój nieustannie przerywa przeszywający dźwięk remontu, który – zupełnie jak samotność – trwa w tle nieprzerwanie i wwierca się w głowę coraz mocniej wytrącając z równowagi.
Mimo tych wyraźnie zarysowanych wątków zderzyłem się w „Samotnym mężczyźnie” ze ścianą dramaturgiczną, bo choć może wydawać się, że dzieje się dużo to tak naprawdę, brutalnie mówiąc, na scenie nie dzieje się nic znaczącego. Bohaterowie albo się snują bez celu albo prowadzą jałowe, niewiele znaczące rozmowy. Miałem nieodparte wrażenie, że był to jeden z najbardziej borczuchowych spektakli, w których palców nie maczał Borczuch. Wydaje mi się, że sztuką jest oddać bezsens, stagnację i zawieszenie w samotności na scenie poprzez dobrze przemyślaną i skrojoną akcję, a nie przez realne nicnierobienie i zmuszanie widzów do oglądania przez 15 minut jak pankejki z Żabki odgrzewane są w mikrofalówce (tak, realnie taka kuchenna rewolucja odbywa się na scenie). Przez niemoc dramaturgiczną początkowy rozpęd szybko się kończy i zostajemy uwięzieni przez 2 godziny w dramatach, które nie mają podanego odpowiedniego napięcia i emocji, a przez to przestają nas obchodzić. Jednocześnie reżyser i dramaturg chyba wątpią w spostrzegawczość widza i wyjaśniają nam coraz dosadniej świat – a nic nie drażni tak jak moment, kiedy ktoś ci tłumaczy coś, co doskonale sam zrozumiałeś.
W moim odbiorze najciekawiej z całości wychodzi moment konfrontacji Georga ze swoim studentem, gdzie dochodzi do rozmowy o tym, kto ma trudniej: młodzi geje teraz czy może starsze pokolenie i kto tak realnie jest winny obecnemu brakowi równości partnerskiej i temu, że w Polsce nie ma zupełnie queerowej wspólnotowości. Niemniej, jest to ułamek łapiący moje zainteresowanie w tej mętnej matni chodzenia i wzdychania. Trafiają się też mikro sceny, które potrafiły mnie nieprzyjemnie ukłuć i utwierdzić w cierpieniu głównego bohatera – na przykład, gdy na samym początku przy śniadaniu wyjmuje odruchowo dwa kubki na kawę, mimo tego, że doskonale wiadomo, że jego partner nie żyje. Takie mikro elementy utwierdzają mnie w przekonaniu, że gdzieś tam głęboko pod powierzchnią drzemał w tym spektaklu potencjał.
Aktorzy robią co mogą i ciągną ten ciężki głaz u szyi do przodu; cała czwórka: Piotr Pilitowski, Marcin Mazurek (to chyba mój ulubiony nabytek Ludowego, bo jest zajebisty w tym, co robi na scenie, że mamma mia. Jego Kenny jest zalotny, jest zdecydowany i jest też wewnętrznie ze sobą skonfliktowany i tak potwornie pewny swego mimo tego, że za jakiś czas na pewno będzie patrzył na swoje życie z podobnym poczuciem straty jak główny bohater), Małgorzata Kochan i Katarzyna Tlałka robią mega robotę w „Samotnym mężczyźnie” i każda z ich postaci zapada w pamięć.
No nie ukrywam, że jest to chyba jeden ze smutniejszych spektakli jakie widziałem ostatnio – smutny, bo jest potwornie zmarnowaną szansą na naprawdę ciężką, smutną historię, którą straciliśmy jako widzowie z powodu niezdecydowania o czym chce się tak naprawdę opowiedzieć; przez to nie mamy w pełni zarysowanej sytuacji społeczności LGBT w Polsce, ale za to też nie mam opowieści o stracie i smutku, bo ta nie ma szans się rozwinąć – co brzmi absurdalnie przy 2 godzinnym spektaklu, którego większa część to było siedzenie i sapanie. Może gdyby skrócić całość o 45 minut to byłoby wtedy znośnie, ale obecnie: klękajcie narody, nie mogę znieść tego, że tak położono jedną z historii, które mnie za młodu ukształtowały w tak smutnego i pełnego rozpaczy dorosłego człowieka. Zresztą, co to za diagnoza, że każdy jest samotny na swój sposób i za czymś tęskni? Dlaczego próbuje się z samotności geja robić coś wyjątkowego, skoro tak realnie wszyscy jesteśmy samotni tak samo – do szpiku kości.