Logo
Recenzje

Błysk

2.09.2026, 13:23 Wersja do druku

Kandyd czyli optymizm Voltaire'a w adapt. i reż. Sławomira Narlocha w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu. Pisze Jacek Sieradzki w Odrze.

fot. Ada Sanger/mat. teatru

Ma dużą twarz. Nie nalaną, nie chamską. Jak księżyc okrągłą, i jak księżyc nieco bez wyrazu. Taką, która z monochromatycznym, zielonym mundurem radzieckiego pułkownika dobrze składa się w pałubiastą sylwetę. To w jego gestii będzie wizyta Thomasa Manna, który w filmie Pawła Pawlikowskiego przyjechał świętować dwusetlecie urodzin Goethego w obu strefach okupacyjnych Niemiec. Jest rok 1949. Funkcjonariusz wita pisarza za kordonem dzielącym Trizonię od czegoś, co za chwilę będzie Niemiecką Republiką Demokratyczną. Przedstawia się formułą. Nie byle jaką: Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni. Nie uśmiecha się. Nie szuka porozumienia, konfidencji między bądź co bądź wtajemniczonymi. On tylko definiuje sytuację. Ten Mefisto może bezkarnie pochlebiać sobie, że służy porządkowi świata. Tak czy tak to jego świat, a diabeł jest diabłem.

Siedzi mi pod powiekami ta scena z Ojczyzny Pawlikowskiego. Może dlatego, że w jednym kadrze mieści tyle warstw, tyle komunikatów. Tyle odniesień wpisanych pod znieruchomiałe twarze. Krytycy filmowi zwykli mówić o takich kadrach: jakież to teatralne. Trochę nie wiedzą, co mówią. Teatr dookolny, przynajmniej na co dzień i nie licząc arcydzieł, cierpi dziś na potężne ADHD. Gada, ględzi, wszystko dopowiada, wszystko pokazuje, morduje widzów po trzy godziny i więcej, a jeśli krócej, to nie wypuszcza na przerwę, choć siedź i cierp. Jakby trząsł nim lęk, że chwila ciszy obnaży, ja wiem, wewnętrzną słabość tych przekazów? Niepewność w czym tkwi sedno, gdzie trzeba postawić akcent, zatrzymać terkot działań? Jeden koncept nie wybrzmiewa, goni go drugi. W bombastycznym Fauście w Narodowym przed dwoma laty Mefistofelesów było kilku, czy kilkoro, skradzionych masowej wyobraźni: Chaplin, Hitler, Elżbieta II, Andy Warhol, jeszcze ktoś. Żaden nie miał w sobie mocy, bez której ta opowieść jest bez sensu.

Ojczyzna to film o bezwładności. Thomas Mann jedzie wielkim czarnym samochodem przez ruiny, znieruchomiałe i ciche jakby klęska wyłączyła dźwięk. Jedzie przez kraj rozdarty kordonem, ale nie znajdzie nadziei ani po zachodniej stronie linii demarkacyjnej, gdzie dekownicy usiłują chować się za jego autorytetem, ani na wschodzie, gdzie dzieci w mundurkach skandują już slogany. Autorytet mędrca, co z Kalifornii pouczał był Niemców, jak chronić narodową substancję pod Hitlerem, zwietrzał zresztą mocno, on sam jest jak otępiały, nieobecny. Ma za uszami oportunistyczne uniki, puste pozy. Wygłasza namaszczone mowy na temat giganta niemieckiego pisarstwa z podniosłym zamiarem wydobycia z jego dzieła odrodzeńczych i integrujących impulsów. Wierzy w to?

Pewnie nie. Ale przecież i tak patrzy się na tamten obraz druzgoczącego upadku jak na transmisję z innej cywilizacji. Zwłaszcza mając za miejsce obserwacji ojczyznę reżysera Pawlikowskiego dziś. Gdzie ktoś, kto by chciał pamiętać, że kultura bywała nieraz, w różnych miejscach i czasach, zszywaczem rozerwanych wspólnot, prędzej język sobie odgryzie, nim to powie głośno, bo po co miałby robić z siebie durnia? Owszem, nie żyjemy w dzwoniącej ciszą pustce, sztuka robi swój hałas, niekiedy wrzask, wartościowy mniej lub więcej, jak zawsze. Aliści dotkliwie rozseparowany, osobny, popakowany w bańki, coraz wygodniej w nich umoszczony. Nie wnoszący wiele w życie publiczne. Gdzie zresztą nikt niczego od kultury nie oczekuje, nawet na pokaz. Spośród plemion politycznych jedni mają ją w tyłku tak głęboko, że wstyd, drudzy postanowili emablować prostaczków, więc byłoby ich stać na coś w stylu Goethe-sroethe. A nowe żuczki, co przebierają wszystkimi odnóżami do stołu władzy, bez żenady autoryzują i legitymizują wieczne rzygnięcia ćwierćinteligentów, że artyści to darmozjady, do roboty ich posłać, niech se na siebie zarobią. Na tym tle powojenna klęska – i kompromitacja! – cywilizacyjnych złudzeń robi się nagle jakaś, psiakrew, monumentalna.

Żaden porządny Mefistofeles nad Wisłę się nie pofatyguje. Po diabła?

*

A Kandyd w Teatrze im. Horzycy w Toruniu nosi monochromatycznie niebieski mundur, bez dystynkcji. Ma krótkie włosy, obcięte przy skórze. Jak na obrazach Andrzeja Wróblewskiego, malarza bólu Drugiej Wojny. Kandyd też jest na wojnie. Wcielono go do armii króla Bułgarów. To drugi rozdział wolterowskiej opowieści. Mało kto pewnie czytał go na poważnie, bo rekrutacja jest szwejkowata, a wojsko bułgarskie samo w sobie brzmi jak kpina. Dla Sławomira Narlocha jednak nie. Otwierająca spektakl wojna jest wojną, z gwałtami, trupami i egzekucjami. Z absurdem, z grozą. I z milczącą damą, całą na niebiesko, zwaną Mojra.

Obecność Kandyda na scenach polskich zdominował Maciej Wojtyszko, który przed czterdziestu laty napisał z Krzysztofem Orzechowskim adaptację, a potem, na własny już rachunek, realizował ją na wielu scenach. Wojtyszko, człek mądry i pogodny (z domieszką melancholii), czytał Voltaire’a zgodnie z regułami powiastki filozoficznej: dzikie przygody miały być materiałem do dysputy na temat urządzenia naszego padołu. Szczególnie do sporu z tezą Gottfrieda Leibniza, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów. Co in illo tempore brzmiało jak peerelowska propaganda, właśnie bankrutująca i bezsilniejąca. Widzowie pierwszej realizacji Wojtyszki we wrocławskim Polskim (1986) traktowali opowieść jak teatr aluzji i konali ze śmiechu, słysząc o dziecioróbstwie papieża Urbana i o czerwonych baranach będących w Eldorado środkiem transportu. Melancholia była, ale daleko w tle.

Narloch w Toruniu pilnuje, żeby to, co ma być obrazem bezeceństw i okrucieństwa, nie zjechało w błahostki. Gwarancję daje wzrok tytułowego bohatera (świetny Igor Tajchman), skupiony, po żołniersku czujny. I aktorska moc dramatycznych spowiedzi kobiet: Starej (Julia Sobiesiak-Borucka), Kunegundy (siwiutka Karina Krzywicka). Porte-parole Leibniza czyli Pangloss (Michał Darewski) wychodzi tu na bubkowatego showmana; w naiwnych wykładach wspiera go Franciszkanin (Paweł Kowalski), posiłkując się swojskimi Nowymi Atenami. Właściwie jedynym partnerem Kandyda do filozoficznych pogwarek pozostaje sceptyk, Marcin (Jarosław Felczykowski). Ale to nie one tkwią w centrum. Wojna i podróże służą widowisku. Reżyser rozkręca z impetem sceny portugalskie, argentyńskie, weneckie, kończy skomponowaną przez Jakuba Gawlika sekwencją właściwie operową. Pośród tych atrakcji jest nawet quasi-kabaretowa dygresja na tematy własne, mało potrzebna[1].

Część publiczności siedzi na podestach w głębi sceny, patrząc skroś krzątaninę aktorów na majestat balkonów Teatru im. Horzycy. Ci z foteli widzą nasze twarze w tle akcji. Chwyt jak chwyt, nierzadki. Ale pod koniec żelazna kurtyna odcina obie widownie. Tamci mają konwencjonalny finał, słychać echo aktorskich tyrad, później oklaski. A do nas z boku przychodzi młodzieniec ubrany jak inteligent z tamtej wojny, w okularach, z pustym blejtramem w ręku. Andrzej Wróblewski (Darewski przecharakteryzowany nie do poznania). Jest wcielonym lękiem. Rezygnacją. Bólem. Milczeniem, choć pada parę słów. Potem podniesie się kurtyna, a za nią będzie już pusty teatr, z którego wyszła publiczność. I odegrają nam pointę Kandyda, tę znaną, o uprawianiu swojego ogródka. Czy tylko mnie dopadnie myśl, że wywód francuskiego klasyka i całe widowisko właśnie wyleciało w powietrze?

I czy w ogóle tak wypada: wybrać losowo cząstkę widzów i dać im zmieniający wszystko klucz, skąpiąc go reszcie? Nie wiem. Ale cokolwiek myśleć, to, co zrobił Narloch, to jest właśnie jeden z takich błysków, zwrotów, twistów, które oszałamiają. I nie pozwalają zasnąć w samozadowoleniu na Leibnizowskim najlepszym ze światów.

*

Kandyd z Teatru im. Horzycy zda mi się jedną z najciekawszych premier mijającego sezonu. Nie będzie jednak wymieniana w podsumowaniach, bo nikt z obserwatorów spoza Torunia na spektakl nie przyjechał. Sławomira Narlocha nie ma w polu zainteresowania reprezentantów krytycznych baniek.

Sam też jesteś bańka – warknie ktoś. No dobrze, oglądam wiele, ale i wiele mi umyka, bądź z niezdążenia, bądź z innych powodów. Rubryka w „Odrze” też nie jest z gumy. Więc oto na koniec sezonu w pospiesznym trybie parę olśnień, o których nie było mowy w Intermediach. Protest kielecki. Do kogo należą Kielce Jakuba Skrzywanka (Teatr im. Żeromskiego), o dawnych i nowych rabunkach domów. W kulminacji szaleje wesele w pożydowskiej sadybie, a na fasadzie lśni napis WYNOCHA. Mocny błysk? Masara, lalkowy Teatr Ateneum w Katowicach, o hejcie wśród młodzieży, ale ze SzczepanowoTwardochową przewrotką. Uroczystość w krakowskim Ludowym, zjadliwy portret społeczny Małgorzaty Bogajewskiej i jej zespołu. Paprykarz szczeciński czule kpiący kabaret Michała Kmiecika i Marcina Libera wokół kultowej ponoć puszki (Współczesny w Szczecinie). Nauka pływania komediodramat Magdy Drab, pięknie o starości (Nowy, Słupsk). Lubiewo (Wrocławski Współczesny), czyli Jędrzej Piaskowski z Hubertem Sulimą lojalnie wobec Witkowskiego. Hałas czyli wielka wrocławska lalkarka Agata Kucińska w monodramie według Małgorzaty Halber. Była sobie Polska – Pożar w Burdelu Walczaka i  Łubieńskiego wskrzeszony w Rampie. Hersz Libkin żydowsko-gejowsko-amerykańska epopeja Ishbel Szatrawskiej w reżyserii Adama Orzechowskiego (Wybrzeże). Moralność pani Dulskiej czyli formalizm Anny Augustynowicz rozkwitły wyrazistymi rolami (Narodowy). Ot, taka moja dziesiątka, a gdy dodać poprzednie felietony, zbierze się pewnie dwudziestka.

Co z resztą? Bohaterowie Voltaire’a mogą podpowiedzieć.

– Racz mi pan powiedzieć, ile posiadacie sztuk teatralnych we Francji? – zapytał Kandyd labusia; ów odpowiedział:

– Pięć do sześciu tysięcy.

– To dużo – rzekł Kandyd – a ile między nimi dobrych?

– Z piętnaście – odparł tamten.

– To dużo – rzekł Marcin.

[1] Niejaka Roberta Wilson coś bełkocze w teatralnym żargonie. Robert Wilson, światowej klasy reżyser zmarł w ubiegłym roku w trakcie pracy nad spektaklem szykowanym właśnie dla Teatru im. Horzycy; premiera dokończona przez asystentów odbyła się w maju, podczas Festiwalu Kontakt. Nie gorszy mnie brak szacunku. Łyso mi, że nie ma w tej kpinie ani nic śmiesznego, ani mądrego. Po co to?

Tytuł oryginalny

Błysk

Źródło:

Odra 2026/9

Sprawdź także