„Niezidentyfikowane szczątki ludzkie i prawdziwa natura miłości” Brada Frasera w reż. Jarosława Tumidajskiego, spektakl dyplomowy studentów i studentek kierunku aktorstwo (specjalność: aktorstwo dramatyczne) z Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Teatrze Collegium Nobilium w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.
Można pragnąć drugiego człowieka i jednocześnie nie umieć być z nim blisko. Właśnie w tej sprzeczności tkwi siła dramatu Brada Frasera „Niezidentyfikowane szczątki ludzkie i prawdziwa natura miłości”, napisanego pod koniec lat osiemdziesiątych. Jego bohaterowie szukają miłości, pożądania i poczucia bezpieczeństwa, ale często sami niweczą szansę na ich odnalezienie. W inscenizacji Jarosława Tumidajskiego, przygotowanej przez studentki i studentów Akademii Teatralnej w Warszawie, uderza nie tyle obyczajowa śmiałość tekstu, ile rozpoznanie, że mimo upływu blisko czterech dekad wciąż trudno nam przekuć potrzebę bliskości w rzeczywistą więź.
Obejrzałem spektakl kilka dni po premierze, w Sali im. Jana Kreczmara. Najbardziej przekonuje mnie w tej realizacji praca Tumidajskiego z aktorami: skupienie na relacjach, na zmiennych napięciach między bohaterami, na tym, co ich do siebie przyciąga i co każe im się wzajemnie ranić. Znacznie ciekawsze okazuje się przyglądanie ludziom, którzy nieustannie próbują przekroczyć dzielący ich dystans, a zarazem sami go odbudowują.
Nie umiemy być ze sobą
Bohaterowie Frasera żyją w świecie, w którym możliwości nawiązywania kontaktów nie oznaczają jeszcze zdolności do tworzenia więzi. Pragną być kochani, pożądani, potrzebni. Szukają potwierdzenia własnej wartości w cudzym zainteresowaniu, ale kiedy pojawia się szansa na coś trwalszego, często nie potrafią jej wykorzystać. Ich związki przypominają układankę, w której każdy element pasuje do innego tylko na chwilę. Uczucia rzadko są odwzajemnione w tym samym stopniu, a potrzeby jednej osoby stają się ciężarem dla drugiej.
Seks nie jest tu po prostu oznaką swobody obyczajowej ani prowokacją wymierzoną w mieszczańską moralność. Bywa sposobem na zagłuszenie samotności, próbą uzyskania bliskości bez konieczności ujawniania siebie. Ciało można udostępnić łatwiej niż własną słabość. Można pozwolić komuś na fizyczne zbliżenie, nie dopuszczając go do miejsc, w których kryje się lęk przed odrzuceniem. Można też pomylić pożądanie z miłością, a czyjąś obecność z obietnicą, że nie zostaniemy sami.
Tumidajski wydobywa z tej historii właśnie ów dramat niedopasowania. Bohaterowie nie żyją obok siebie dlatego, że nie mają sobie nic do zaoferowania. Przeciwnie: każdy czegoś od drugiego potrzebuje. Problem zaczyna się wtedy, gdy własne pragnienia biorą za miarę cudzych uczuć. Nie dostrzegają, że człowiek stojący naprzeciwko nich ma własne ograniczenia, historię i wyobrażenie o związku. Pragną, by ktoś ich wybrał, lecz sami nie zawsze potrafią zaangażować się w relację z drugim człowiekiem. W tym sensie dramat nie opowiada jedynie o nieudanych romansach. Pokazuje kryzys elementarnej komunikacji. Bohaterowie mówią, dzwonią, spotykają się, przekazują sobie kolejne wiadomości, a jednak najważniejsze treści pozostają niewypowiedziane albo trafiają pod niewłaściwy adres.
Aktorzy zamiast efektownego skandalu
W 1998 roku dramat wystawił w warszawskim Teatrze Dramatycznym Grzegorz Jarzyna, podpisujący się wówczas jako Brokenhorst. Była to realizacja, która stała się jednym z ważnych punktów odniesienia dla teatru młodego pokolenia lat dziewięćdziesiątych. Jarzyna stworzył widowisko dynamiczne, korzystające z projekcji, muzyki i zmiennych przestrzeni. Sceniczny świat nabierał intensywności współczesnego miasta, w którym kolejne bodźce nie przynoszą ukojenia.
Anna Schiller, oceniając tamtą inscenizację, zwracała uwagę, że przedstawienie nie sprowadza się do obyczajowej prowokacji, lecz podejmuje temat miłości w jej rozmaitych odmianach. Podkreślała również znaczenie zespołu aktorskiego, którego wiarygodność pozwalała nadać przekonujący kształt nawet tym fragmentom dramatu, które na papierze mogły wydawać się schematyczne. W archiwalnych omówieniach pojawiała się także krytyka nadmiaru efektów, które mogły przyćmiewać intelektualny wymiar przedstawianego świata.
Te rozbieżności pokazują, że już wówczas sztuka Frasera stanowiła dla teatru zadanie nieoczywiste: należało znaleźć sposób, by nie zamienić jej w katalog seksualnych ekscesów ani w publicystyczną diagnozę społecznego rozkładu. Jarzyna rozwiązywał ten problem przez intensywną organizację widowiska i silną ekspresję aktorską. Tumidajski, choć również powierza ciężar przedstawienia wykonawcom, wydaje się bardziej zainteresowany samym mechanizmem relacji niż rozbudowywaniem wokół nich spektakularnej oprawy.
W przedstawieniu Tumidajskiego najbardziej cenię tę koncentrację. Młodzi aktorzy tworzą postaci, które nie sprawiają wrażenia jedynie ilustracji tez autora. W ich relacjach można dostrzec nie tylko deklarowane uczucia, lecz także sprzeczności między tym, czego bohaterowie chcą, co mówią, a co rzeczywiście robią. To ważne zadanie dla zespołu dyplomowego: nie poprzestać na emocjonalnej intensywności, ale zbudować postaci, których zachowania mają wewnętrzną logikę, nawet gdy prowadzą do decyzji trudnych do zaakceptowania.
Od Jarzyny do Tumidajskiego: co pozostało aktualne?
Najciekawsze w powrocie do Frasera jest dla mnie to, że nie trzeba na siłę uwspółcześniać jego bohaterów. Nie muszą bez przerwy mówić o aplikacjach randkowych ani o mediach społecznościowych, byśmy rozpoznali w nich własne doświadczenia. Technologia zmieniła tempo nawiązywania znajomości i zwiększyła liczbę dostępnych kontaktów, ale nie rozwiązała problemu, który leży u podstaw dramatu: jak przejść od zainteresowania drugą osobą do rzeczywistego spotkania z nią.
Dziś można bez trudu poznać kogoś nowego, a jednocześnie coraz dotkliwiej odczuwać brak więzi, której nie da się zastąpić kolejną znajomością. Można pozostawać w nieustannym kontakcie i nie wiedzieć, czy dla kogokolwiek jest się naprawdę ważnym. Można też nauczyć się prezentować siebie tak, by wzbudzać pożądanie, sympatię lub podziw, a zarazem nie ujawniać niczego, co mogłoby narazić nas na zranienie. Bohaterowie Frasera nie potrzebowali współczesnych platform, by uwikłać się w ten paradoks. Wystarczyły im ich własne lęki.
Prawdziwa natura miłości?
W tytule Frasera jest obietnica odpowiedzi, której sam dramat nie spełnia. Nie znajdziemy tu definicji miłości ani przepisu na szczęśliwy związek. Znajdziemy raczej kolejne sytuacje, w których dobre intencje nie wystarczają, a deklaracja uczucia nie potrafi naprawić wyrządzonej krzywdy. Słowa bywają spóźnione, gesty dwuznaczne, a potrzeba bliskości może prowadzić zarówno do czułości, jak i do przemocy.
Nie chciałbym jednak odczytywać tej historii wyłącznie jako oskarżenia ludzi o bezradność wobec własnych uczuć. Jest w niej coś bardziej przejmującego: świadomość, że pragnienie miłości nie daje jeszcze umiejętności kochania. Nie wystarczy tęsknić za drugim człowiekiem. Trzeba jeszcze umieć zobaczyć go poza własnym wyobrażeniem, zaakceptować jego odrębność, rozpoznać jego granice i wziąć odpowiedzialność za własne działania. To trudniejsze niż samo poszukiwanie bliskości, ponieważ wymaga rezygnacji z przekonania, że nasze cierpienie usprawiedliwia wszystko.
W tej perspektywie przedstawienie Tumidajskiego nie musi przynosić pocieszenia. Nie każda teatralna opowieść o samotności powinna kończyć się nadzieją, że wystarczy wypowiedzieć właściwe słowa, by odzyskać drugiego człowieka. Ważniejsze wydaje mi się samo postawienie pytania o to, co robimy z cudzą obecnością, kiedy wreszcie staje się dostępna. Czy potrafimy ją przyjąć, czy też natychmiast podporządkowujemy ją własnym lękom i oczekiwaniom?
Od premiery inscenizacji Jarzyny minęło niemal trzydzieści lat. Zmieniły się języki kultury, obyczaje i sposoby nawiązywania kontaktów. Nie zniknęła jednak trudność w byciu z drugim człowiekiem. I być może właśnie dlatego powrót do Frasera ma sens: nie dlatego, że jego bohaterowie są podobni do nas we wszystkim, lecz dlatego, że przypominają o czymś, o czym łatwo zapomnieć w świecie nieustannych możliwości wyboru. Możemy spotykać coraz więcej ludzi, a mimo to nie nauczyć się spotykać naprawdę.
Prawdziwa natura miłości nie odsłania się tu w wielkich wyznaniach. Ujawnia się raczej w tym, czy potrafimy dostrzec drugiego człowieka, zanim stanie się dla nas kolejnym sposobem na ucieczkę od samotności. To pytanie pozostaje otwarte. I dobrze, że spektakl Tumidajskiego nie próbuje zamknąć go łatwą odpowiedzią.