EN
29.11.2021, 11:44 Wersja do druku

Beesen albo Nosorożec

W Łysej śpiewaczce z 1950 roku i w o rok późniejszej Lekcji Eugène Ionesco naszkicował zarys Nosorożca z roku 1959. W dwóch pierwszych sztukach język owija przedstawione w nich światy w bawełnę słów, by w trzeciej ryknąć prosto z mostu zwierzęcym jazgotem. Zaprezentowany w tych utworach program ionescowskiej lingwistyki stosowanej wiedzie od bełkotu codziennego, przez akademicki, do bydlęcego. W dużym stopniu wyczerpuje on wkład nowoczesności do językoznawstwa ogólnego, chociaż, co wypada z niepokojem podkreślić, w tej dziedzinie nie powiedziała ona jeszcze ostatniego słowa.

Zatroskanym obserwatorem jej semiotycznych popisów był również Sławomir Mrożek. Jego Zabawa powstała w 1962 roku. Występujący w niej parobkowie – B, S i N – to łyso-śpiewaczkowi Smithowie i Martinowie à rebours. Swoją paplaniną nie rozbijają świata, lecz próbują go uformować, urządzić. Czy to pod postacią wesela, stypy, czy jasełek – jest im wszystko jedno, byleby był. Nie byle jak, jak jest, a jakoś, jak być już nie może. Charakteryzuje się bowiem typowym dla nowoczesności, stomilowym, by nawiązać do Tanga, rozmemłaniem, zwanym ładniej płynnością. Tak czy siak, niezwykle trudno się w nim rozgościć, poczuć jak u siebie, ponieważ ciągle jest się w permanentnie nieokreślonym gdzie indziej, by ostatecznie wylądować w Niczym. Zdarzyło się już Istnieniu w nim znaleźć. Wtenczas jednak Duch Boży unosił się nad wodami, a sam Bóg nazywał: światłość – dniem, ciemność – nocą, sklepienie – niebem, suchą powierzchnię – ziemią, i tak dalej, przez pięć znojnych dni, a szóstego, jak wiadomo, stworzył człowieka i wszystko diabli wzięli.

Parobkowie Mrożka, stając przed zadaniem creatio ex nihilo, jedyne, czego mogą dokonać, i czego w istocie dokonują, to nihilo ex creatio. Są w sytuacji znanej z przeszłości, gdy „na początku było Słowo”, ale znacznie później, bliżej końca, kiedy mają do dyspozycji, parafrazując Williama Shakespeare’a, „leksemy, leksemy, leksemy” i, zostawiając już Stratford-upon-Avonczyka w spokoju, jeszcze więcej leksemów. Nowoczesność używa ich do zagadywania własnej duchowej pustki. Dla niej „wszystko może, wszystko prawie. Nic naprawdę”, jak powiada S. Przekonanie to daje poczucie absolutnej swobody. Według niego wszystko jest kwestią interpretacji, symulakrem, narracją, czymś, czemu nie trzeba stawiać czoła, a co można, w razie gdyby sprawiało jakieś kłopoty, zdekonstruować i rozkręcone na części zezłomować. Wolności w tej dowolności jednak nie ma, co pokazuje historia B, S i N. Nie mogą wszak oni zrobić kompletnie nic. Ani się zabawić, ani nawet nie.

Bohaterowie Łysej śpiewaczki nie są, jak oni, ofiarami nowoczesnego zdyskursowania wszystkiego, co się rusza, lecz produktem tego procesu. U Ionesco język pokazuje swoim właścicielom język. To nie postacie się nim posługują, lecz on nimi. Funkcjonują one jako część kalamburu, pionek w grze słów. Konsystencja ich istnienia jest galaretowata. Przybiera każdą formę, jaką jej się nada, jak pomieszczenie, do którego wpadli parobkowie u Mrożka, żadnej, jak ono, nie utrzymując na dłużej. Tacy państwo Martin, na przykład. Gdy pojawiają się na scenie, mamy pewność, że są małżeństwem. Szybko aliści okazuje się, iż nie jest to takie oczywiste, by następnie uzyskać potwierdzenie w konwencjonalnej do ekstraordynaryjności konwersacji bohaterów. Przybiera ona kształt dialogu szparko przebiegającego przez fakty i tratującego je, zbijającego w absurdalną miazgę. Prawda, zmieszana w niej metodą qui pro quo ze zmyśleniem, fantazją, żartem, traci w tej melasie jakiekolwiek znaczenie. W łyso-śpiewaczej nowoczesności może ona jeno przysłuchiwać się w milczeniu rozmowom na swój temat i ścierana banałem small talkowych spostrzeżeń parcieć w doskonały materiał do gadki szmatki.

„Popatrz, już dziewiąta” – zwraca się Pani Smith do Pana Smitha, zanim Martinowie włączyli się w akcję dramatu – „na kolację była zupa, ryba, kartofle ze słoniną, angielska sałata. Dzieci napiły się angielskiej wody”, i tak et cetera i et cetera, przez to, że „kartofle doskonale smakowały ze słoninką”, „naszemu małemu bardzo się chciało piwa”, aż do sprawy doktora Mackenzie-Kinga – medyka, co „nigdy nie zapisuje lekarstw, których przedtem nie wypróbował na sobie. Zanim zoperował Parkera, sam przedtem poddał się operacji wątroby, chociaż wcale nie był chory”. Smithowa monologuje tutaj z nieopamiętaniem godnym Molly Bloom z Ulissesa Jamesa Joyce’a. Jej logorea rozszarpuje realność świata przedstawionego gwałtownymi porywami Bewusstseinsstorm i przegaduje ją w abstrakcję. Przeprowadza tym samym swoisty stretching rzeczywistości. Rozciągnięta w ten sposób z łatwością fika później liczne koziołki, z salto mortale włącznie, nad logiką i euklidesowym porządkiem rzeczy. Bywa to śmieszne. „Można usiąść na krześle dopiero po uprzednim upewnieniu się, że jest bezdzietne”, dowiadujemy się od Pani Martin; „sosna to drzewo, ale i chleb to drzewo, bo skoro istnieją drzewa chlebowe, to z każdego dębu rodzi się o świcie maleńki dąbek”, to jej mąż; i wreszcie „wystarczy przyjąć, że Pi równa się 2 przecinek 89 i z każdego koła można zrobić błędne koło” Pana Smitha, z czym akurat można się wyłącznie zgodzić i dodać, iż tą metodą, częściej i bezczelniej niż mogłoby się wydawać, stymulowane jest nasze życie społeczne, intelektualne i polityczne. Dlatego wygląda ono, tak jak wygląda.

Tam gdzie język przejmuje funkcję demiurga, człowiek staje się li tylko słowną igraszką. Bohaterowie Ionesco to nie ludzie, lecz gadające lalki, maszyny do artykułowania mniej lub bardziej zrozumiałych zdań. Trudno przejąć się losem kogoś, a raczej – czegoś takiego. To bowiem losu właściwie nie ma. Różni się tym od parobków Mrożka. Nie żeby byli wielkimi herosami. Ba, nie za bardzo są nawet indywidualnościami. Tak podobni do siebie, że niemal identyczni, funkcjonujący jako człekokształtne tuby do przekazywania zrytmizowanych fraz, zachowują mimo to wystarczająco dużo podmiotowości, aby doświadczyć jakiegoś dramatu. Dramatis personae Ionesco z Łysej śpiewaczki niczego nie przeżywają. Uprawiają, a raczej to nimi się uprawia, raftingw kipielach strumienia świadomości. Świadomości w dodatku bezosobowej, do nikogo na stałe nieprzypisanej, przeznaczonej do wielokrotnego użytku. Kompatybilna jest przecież z każdym – w finale sztuki państwo Martin wypowiadają pierwsze kwestie Smithów z początku utworu. Jak dla B, S i N to, czy są na weselu, stypie, czy jasełkach było w gruncie rzeczy wsio rawno, tak tutaj Smith czy Martin to wsio ryba.

O ile w Łysej śpiewaczce język lata we wszystkie strony, liżąc universum po znaczeniach gdzie popadnie, o tyle w Lekcji jest już wybredniejszy, precyzyjniejszy. Jeżeli wcześniej rozbloomiał świat przedstawiony w chaos przypadkowych skojarzeń, to teraz, zyskawszy na konkretności, scala go w rzeczywistość wprawdzie nie mniej absurdalną, ale za to dużo groźniejszą. To, co spotyka w niej Uczennicę, można potraktować jako dalszy ciąg srogiego gang bangu, jaki urządzili semantyce łyso-śpiewaczkowicze, podkręcony tutaj fetyszem akademizmu. „Jeśli wyda pani w przyśpieszonym tempie szereg dźwięków” – wykłada Profesor teoretyczne założenia tej perwersji – „te samoistnie uczepią się jedne drugich, tworząc tak zgłoski, słowa, ewentualnie zdania, to znaczy bardziej lub mniej ważne związki, czysto irracjonalne związki dźwięków pozbawione całkowicie sensu, ale właśnie dlatego zdolne utrzymać się wysoko w powietrzu”. Powyższą koncepcję belfer uzupełnia jeszcze twierdzeniem głoszącym, iż „opadają tylko i wyłącznie słowa, które coś znaczą, słowa obciążone sensem; w końcu rozpadają się one zawsze, rozbijają się”. Tak oto bezładna paplanina z sekwencji zamykającej Łysą śpiewaczkę otrzymuje naukowe uzasadnienie.

We współczesnej tak zwanej humanistyce nie takie „kakatoesy” robią z magistrów doktorów. Obowiązująca w niej metodologia jest taka, jak u Ionesco. Polega na ustanowieniu absolutnie arbitralnego systemu znaczeń i konsekwentnym stosowaniu go, mimo idiotyzmów, jakie ze sobą niesie. Z czasem, o ile powtarza się go tyle razy, że staje się prawdą, jego debilizm zaczyna wyznaczać intelektualne standardy. Jeśli więc Uczennica chce uzyskać tytuł naukowy, musi wiedzieć, między innymi bzdurami, że „dokładnym tłumaczeniem portugalskiego słowa «Portugalia» będzie francuskie słowo «Francja». […] Francja po włosku: Włochy!”. To mniej więcej tak, jak z większością fundamentalnych pojęć języka starohumanistycznego, które na nowohumanistyczny przekłada się dziś in gremio jako „faszyzm”, „opresja”, „przemoc”.

W sztuce translatorskiej tego rodzaju wprawił nowoczesność nie kto inny, jak Jean-Jacques Rousseau. Amerykański myśliciel Irving Babbitt nazwał jego idee „parodią” chrześcijańskich koncepcji miłości i łaski. Autor Emila pominął takie, skądinąd kluczowe dla zrozumienia oryginału słowa, jak „pokora” i „grzech”, zastępując je w swoich rozważaniach zwiewnym przekonaniem, że człowiek z natury jest dobry, a za wszelkie zło, jakiego się dopuszcza, odpowiedzialne jest społeczeństwo i jego instytucje. W efekcie tego językowego pomieszania „nasi nowocześni rewolucjoniści doświadczali bolesnych rozczarowań”, czytamy u Babbitta w Demokracji i przywództwie z 1924 roku, a „działo się tak zwykle dlatego, że pobudzali swą wyobraźnię za pomocą słów, nie upewniając się wpierw, czy słowa te korespondują z przedmiotami, których dotyczą. W ten sposób przekonani byli, że zmierzają do ziemi obiecanej, podczas gdy w rzeczywistości pływali jedynie w morzu własnej próżności”.

U Profesora z Lekcji próżność miesza się z obawą przed ulegnięciem jej. W końcu atoli miłość własna w nim zwycięża. Bohater, wiedziony wewnętrzną logiką kretyńskiego, lecz akademickiego, więc niepodlegającego dyskusji wywodu, wpada nagle na pomysł, aby zaznajomić Uczennicę ze wszystkimi tłumaczeniami słowa „nóż”. Dla uatrakcyjnienia wykładu, jak informują nas didaskalia, „podbiega do szuflady, znajduje tam wielki, niewidoczny nóż, chwyta go, wymachuje nim uradowany”, po czym „zabija Uczennicę szerokim, teatralnym pchnięciem”. Już martwą uderza jeszcze raz, być może w ramach fakultetów. Potem żałuje. A raczej – drży przed odpowiedzialnością, o którą może upomnieć się parszywe społeczeństwo poprzez funkcjonariuszy swoich zgniłych instytucji, takich jak policja i prokuratura. Zabita na naszych oczach dziewczyna była już czterdziestą ofiarą zaszlachtowaną tego dnia przez Profesora – człowieka, jak każdy według Rousseau, dobrego z natury. „Ma pan, jak się pan boi, niech pan to włoży, nie będzie się pan potrzebował niczego bać. […] To polityczne” – uspokaja go Służąca, nakładając mu na ramię opaskę ze swastyką. Jego następców, przedstawicieli współczesnej tak zwanej humanistyki, chronią dziś symbole innych ideologii, ale robią to tak samo skutecznie. Przy czym „to polityczne” przestało być wymówką dla tak zwanych humanistów, stając się naczelną zasadą ich tak zwanych badań.

Haby im zresztą w deery. Prawdziwym problemem są ich wychowankowie. Przez lata studiów u Profesorów wkuli na, poza tym puste, pały pakiet poglądów, bo przecież nie wiedzy. Dzięki nim zawsze wyciągną odpowiedni morał z nawet najidiotyczniejszych historyjek, choćby tych z Łysej śpiewaczki o „innych psach”, którym wydawało się, że są słoniami lub tak dobrze udawały koguty, że nikt ich nie rozpoznał. „Uważam to za absurd, by szaleć dlatego, że kilku osobom zachciało się zmienić skórę. Czuli się niedobrze w swojej. Wolno im, to ich sprawa” – to perora Dudarda z Nosorożca, wzorowego absolwenta nowoczesnej Akademii. Objaśnia ona Bérengerowi, dlaczego nie trzeba przejmować się tym, że ludzie przemieniają się w zwierzęta. Doskonale tłumaczy także fenomen psów z trąbami bądź dziobami jako rzecz tak naturalną, że snadź tylko przez jakieś ewolucyjne nieporozumienie sama z siebie nie występuje w przyrodzie. Do takich tranzycji „powinniśmy być nastawieni przychylnie, lub przynajmniej neutralnie; trzeba być wolnym od przesądów, to cecha umysłów naukowych”.

Profesorowie wyższych uczelni kształcą dziś takich Dudardów całymi rocznikami, a ci bezrefleksyjnie powtarzają ich dyrdymały, myląc je z nauką. Z lekkością native speakerów mówią po francusku „Włochy” i wychodzi im „Francja”. Z obcych języków znają też swój. Żenują się jednak nim posługiwać, bo nie potrafią, mimo szczerych pragnień, pozbyć się mało wyszukanego, obskuranckiego, ich zdaniem, akcentu. Najchętniej tedy używają akademickiego narzecza znanego wyłącznie wśród nielicznych plemion zamieszkujących najdalsze, zapomniane przez Boga i ludzi, pustacie uniwersyteckiego Bełkotstanu. Ten ich dialekt przemienia się w bezradny ryk, gdy rzeczywistość stawia przed nimi realne wyzwania. Nie potrafiąc ich zagadać modnymi teoriami, próbują je nimi zakrzyczeć. Jest to jakaś erystyka.

Rozważane tu dramaty wiodą swoich bohaterów do tego samego celu, lecz dwiema różnymi drogami. Pierwsza to pokora, prostolinijność, poczciwa naiwność parobków z Zabawy oraz wspomnianego wyżej Bérengera; druga – pełne pychy, protekcjonalnie przychylne nastawienie, wolność od przesądów i umysły naukowe Dudarda. Na ich rozstaju stawiani przeto jesteśmy przed następującym wyborem: uparte zaklinanie świata, aby nabrał wreszcie jakiegoś znaczenia, albo stratowanie go; rozpaczliwe grzęźnięcie w semantycznej pustce albo beztroska po niej galopada. Beesen albo nosorożec.

Literatura przedmiotu w Literaturze podmiotu:

1. I. Babbitt, Demokracja i przywództwo, przeł. P. Musiewicz, Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2019.

2. E. Ionesco, Lekcja, przeł. J. Błoński, [w:] E. Ionesco, Teatr, t. I, PIW Warszawa 1967.

3. E. Ionesco, Łysa śpiewaczka, przeł. J. Lisowski, [w:] E. Ionesco, Teatr, t. I, PIW Warszawa 1967.

4. E. Ionesco, Nosorożec, przeł. A. Tarn, [w:] E. Ionesco, Teatr, t. II, PIW, Warszawa 1967.

5. S. Mrożek, Zabawa, [w:] S. Mrożek, Dzieła zebrane. [Tom XII:] Dramaty 6, Noir sur Blanc, Warszawa 1998


Tytuł oryginalny

Beesen albo Nosorożec

Źródło:


Link do źródła

Autor:

Antoni Winch