Logo
Recenzje

Bangaranga

20.05.2026, 12:44 Wersja do druku

„Paw królowej” wg Doroty Masłowskiej w reż. Pawła Świątka w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Pisze Maciej Stroiński.

fot. Joanna Gałuszka

„Proszę pani, od pani debiutu minęło trzynaście lat. Czy dla pani była to szczęśliwa trzynastka? Jak pani ocenia ten okres z punktu widzenia zawodowej kariery? – Nie oceniam. Prawdę mówiąc, nic mnie to w tej chwili nie obchodzi. Przepraszam, że tak mówię, ale rzeczywiście własna osoba jakoś nic mnie teraz nie obchodzi. Dzieje się tyle wspaniałych i fascynujących rzeczy, a nasza codzienność jest frapująca. Prawdę mówiąc, po trzynastu latach zazdroszczę pani. Ja bym wolała siedzieć tutaj i odczytywać te pierwsze karty Polski pokomunistycznej. Chyba bym wolała. W tej chwili myślę, że to jest na mój temperament”.

Jest to preambuła do przesławnych słów Szczepkowskiej na temat czwartego czerwca. Czuję się dzisiaj jak ona. Od premiery Pawia, o którym tu pomówimy, minęło czternaście lat, jednakże tymczasem pragnę zakomunikować coś dużo donioślejszego, choć pozornie nie na temat: czternastego maja dwa tysiące dwudziestego szóstego roku homofobia w Polsce być może się nie skończyła, ale na pewno zesrała. Wątpiłbym w to zdanie, gdyby nie totalna furia świętojebliwego skrzydła mojej krakowskiej familii. Unieszczęśliwiłem swoich bliźnich swoim szczęściem.

Paw królowej jest spektaklem już wszechstronnie obejrzanym, nagrodzonym, pochwalonym. Czy też zapomnianym? No, na pewno nie przeze mnie. Byłem wczoraj i widziałem. Zestarzał się, siłą rzeczy, więc – jak to na starość – wszedł w ponowną młodość. Wciąż czuć pierdolnięcie. Kiedyś widownia, przyznajmy, śmiała się donośniej, bardziej spazmatycznie; dzisiaj może już nie czuje, czemu „Czarek Mończyk” lub „Mirosław Pęczak” to grube nazwiska.

Być może musiało minąć te prawie piętnaście lat, by dzieło nareszcie odsłoniło swoją prawdę. Dlaczego zażarło? Myślałem o Pawiu, oglądając sukces Bułgarii na Eurowizji. Bangaranga Dary: na pierwszy rzut ucha piosenka jak wszystkie, euro disco trash, lecz szybko się okazuje, że zaczynasz ją zarzynać. „Zarzynanie płyty” to pojęcie z czasów późnego winylu (epoka geologiczna w środkowym mezozoiku), gdy jeszcze się rysowało powierzchnie grające, przeto każdy odsłuch traktowało się z szacunkiem. Spotifaja nie zarzynasz: on zarzyna ciebie. Wrzuciłem więc Darę na playlistę „polubione”, ale zapętliłem tylko ten jeden kawałek: odtwarza się na okrągło. Tak też było kiedyś z przedstawieniem Paw królowej: kiedy zacząłem nań chodzić, nie umiałem przestać.

Moja sis lansuje tezę, że Eurowizję wygrywają piosenki o zmiennym tempie. To by się zgadzało. Publiczność dostaje szału, kiedy Bangaranga zwalnia i wybrzmiewa orientalnie. Z Pawiem nie inaczej: dwie minuty ciszy, które następują w połowie przebiegu, uzmysławiają widowni, co właśnie przeżywa.

Nie chcę nic mówić, ale w hicie Dary widzimy podobny układ jak w hicie Starego: czworo danso-performerów krąży dookoła centrum (w Pawiu jest to piłka, w Bangarandze – piosenkarka), gnąc się i śpiewając. Paw zresztą dotyczy właśnie szołbiznesu. Sam się nazywa piosenką („powstałą za pieniądze z Unii Europejskiej”). I też jest bengierem.

Dorota Masłowska nie powinna dostać Nobla. Powinna wygrać konkurs Eurowizji. Może osiągnie to Pawiem („To wcale nie jest żadna piosenka hiphopowa. Piosenki hiphopowe są krótsze i zawierają teledysk albo muzyczny podkład”) albo choćby nowym singlem, który ma wypuścić już przed wakacjami. (Adam Mickiewicz również zwał siebie „śpiewakiem”).

Ten spektakl zrobił mnie widzem. Jeszcze nie krytykiem, którym, jak twierdzą niektórzy, nigdy nie zostałem, gdyż te moje recki to nie jest żadna krytyka. Za pisanie o teatrze zabrałem się później, pod wpływem Wero Szczawińskiej i Geniusza w golfie, gdy ujrzałem spektakl tak bezwstydnie snobistyczny, że nie dałem rady nie wyrazić weta. Paw stanowił antypody tego dziwowiska: był naprawdę śmieszny, a nie tylko chciałby. Różnił się jak Eurowizja od, powiedzmy, Ruhrtriennale. Przynosił mi objawienie, że taki wieśniak jak ja może mieć swój safe space nie w kasie, lecz na widowni. Paw i Strzępka dawały kiedyś nadzieję, że polski teatr artystyczny może stanowić coś więcej niż paszę dla zblazowanych.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także