„Hamlet” Williama Shakespeare'a w reż. Kamila Białaszka w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Cóż, bunt nie do zniesienia nieznośnego Hamleta (świetny w tej roli Antek Sztaba) wypadł niestety dość blado. Już na początku drugiego aktu książę, po zabiciu Poloniusza, zamiast kontynuować rewoltę, wczołguje się pod maminą spódnicę i zaczyna buczeć, bo Gertruda (rewelacyjna Anna Ilczuk) powiedziała mu do słuchu, i dała dziecku do zrozumienia, żeby z niej zszedł, bo najwyraźniej nie bardzo wie, o czym się buntuje. (W opisie spektaklu czytamy, że twórcy „zadają pytanie o sens buntu i walki z systemem, stawiają diagnozę w kwestii rewolucyjnego potencjału pokolenia Z”. I ta diagnoza dla zetek wydaje się stosunkowo miażdżąca).
To zresztą jedna z najmocniejszych scen przedstawienia. Zaraz po niej dostajemy kolejną, która zostaje w pamięci – monolog ducha Ofelii, w którą wcieliła się Ewa Skibińska, natomiast TEN monolog Hamleta, choć aktor zabiera się doń po bożemu, zamienia się w próbę zrozumienia źródeł terroryzmu. Co o tyle to ciekawe, że zemsty za śmierć Hamleta Seniora (Grzegorz Artman) ze strony Juniora się nie doczekamy. A terrorism-like zaopatrzenie fałszywych przyjaciół w somalijskie paszporty, skazujące ich na zasłużony los w Anglii, wydało mi się ździebko zbyt efektowne. (W sensie – że nie zaopatrzenie, ale że – somalijskie).
Spektakl jest absolutnie oczobijny. Obłędne kostiumy Sławka Błaszewskiego, genialna scenografia Aleksandry Wasilkowskiej i multimedia (Michał Mitoń, Hubert Kozarzewski), które atakują z każdej strony sceny – wszystko to robi wrażenie, szczęśliwie największą siłą spektaklu pozostają aktorzy i ich fenomenalna gra.
Natomiast pewnego rodzaju dezorientację wzbudziły we mnie prolog i finał. Spektakl zaczyna się od stada szympansów przy korporacyjnych biurkach, wklepujących jakby na akord do laptopów tekst dramatu; finał zaś (zgrabnie odegrany przez Andrzeja Kłaka) to próba bezpośredniej rozmowy z publicznością o sensie dziedziczenia. Nie udało mi się niestety połączyć wszystkich kropek, które reżyser tymi za pomocą tych scen raczył rozrzucić. Poza tym – gdy Duch Ofelii wywoływał do przenoszenia cegieł, naprędce zanurzyłem się w lekturę programu, gdyż angażowanie publiczności w taki sposób wywołuje we mnie głęboki lęk i wskazany palcem, demonstracyjnie schowałbym się pod fotel.
Ale poza tym – serio – sztos!