Logo
Magazyn

To tu zaczyna się przygoda widza z teatrem

9.09.2026, 12:00 Wersja do druku

Rok temu też dostaliśmy Złotą Maskę, za „Innego”, wcześniej za „Łyska z pokładu Idy”, ale laury za „Masarę” mają dla mnie szczególne znaczenie, bo jest ona moim bardzo osobistym spektaklem. Powiedziałam zresztą aktorom, że pierwszy raz zazdroszczę sobie, że jestem po tej stronie  na widowni, a nie na scenie – bo za każdym razem mam takie same emocje, przedstawienie mnie niezwykle wzrusza. Mówi Małgorzata Langier w rozmowie z Krystianem Węgrzynkiem w magazynie „Śląsk”.

fot. Tomasz Zakrzewski

Krystian Węgrzynek: Czy o sezonie 2025/2026 w Teatrze Ateneum można powiedzieć – nawiązując do tytułu jednego z przedstawień – że to część kampanii kompletnego sukcesu?

Małgorzata Langier: Ten sezon na pewno był udany, ale i poprzedni był całkiem niezły.

Na Pani zdjęciu profilowym w mediach społecznościowych umieszczona jest fotografia „Masara”. Złota Maska za rok 2025.

Rok temu też dostaliśmy Złotą Maskę, za „Innego”, wcześniej za „Łyska z pokładu Idy”, ale laury za „Masarę” mają dla mnie szczególne znaczenie, bo jest ona moim bardzo osobistym spektaklem. Powiedziałam zresztą aktorom, że pierwszy raz zazdroszczę sobie, że jestem po tej stronie  na widowni, a nie na scenie – bo za każdym razem mam takie same emocje, przedstawienie mnie niezwykle wzrusza.

Dlaczego?

Bo widzę ten hejt, w którym pogrążona jest młodzież. Obserwuję to z bliska, bo mam nastoletnią córkę. Jednocześnie mam wrażenie – chodząc na zebrania, spotykając się z innymi rodzicami – że nas to nigdy nie dotyczy. Nieprawda. Dotyczy nas to! Dlatego że inne wyobrażenia mamy o naszych dzieciach, kiedy są w domu, a zupełnie inne w momencie, kiedy z niego wychodzą. Zrobiłam ten spektakl także dla dorosłych, po to, żeby zrozumieli, jak rodzi się hejt, do czego zdolni są młodzi ludzie. Hejt jest od dawna. Przecież opowiadanie Twardocha ma już swoje lata [2011 rok - KW] i ten lincz na bohaterce nie odbywa się w Internecie. Zapewne każdy z nas miał wokół siebie taką osobę jak Masara.

A to, że to jest tekst zakorzeniony w śląskiej rzeczywistości, miało też znaczenie? To, że autorem jest popularny i ceniony śląski pisarz?

Jestem absolutną fanką Szczepana Twardocha. To opowiadanie i wiele innych jego tekstów nie nadają się do naszego teatru ze względu na język. Jednak jesteśmy zespołem, który ma stygmat sceny dla dzieci.

Ale świetnie zrobione jest to obejście wulgaryzmów w spektaklu. Mam na myśli czerwony przycisk wciskany przez aktorów w tych momentach... Wystawienie Twardocha w Ateneum to był Pani pomysł, czy reżysera Roberta Jarosza?

Tak, to był mój pomysł. Wziął się stąd, że zaproszono mnie kiedyś do jury festiwalu monodramów w Tychach. Zobaczyłam wtedy dziewczynę, która pokazała absolutnie fantastycznie zrobioną „Masarę”. Zresztą nagrodzoną. Wcześniej ten tekst czytałam, ale on zupełnie inaczej zakorzenił się w mojej głowie. Po festiwalu przeczytałam opowiadanie raz, drugi, trzeci i postanowiłam przenieść je na scenę. Wydało mi się ono tak bardzo aktualne, mimo że ma tyle lat. Rozpoczęliśmy rozmowy z autorem, który bardzo chciał, żeby ten tekst tu zaistniał. No i poszło. Dostaliśmy prawa do prapremiery.

A sceniczny kształt „Masary” to już realizacja wizji reżysera?

To pomysł Roberta Jarosza od początku do końca. On jest autorem adaptacji i reżyserem spektaklu. Ja tylko bardzo go prosiłam o mniej dosłowności. Dlatego, że nie mówimy tu tylko i wyłącznie o otyłości. Myślę, że to się świetnie Robertowi udało, bo jednak problem jest dużo szerszy

Czy można się spodziewać jakichś tekstów śląskich? Mamy Muminki przetłumaczone na śląski, Pippi LangstrumpfMikołajka... Byłaby Pani w stanie sobie to wyobrazić?

Oczywiście, że tak, choć nie wiem, jaki byłby odbiór tego najmłodszego pokolenia. .. Wie pan, kiedy dzisiaj tu szłam, myślałam o tym – od jakiegoś już czasu – że czuję coraz większą odpowiedzialność za to, że dzieci z teatrem spotykają się po raz pierwszy właśnie tu. Przecież to pokolenie widza najmłodszego w przyszłości stanie się pokoleniem widza dorosłego. I zdaję sobie z tego sprawę tym bardziej, że kiedy mówię, gdzie pracuję, to każdy reaguje: „Wiem, chodziłam. Wiem, chodziłem. Czuję taką odpowiedzialność, kiedy pomyślę, że jak dorosną ci najmłodsi, którzy do nas przychodzą, to też będą to pamiętać… Natomiast zdradzę panu, że myślę o tym, żeby w przyszłym sezonie zrobić tekst, może niekoniecznie po śląsku, ale na pewno mówiący o Śląsku. I w związku z tym zaprosiłam do współpracy reżysera znad morza. Bo fascynuje mnie, jak on, nie będąc tu w środku, nie mając absolutnie żadnego kontaktu z regionem, spojrzy na śląską kulturę. To jest równie fascynujące, jak to, kiedy zagraniczni twórcy sięgają po polskie dramaty, po Gombrowicza, po Różewicza i co z tego czerpią, jak to na nich oddziałuje i jak odczytują te teksty.

Czy Pani zdarza się siąść w czasie porannego przedstawienia na widowni?

Jak już mam dosyć tych wszystkich papierów, które tu leżą, idę na spektakl i jest to dla mnie fascynujące. Jak dzieci wchodzą cały czas w tę magię teatru, w dialog z aktorami: „Nie tutaj, nie tędy... Ona tam uciekła”. I tak dalej.

Widownia „Masary” jest podobna?

Przy „Masarze” mam tak, że wchodzę i widzę na widowni tych szesnasto-, siedemnastolatków, którzy – kiedy kończy się spektakl – wstają i biją brawo. Wtedy myślę: „warto było!”. Ale jest też wielu ludzi, którzy absolutnie tego nie kupują, którzy nigdy nie spotkali się z hejtem. Jeden z moich kolegów powiedział, że on w ogóle nie rozumie, dlaczego ja zrobiłam ten spektakl. To znaczy rozumie, że sięgam po Twardocha, natomiast absolutnie go ta tematyka nie porusza. Drążyliśmy ten temat i powiedział, że on nigdy nie był hejtowany, że nie rozumie tego zjawiska, nie spotyka się z nim i jest gdzieś obok tego. A przecież to, co się mówi, to jak odbieramy sztukę, w większości zależy od naszego doświadczenia.

Interesuje mnie relacja aktorów z młodym widzem. Ażeby troszkę lepiej wejść w klimat, wybrałem się parę dni temu na Alicję w Krainie Czarów”, spektakl przygotowany wspólnie z Teatrem Śląskim. Widownia żywo reagowała, ale także dlatego, że była do tego zachęcana, czy wręcz prowokowana przez twórców. Teatr jest zawsze rozmową, ale w tym przypadku chyba inaczej zaplanowaną?

Tak mi się wydaje. Widz, ten najmłodszy, jest zupełnie inny niż dorosły. On wchodzi w spektakl niejako w całości. Wyrządziłam pewną krzywdę mojej córce, która znała to od kulis i tłumaczyła innym dzieciom, że to samo nie jeździ, że tam są takie kółeczka, a to tak naprawdę jest aktorka, a nie gadająca zebra. W tym sensie czasem odbieramy naszym dzieciom magię teatru, natomiast normalnie one nie mają tej bariery.

Dla nich nie ma umowności sytuacji scenicznej?

Nie ma. Identyfikują się z tymi bohaterami i chcą im pomóc, tak po prostu. Natomiast to, co dla dzieci jest naturalne, wynikające z emocji, ze wzruszenia, nie jest komfortowe dla dorosłych. My nie lubimy być atakowani, zaczepiani przez aktorów, wypytywani. Zdarza się to całkiem często. Ja osobiście tego nie lubię.

Ja też.

A dzieci to lubią... Opowiem Panu taką anegdotę z teatru w Lublinie. Aktorzy grają na scenie, grają i widzą dziecko w pierwszym rzędzie, które przyszło z babcią. I w pewnym momencie, już tak po godzinie tego spektaklu, ten chłopczyk mówi głośno: „Babciu, to ja już wolę do kościółka”.

Ależ sygnał dla aktorów!

My sobie zawsze opowiadamy tę anegdotę, kiedy oglądamy takie dość nużące widowisko. Wtedy sobie mówimy: „Babciu, to ja już wolę do kościółka”. Trudne to jest dla aktorów, którzy jednak muszą ten spektakl do końca dograć.

Obserwując widownię „Alicji w krainie czarów”, miałem wrażenie, że przynajmniej część widowni była jakoś troszkę speszona obecnością rodziców. Na spektaklach szkolnych jest inaczej?

Zupełnie inaczej zachowują się dzieci, które trafiają na spektakle z otwartej sprzedaży, czyli weekendowe, niż te, które przychodzą w swojej grupie rówieśniczej. Na spektaklach zorganizowanych, czyli wyjściach z przedszkoli, czy szkół, jest zupełnie inny, spontaniczny odbiór. I uprzedzamy nauczycieli, żeby nie uciszali dzieci. Chcemy słyszeć tę reakcję.

A czy możemy się spodziewać większej ilości koprodukcji z Teatrem Śląskim?

Wcześniej robiliśmy „Stasia i Złą Nogę”. To była nasza pierwsza współprodukcja; „Alicja w Krainie Czarów” to druga. Myślę, że to też jest bardzo dobre doświadczenie dla aktorów. Pewnie dla tych dramatycznych również, ale dla aktorów naszego teatru jak najbardziej. To jest zupełnie inny rytm pracy. My jednak aktywni jesteśmy w innym paśmie: gramy spektakle o godz. 9.30, o godz. 11.30. Teatr dramatyczny gra w innych godzinach, w innych robi próby. Poza tym większa scena to większe możliwości, nowa, ciekawa perspektywa.

Tytuł oryginalny

To tu zaczyna się przygoda widza z teatrem

Źródło:

„Śląsk” nr 9

Autor:

Krystian Węgrzynek

Data publikacji oryginału:

31.08.2026

Sprawdź także