Logo
Recenzje

A teraz idziemy na jednego

13.10.2026, 08:15 Wersja do druku

„Na rauszu” Thomasa Vinterberga, Tobiasa Lindholma i Clausa Flygare'a w reż. Artura „Barona” Więcka w Teatrze Scena STU w Krakowie. Pisze Piotr Gaszczyński w Teatrze dla Wszystkich.

fot. Radek Krzyżowski

Ocena recenzenta/tki: (8/10) – bardzo dobry

Spożywanie alkoholu jest zakorzenione w polskiej kulturze tak głęboko, że jego źródeł trzeba by szukać aż u naszych słowiańskich przodków z czasów pierwszych władców. Ponad tysiąc lat toastów, okolicznościowych imprez, topienia smutków i świętowania sukcesów, uczyniły z napojów wyskokowych trwały kulturowy atrybut w rękach Polaka – czyli kogoś, kto potrafi wypić bardzo dużo.

Nie bez powodu miejskie legendy mówią o etykietach eksportowych wódek z czasów PRL-u, gdzie miało znajdować się ostrzeżenie: „Dawka śmiertelna to 4,5 promila alkoholu we krwi. Nie dotyczy Polaków i Rosjan”.

Artur „Baron” Więcek sięga po „Na rauszu”, redukując dzieło Thomasa Vinterberga do kameralnej, niemal laboratoryjnej przestrzeni, w której czterej bohaterowie poddawani są wnikliwej wiwisekcji. Przenosząc skandynawską czarną komedię nad Wisłę, reżyser załatwia kilka spraw naraz. Widać to przede wszystkim po tym, jak spektakl w krakowskim Teatrze STU, nie tracąc uniwersalnego, humanistycznego przesłania zawartego w oryginale, zyskuje dodatkowy, lokalny sznyt. Znienawidzony zarówno przez uczących, jak i uczonych, ciągle dominujący u nas pruski system edukacji staje się w przedstawieniu nieodłącznym tłem belfrowskich libacji.

Martin (Marcin Kalisz), Mikołaj (Szymon Mysłakowski), Tommy (Dominik Nowak) i Peter (Piotr Franasowicz) tworzą wyraziste kreacje, balansując gdzieś na granicy formalnego przerysowania a pełnej emocji psychologicznej autentyczności. Żeby to zobrazować: aktorzy bawią się stereotypowymi figurami nauczycieli (niezbyt rozgarniętego wuefisty, niespełnionego muzyka, przeintelektualizowanego psychologa i poczciwego historyka), jednocześnie wiedząc, gdzie postawić granicę, by nie popaść w kabaretowość. Do tego potrafią wydobyć ze swoich postaci całą paletę emocji, zaskarbić sobie uwagę widza. Pomaga im w tym rzecz jasna sam scenariusz, wszak nie ma niczego poważniejszego we wszechświecie niż rozmowy o życiu w kuchni podczas imprezy (kto był kiedykolwiek choć na jednej domówce, wie, o czym mówię).

Ponieważ o wszystkich sytuacjach i zdarzeniach dotyczących najbliższych osób bohaterów dowiadujemy się jedynie od nich samych, możemy przyjąć, że krakowskie „Na rauszu” mówi nie tylko o pułapce uzależnienia, ale jest próbą diagnozy współczesnego mężczyzny w średnim wieku, trybuną oddającą mu wyłączny głos na swój temat. Czterej kumple po przejściach, każdy około czterdziestki, znajdują w praktycznym zastosowaniu filozofii Finna Skårderuda ucieczkę przed rzeczywistością. Każdy będzie ją realizował nieco inaczej, niemniej punktem wspólnym jest odnalezienie w sobie chłopięctwa, nie w formie głupawej beztroski, tylko rozumianego w gombrowiczowskim duchu jako wyzwalający akt buntu przeciw stagnacji. Takie „Ferdydurke”, tyle że w pokoju nauczycielskim.

Ciekawy pomysł na spolszczenie „Na rauszu”, w dodatku z dobrze dobraną obsadą (wszystkie role są dublowane, więc mogę mówić jedynie o tej grupie aktorów, którą widziałem), daje bardzo efektowny rezultat. Wisienką na torcie są wycinki z przebojów Turnaua i Wodeckiego, co zawęża perspektywę nie tylko do Polski, ale do samego Krakowa. Swojsko, zabawnie i refleksyjnie. Mnie wystarczy.

Tytuł oryginalny

A teraz idziemy na jednego

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła

Autor:

Piotr Gaszczyński

Data publikacji oryginału:

13.09.2026

Sprawdź także