Logo
Recenzje

Za nami, w nas. Opowieść domowa

10.03.2026, 13:57 Wersja do druku

„Za nami, w nas. Opowieść domowa” Artura Daniela Liskowackiego w reż. Adama Opatowicza w Teatrze Polskim w Szczecinie. Pisze Daniel Źródlewski na blogu Teksty Źródłowe.

fot. mat. teatru

W dniu premiery spektaklu „Za nami, w nas” końca dobiegało Forum Kultura Wolności – Szczecin na początku Polski. Jego paneliści oraz uczestnicy wnikliwie przyglądali się kondycji kultury i jej zarządzaniu (kondycji zarządzania?), a między wierszami próbowali odczarować szczecińskie mity oraz stereotypy. Używali do tego nowych narzędzi i języka, uznając za budulec nowoczesnej tożsamości także świeże zjawiska społeczne, obyczajowe i artystyczne. Tymczasem w Teatrze Polskim Artur Daniel Liskowacki (autor), a za nim Adam Opatowicz (reżyser) cofnęli ową dyskusję o kilka dekad. Owszem, spektakl jest nastrojowy i poetycki, ale jednocześnie niemiłosiernie… dziaderski. Przy czym stanowczo proszę o nie potraktowanie tego określenia personalnie, lecz przedmiotowo. Opatowicz z Liskowackim jawią się jako ostatni paladyni tradycyjnych wartości, a to szlachetne, dobre i potrzebne.

Na scenie spotykają się duchy Szczecina. Nie byle jakie to zjawy! To duchy najwybitniejszych cór i synów miasta, bez rozróżniania przynależności państwowej, co warto podkreślić. Zatem jednocześnie obok wybitnych Niemców pojawiają się równie wybitni Polacy, wszyscy na równych prawach.

Są ikoniczne postacie, m.in. Anna Jagiellonka, Sydonia von Borck, Sophie Friederike Auguste von Anhalt-Zerbst, czyli Caryca Rosji Katarzyna II Wielka czy zesłana za karę do Szczecina Księżna Pruska Elisabeth Christine von Braunschweig-Wolfenbüttel. Pojawiają się wielcy aktorzy Heinrich George, Hans von Twardowski oraz wojewoda Leonard Borkowicz i szpieg André Robineau. Towarzyszą im także przedstawiciele powojennej artystycznej bohemy – Jan Papuga, Franciszek Gil, Emanuel Messer. Przywołuje się Filipinki, Helenę Majdaniec, Józefa Grudę czy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Obecne jest także środowisko żydowskie oraz reprezentacja Powstańców Warszawskich. Podejrzewam, że nienaturalnie dominująca rola tych ostatnich wynika z prywatnych doświadczeń autora, którego ojciec Ryszard, także literat, był Powstańcem. Ten nurt dopełniają jeszcze wątki zabużańskie oraz wołyńskie. Takiej przerysowanej skali przeczą jednak dane, które mówią, że znakomita większość nowych, powojennych mieszańców Szczecina to szczęściarze z Polski centralnej oraz Wielkopolski, często niezłe cwaniaczki (sic!). Mieszkańcy obszarów wchłoniętych przez ZSSR stanowili wtedy mniej niż 20% ogółu. Oczywiście nie neguję wagi i powagi tego wątku, ale zwracam uwagę na niepotrzebny i zbyt intensywny wybuch martyrologii, do którego te zaburzone proporcje doprowadziły. Momentami przypominało to składanki słowno-muzyczne pokazywane w słusznie minionych czsach w świetlicach czy stołówkach zakładów pracy.

Dobór postaci do rozmowy o przeszłości Szczecina, w domyśle próbie określenia jego tożsamości czy DNA, nigdy nie będzie obiektywny. Szanuję decyzję autora, ale ubolewam, że swój casting zakończył tak wcześnie i tak środowiskowo. Nie ma tu reprezentacji młodszych pokoleń ani postaci poza pomnikowych, nie tak modnych i oczywistych. A przecież historię tego miasta tworzyli nie tylko spiżowi reprezentanci wyświechtanego panteonu…

Bal duchów trwa w najlepsze. Nie wiemy jednak, gdzie, po co ani dlaczego się spotykają… Podtytuł „Opowieść domowa” niestety także nie znajduje potwierdzenia w atmosferze tego dziwnego forum. Szybko za to orientujemy się, że ich rozmowa została pomyślana jako konflikt. Tu znów: nie wiadomo o co, ani właściwe po co. Dialogi służą jedynie przekazywaniu historycznych faktów (raczej frazesów), nie skupiając się w ogóle na jakichkolwiek emocjach czy relacjach między bohaterami, choćby absurdalnymi czy surrealistycznymi, na co forma mogłaby pozwolić. Nawet gdy Caryca rozmawia z Wojewodą to jest to bezrefleksyjne licytowanie się na ideologiczne hasła przynależne do epok każdego z bohaterów. Bez pomysłu i bez odwagi skorzystania z możliwości jakie daje tu metafizyka. Także merytorycznie, bo konfrontacja temperamentów i obyczajowości (nie tylko haseł) z czasów im właściwych mogłaby być błyskotliwa. Proszę sobie wyobrazić rozmowę Sydonii von Borck z powstańcami warszawskimi albo Heinricha Georga z Józefem Grudą! Liskowackiemu ewidentnie zabrakło na to pomysłu.

Idąc tym tropem zastanawiam się nad celowością wpisania w „Za nami, w nas” cytatów z wielkich dramatów Stanisława Wyspiańskiego. Uznałem to jako próbę nachalnego polonizowania niemieckiej przeszłości miasta. Bałem się, że Sydonia zacznie deklamować „Bogurodzicę”…

Nie bawiły mnie próby uwspółcześnienia tekstu takie jak lista sponsorska czy wykrzyczenie tuskowego "für Deutschland". Zresztą moment historyczny wskazywał, że to powinno brzmieć „für Mark Brandenburg“ (dla Marchii Brandenburskiej).

Spotkanie w pewnym momencie przeobraża się w karciany pojedynek, ale poza słowną deklaracją nic na scenie się nie zmienia. Tu dygresja historyczna, tym razem moja, autorska, a co! W XIX wieku pomorski Stralsund uchodził za europejską potęgę karcianą. To tutaj powstała Stralsunder Spielkartenfabrik zapewniająca rozrywkę, nie tylko inteligenckich mas połowy Europy. Po branżowej konsolidacji w 1872 roku powstał bezkonkurencyjny holding VSS AG (Vereinigte Stralsunder Spielkarten-Fabrienten Aktien-Gesellschaft Stralsund). Jego właściciele sukcesywnie wykupywali kolejne znaczące fabryki w Niemczech. W 1931 roku główną produkcję przeniesiono do centralnie położonego Altenburga w Turyngii. W Stralsundzie pozostała jedynie pierwotna manufaktura. Dziś to bardzo ciekawe, interakcyjne muzeum, ale także nadal karciana rzemieślnicza fabryka (w sklepie można kupić oryginalne talie kart).

Spirytualistyczny charakter spotkania pozwalał na nieograniczone możliwości tworzenia scen niemożliwych. Niestety nasze duchy zamiast wychodzić z ciał i latać nad sceną, oczywiście metaforycznie (albo wcale nie), głównie siedzą na krzesłach lub majestatycznie się przechadzają. Tupną jeszcze nóżką podczas piosenek. Epizodyczni bohaterowie siedzą kilkadziesiąt minut, wygłaszają kwestie, po czym… znów siedzą. Szkoda, że zabrakło finezji i fantazji w budowaniu narracyjnego kręgosłupa przedstawienia. Rozumiem oniryczny charakter tej nasiadówki (sic!), ale jednocześnie konsekwencja utrzymania tej atmosfery za wszelką cenę sprawiła, że ze sceny po prostu wiało nudą. Z letargu budzą jedynie wspominane muzyczne sekwencje, ale gdy te milkną, rzecz powraca do punktu wyjścia.

Spotkanie historycznych postaci mogłoby być podwaliną do stworzenia swoistego bryka z losów Szczecina czy Pomorza Zachodniego. Wielkie osobistości mogłyby być takimi punktami orientacyjnymi po trudnych losach regionu. Obawiam się, że znający doskonale historię tych ziem Artur Daniel Liskowacki nieco zapomniał o stanie wiedzy ogółu. Wyszedł z założenia, że inni mają podobne rozeznanie… To sprawiło, że jego opowieść zamiast ułatwić zrozumienie tej zawiłej historycznej układanki, jeszcze bardziej ja skomplikowała. Nie pomogły nawet przywoływane skrócone biografie bohaterów.

By nie być aż tak surowym, to w tekście Liskowackiego jest kilka fragmentów zasługujących na zapamiętanie, a może nawet status kultowych, o ile nie są jakimiś zapożyczeniami, których proweniencji po prostu nie znam. Tych kilka fraz, które udało mi się zapamiętać, to m.in. „Anna Jagiellonka znana jako łono Pomorza”, „Koń Colleniego z dupą w krzakach” czy sekwencja „Tu na Pomorzu wiele się zdarzało… a raczej zderzało”. Szczerze mnie rozbawiło też, że „Szczecin oknem na świat, ale często z tego z okna chce się…” albo dialog Carycy i Georga na temat opuszczenia Szczecina, który brzmiał mniej więcej tak:

- Dlaczego nie chciał Pan zostać szczecińskim aktorem?
- Bo chciałem być TYLKO aktorem.
- Widzi Pan, a ja Carycą.

Doceniam także poetycki teatralny finał utworu. To ładne.

Ciekawym elementem spektaklu były ożywione przy pomocy AI archwialne fotografie i filmy. Dużym przeżyciem było zobaczenie znanych kadrów wzbogaconych o ruchome elementy. To praca Michała Materny. Niepotrzebne zaś były kilkusekundowe fragmenty filmów czy inne filmowe montaże. Wolałbym konsekwencję formalną. Wyłamuje się temu jedynie nagranie spaceru Carycy Katarzyny II Wielkiej po współczesnym Szczecinie. Tylko, że to mogłoby być przepyszną puentą spektaklu, a nie jedynie przerywnikiem, wkomponowanym w akcję dość przypadkowo…

Adam Opatowicz przyzwyczaił widzów, że jego przedstawienia są pełne nie tylko dekadenckiego i onirycznego klimatu, ale także, albo przede wszystkim, muzyki. Nie inaczej było i tym razem. Opowieści towarzyszą utwory z różnych epok – mamy piosenki ze złotego okresu Republiki Weimarskiej, jest oczywiście Marlene, ale też tandetne szlagiery o Szczecinie z okresu komuny. Nie zabrakło twórczości Heleny Majdaniec czy Filipinek. Zabrakło za to czegokolwiek, co muzycznie zbudowało młodsze pokolenia. To jednak przemilczę… Muzyka została wkomponowana w główną opowieść, ale nie potrafię wskazać, czy była tylko przerywnikiem, czy wartościową puentą narracyjnej merytoryki. Po pierwsze niemieckojęzyczne utwory śpiewano w oryginale bez tłumaczenia, a to zaś uśpiło czujność przy interpretacji kolejnych… Owszem piosenki nadają całości rytmu i drobiny lekkości, nie zyskały jednak takiego inscenizacyjnego anturażu, by stać się wiodącymi sekwencjami widowiska. Nie zachwyciły tez dość proste i zachowawcze aranżacje, a jeden z „tramwajowych” utworów trącił tandetą.

Dekadencką atmosferę interpretacji Opatowicza adekwatną scenografią podkreśliła Katarzyna Banucha. Zaproponowała także kostiumy, zgodne z epoką i jak zawsze doskonale przygotowane. To już bardzo przyjemny standard produkcji z jej artystycznym zaangażowaniem.

Choć w spektaklu oglądamy praktycznie cały zespół Teatru Polskiego w Szczecinie, a co za tym idzie istną plejadę postaci, to niestety to figury płaskie, pozbawione głębiej określonych charakterów. Miałem wrażenie, że rysy psychologiczne niektórych osób dramatu są pochodnymi wikipedyjnych biogramów przytaczanych przez konferansjera. A propos – Marek Żerański dwoił się i troił, by w jego roli górę wzięła figura szlachetniejszego Mistrza Ceremonii, a nie eventowego konferansjera. Niestety tekst utworu zmuszający go do deklamowania „skróconych opisów personalnych” na to do końca nie pozwolił. Szczególnie, że w drugiej części jego bohater staje się nieoczywisty i zostaje wplątany w opowieść… Może od początku powinien być medium, tego osobliwego seansu spirytualistycznego? To przydałoby mu nie tylko charakteru, ale też może (teatralnie) demiurgicznej mocy!

W tym pochodzie tekturowych osobowości, zaledwie kilku aktorów mogło pozwolić sobie na wnikliwsze interpretacje powierzonych postaci. Przejmujące i pełne prawdziwych emocji były monologi wieńczące oba akty – Małgorzaty Chryc-Filary (vel Zofia Hołub) oraz Katarzyny Bieschke-Wabich (vel Bogusława Czosnowska). Hołub, która związała swoje losy ze Szczecinem, to autentyczna bohaterka powieści „Zosia z Wołynia. Prawdziwa historia dziewczynki, która ocaliła żydowskie dziecko” Mateusza Madejskiego (także szczecinianina). Czosnowska to uznana aktorka szczecińskich scen. Co ciekawe portretująca ją w spektaklu Bieschke-Wabich zetknęła się z nią w początkach swojej kariery, co musiało mieć wpływ na czuły charakter jej monologu. Podobał mi się dystans z jakim Olga Adamska stworzyła swoją Carycę Katarzynę. Notabene to z jej ust pada jedyna kwestia, która wykracza poza zachowawczy charakter tekstu. To moment, w którym stwierdza, że to jej zawdzięczamy fakt, że Szczecin leży dziś w Polsce. Trudno się z tym nie zgodzić (sic!). Jest w spektaklu jeszcze niewielka rola, która być może w innej interpretacji nie wybrzmiałaby tak doskonale. To Emanuel Messer, znany szczeciński artysta plastyk oraz publicysta, w którego wcielił się Damian Sienkiewicz. Jego „Maniuś” to nieustannie wstawiony szarmancki bon vivant w adekwatnym dla „jego” epoki kostiumie (lata 60’ i 70’ XX wieku). Zaskoczyła wykonawcza konsekwencja tego portretu. Brawo! Wyżej pisałem o muzycznych wartościach spektaklu – w tej części pragnę jeszcze dopowiedzieć, że jasnym punktem tej przestrzeni były dynamiczne i odważne interpretacje Piotra Bumaja, zespolone z dobrze dobranym gestem (bynajmniej nie onirycznym – sic!). Pozostałe role pozostają w szlachetnej równowadze – nie ma tu popisów, są to kreacje równe w wadze i znaczeniu, ułożone w harmonijną całość zgodną z intencjami reżysera. 

Ucieszyłem się, gdy zapowiedziano, że nowa premiera będzie miała oryginalną oprawę w postaci wydarzeń typu site specific, czy szeroko pojętej performatywności, w zakamarkach nowej siedziby. Pomyślałem, że wreszcie uda się ten monumentalny kompleks jakoś oswoić, zahartować sztuką. Poza tym bardzo lubię eksperymenty, w których sztuka konfrontowana jest z przestrzenią (i odwrotnie). Sam na początku lat 2000 ze swoim zespołem Teatru Karton stworzyłem kilka podobnych produkcji, w tym „Zagałczynianie Muz” w opuszczonej wówczas restauracji Domu Kultury 13 Muz (kuchnia oraz podziemia). Pamiętam jak wiele satysfakcji i frajdy sprawiało nam tworzenie artystycznych scen w oparciu o zastaną przestrzeń – była m.in. recytacja „Ballady o samotnej pompie” pod wciąż działającym pracowniczym prysznicu, smażenie gęsich wątróbek na starej kuchni gazowej przez osobliwego kucharza, czy duch poety w ciemnych podziemiach gmachu. Zacząłem wracać pamięcią do podobnych przedstawień, w których albo uczestniczyłem jako widz, albo o których jedynie słyszałem. To nie tylko wielkie kroczące plenerowe widowiska (choćby „Peregrinus” krakowskiego KTO), ale także wiele spektakli, które toczyły się w zaskakujących miejscach, zawsze próbując te przestrzenie okiełznać. To wielkie projekty Jana Klaty czy Krystiana Lupy w postindustrialnych przestrzeniach albo słynny poznański projekt „Miasto” w ichniejszej Starej Rzeźni przy Garbarach. Nie zapomnę emocji jakie towarzyszyły mi przy dziś już legendarnym „Driverze” Teatru Usta Usta pokazywanym w 2004 roku na Festiwalu Malta. To był pierwszy polski car-play, zainscenizowany dla czterech widzów, którzy podróżowali po mieście podejrzaną taksówką. Dziś oczywiście site specific ma jeszcze inne oblicze, bliższe często fabularnym grom albo escape roomom.

Znając już teatralne wnętrza i charakterystyczną czerwień głównych przestrzeni, oczami wyobraźni widziałem tu działania nawiązujące do atmosfery lynchowskiego „Miasteczka Twin Peaks”. Monumentalność tego założenia podpowiadałaby także klimaty z Orwella albo Kafki.

Charakter półtora godzinnej przerwy między dwoma aktami „Za nami, w nas” nie miał jednak takiego charakteru, jakie oczekiwałem. Choć było przyjemnie i faktycznie różnorodnie.

Mogłem posilić się rzemieślniczym szczecińskim piwem lub/i szlachetniejszym niż z puszki Paprykarzem. Mogłem zobaczyć popis Zespołu Pieśni i Tańca „Szczecinianie” i ludowe tańce rzeszowskie, spiskie albo łowickie (sic!). W Sali Kameralnej było na szczęście lokalniej – wszak przywołujemy ducha Szczecina – można było zobaczyć wybór archiwalnych filmów o Szczecinie z akompaniamentem Krzysztofa Baranowskiego. To się broniło, przyznaję. Na ścianach hallu zawisła wystawa fotograficzna z zasobów Archiwum Państwowego. Ekspozycji kuratorował i wstępem opatrzył Krzysztof Popiołek, reżyser teatralny. Niestety kilkudziesięciu fotosom nie towarzyszyła opowieść, a jej jedynym kluczem miała być chronologia. Dla mnie za mało. Obok stał stylizowany na przedwojenny słup ogłoszeniowy, na którym zawisły stare afisze teatralne. Podczas przerwy można było się sfotografować z postaciami spektaklu, m.in. Carycą Katarzyną II. Powołano jeszcze dwie sceny muzyczne – na antresoli aktorzy Teatru Polskiego wyśpiewywali szlagiery z repertuaru uczestników mitycznego Festiwalu Młodych Talentów, a w kabaretowym Czarnym Kocie Rudym zagrali dzisiejsi utalentowani – zespół Fat Angels. Koncert tych ostatnich był najjaśniejszym punktem tego osobliwego „prawie” site specific. Panowie nie tylko wyglądali jakby trafili na scenę prosto z 1976 roku, ale tak też brzmieli. Brawo!

Kolejne spektakle „Za nami, w nas” mają być grane w dwóch odsłonach – każdy akt osobno, dzień po dniu. Bez atrakcji w przerwie. Szczerze? To lepiej. Pozwoli to donioslej wybrzmieć tekstowi Liskowackiego. 

Kluczem do zrozumienia mojego dość krytycznego spojrzenia na nowy spektakl i zanegowanie potrzeby przywoływania tak wyświechtanych świadectw przeszłości jest sam tytuł. Skoro już „za nami” i już „w nas”, to może nie warto do tego wracać… Czas na inną rozmowę o Szczecinie, z cezurą w innym miejscu.

Być może to tylko POV. Wierzę jednocześnie, że jest wielu szczecinian (i nie tylko), którym tak podana teatralna opowieść o mieście spodoba się. Mam też nadzieję, że stanie się ona początkiem ich przygody z poznawaniem kolejnych faktów i spojrzeń na ducha albo duchy Szczecina. Także tego/tych z mojej wrażliwości i mojej perspektywy.

Tytuł oryginalny

Za nami, w nas. Opowieść domowa

Źródło:

Teksty Źródłowe
Link do źródła

Sprawdź także